Być albo nie być Mariana K.

Być albo nie być Mariana K.

Baronowie „Solidarności” żądają zmian i chcą nowego przewodniczącego

Pięć lat temu, po wygranych przez AWS wyborach, Marian Krzaklewski był u szczytu politycznej potęgi. Przebierał w stanowiskach: był przewodniczącym NSZZ „Solidarność”, przewodniczącym AWS, który jednoczył wszystkie prawicowe partie, przewodniczącym klubu parlamentarnego AWS, zastanawiał się, czy zostać przewodniczący sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. Namawiano go też, by został premierem. Ale nie chciał nim zostać i wspaniałomyślnie obdarzył tym stanowiskiem Jerzego Buzka, swojego współpracownika z Gliwic.
Prawica widziała w nim przyszłego prezydenta RP.
Przez następne lata decydował o polskiej polityce, jak złośliwie mu to wypominali politycy sojuszniczej Unii Wolności – kierował rządem z tylnego siedzenia. Superpremier Krzaklewski decydował o składzie rządu, o jego działaniach, o tysiącach lukratywnych posad w administracji czy też w spółkach skarbu państwa.
Tak ziścił się sen o wielkiej karierze mało znanego działacza związkowego. Jako outsider, osoba znikąd, wygrał w roku 1991 wybory na stanowisko przewodniczącego „Solidarności”, pokonując m.in. Lecha Kaczyńskiego i Bogdana Borusewicza.
Potem budował „swoją” „Solidarność”, zjednoczył prawicę, wygrał wybory. A potem, rok po roku, systematycznie tracił to, co zdobył. W roku 2000 przegrał wybory prezydenckie, dostając 15% głosów. Rok później RS AWS, partia wyrosła z „Solidarności”, nie przekroczyła progu wyborczego i praktycznie zeszła z politycznej sceny.
W tym czasie Marian Krzaklewski systematycznie tracił swoje wpływy i władzę. Od miesięcy jest jednym z najmniej popularnych postaci polskiej sceny. Nie ufa mu 60-70% Polaków. Z wielu stanowisk zostało mu tylko jedno – przewodniczącego NSZZ „Solidarność”. A i to może utracić już za parę dni, podczas zjazdu związku. To będzie oznaczało jedno – koniec Mariana Krzaklewskiego jako polityka i wpływowego związkowca. Dla Krzaklewskiego zjazd będzie więc walką o polityczne istnienie.
Jeżeli ją przegra – praktycznie zniknie. Podzieli los wielu innych polityków ostatniej dekady, którzy niczym meteory wspinali się na szczyt, by zniknąć z politycznej sceny.

Marian walczący

Ale Marian Krzaklewski nie zamierza przegrywać. „Solidarność” zna jak własną kieszeń, wielokrotnie był w podobnych opałach i zawsze wychodziło na jego. Gdy po raz pierwszy wybrano go szefem związku, nie miał autorytetu, mało kto go słuchał. Więc jeździł po kraju, zjednywał sojuszników, rozprowadzał przeciwników. W ciągu kilku lat stał się niepodzielnym liderem. To on jest przewodniczącym związku, to on wybiera sobie zastępców, to on ustala skład Komisji Krajowej. A także ma wielki wpływ na to, kto zostanie szefem regionu. Praktycznie wszystkie istotne stanowiska w „Solidarności” zajęli ludzie Krzaklewskiego. Dlaczego więc mieliby się go wyrzekać?
Dla socjologa polityki to banalne pytanie. Już od stu lat wiadomo, że aparaty partyjne, związkowe kierują się prostą zasadą – z zapałem oklaskują liderów zwycięskich, z zapałem pozbywają się liderów, którzy ponoszą klęski. Więc nastroje aparatu lapidarnie opisuje Kazimierz Grajcarek, szef Sekretariatu Górnictwa i Energetyki, najpoważniejszy kontrkandydat Krzaklewskiego do fotela przewodniczącego: „Marian Krzaklewski przegrał wojnę, wytracił wojsko. Teraz może wytracić kolejne wojsko. Najgorsze byłoby, gdyby związek utracił reprezentatywność”.
Co na to przewodniczący?
Rzucił się w wir pracy związkowej. – Przewodniczący najczęściej jest w Gdańsku we wtorki, bo wtedy odbywają się posiedzenia prezydium Komisji Krajowej. Gdy ludzie dowiadują się, że jest na miejscu, do jego gabinetu ustawiają się kolejki. Proszą o pomoc i załatwienie spraw pracowniczych – mówi Kajus Augustyniak, rzecznik KK NSZZ „S”.
Pracowicie, jak za dawnych lat, Krzaklewski objeżdżał też Polskę, ciułając punkty. Spotykał się z komisjami zakładowymi, branżami, nowymi władzami regionów. Gościł prawie na wszystkich regionalnych zjazdach „Solidarności”. Nie unikał dyskusji, nawet tych przykrych. I nie szczędził obietnic. Obiecał szefom najważniejszych regionów i branż powrót do początku lat 90., gdy zasiadali w Prezydium Komisji Krajowej.
– Po tych spotkaniach z działaczami ich stosunek do mnie się zmienia. Zresztą odpowiedzialność za zaangażowanie polityczne jest wspólna – mówił Krzaklewski do dziennikarzy, przypominając, że liderzy regionów byli też często lokalnymi szefami AWS i posłami. Aż 31 z 37 ponownie wybrano na przewodniczących regionów. Fala rozliczeń personalnych ani podziałów nas nie zaleje – zapewniał. Czyżby?

Pięciu pretendentów

– Krzaklewski na zjeździe będzie chciał zwalić winę za fatalną sytuację gospodarczą na Millera, który rządzi od 10 miesięcy i ciągle jest źle. W ten sposób przynajmniej częściowo będzie chciał odwrócić od siebie uwagę – przewiduje scenariusz zjazdu jeden z naszych rozmówców, zaliczany do grona liderów związku. Ale zaraz dodaje: – Rok, jaki upłynął od przegranych przez AWS wyborów, pozwolił wprawdzie na ochłonięcie po porażce, ale na amnezję działaczy nie ma co liczyć.
O rozliczeniu i pretensjach wobec Krzaklewskiego z pewnością nie dadzą zapomnieć jego przeciwnicy. Bogdan Klepas – jeden z kontrkandydatów Krzaklewskiego – przekonuje, że spadek zaufania do związku to wynik „nierozliczenia władz krajowych ze źle wykonywanej pracy”.
– Uważam minioną kadencję za okres straconych szans. Związek nie dostosował sposobów działania do gwałtownych zmian w gospodarce, stosunkach społecznych i politycznych. Myślę o rozwiązaniach technicznych i strukturalnych. Ciągle jesteśmy w sytuacji jakby z przełomu tysiąclecia – przekonuje inny z pretendentów, Tomasz Wójcik z wrocławskiej „Solidarności”.
– To, co się działo w „Solidarności” przez ostatnie 4 lata, to karykatura funkcjonowania związku – mówi z kolei Kazimierz Grajcarek. – Koronnym argumentem, że coś nie gra, jest fakt, iż straciliśmy prawie 40% członków. Niektórzy mówią nawet o 50%. I obojętnie, co powiedziałbym o działalności „S”, czy mieliśmy rację w takiej czy innej sprawie, czy nie, jeśli członków dramatycznie ubywa, to Związek źle funkcjonuje.
– Mam dość tego, co działo się w związku w ostatnich latach – to słowa Józefa Niemca, jednego z zastępców przewodniczącego, który również staje w wyborcze szranki.
No i jest jeszcze Lech Wałęsa, który o Krzaklewskim zdążył powiedzieć wiele uszczypliwych słów, więc pewnie teraz mówi inaczej: – „Solidarność jest jak moje dziecko. A dzieci w potrzebie się nie opuszcza…
Tylko że nikt w związku nie traktuje tej kandydatury poważnie. Tym bardziej że były prezydent od lat nie uczestniczy w pracach związku, nie płaci składek (ostatnio uregulował zaległości, wpłacając jednorazowo 5 tys. zł). Nieoficjalnie wiadomo, że liderzy związku chcą namówić byłego przewodniczącego NSZZ „S” i byłego prezydenta, aby nie kompromitował się i wycofał przed głosowaniem. – Wałęsa deprecjonuje swoją wartość. Niech lepiej pozostanie w pamięci jako mąż opatrznościowy polskiej prawicy. To, co robi teraz, przypomina napinanie mięśni lekko zwiotczałego starca. Ale może przechodzi męską menopauzę? – zastanawia się Jan Mosiński z regionu Wielkopolska Południowa.
Przeciwko Krzaklewskiemu stanąć więc ma pięciu pretendentów: Grajcarek, Klepas, Niemiec, Wójcik i Wałęsa.

Kto winien?

Czy przewodniczący wytrzyma ogień takiej kawalkady? Jego zwolennicy twierdzą, że nie będzie z tym żadnych problemów, przekonują też, że to nie on jest winny upadku AWS. Więc dlatego nie będzie gorących dyskusji na temat klęski AWS. – Józef Niemiec przecież cały czas był zastępcą Mariana, jak może teraz tak po prostu umywać ręce – zastanawia się jeden z nich.
Czystego konta nie ma także Tomasz Wójcik, były poseł AWS, który teraz zastrzega, że co złego to nie on. – Należałem do klubu parlamentarnego Akcji, lecz bardzo wyraźnie manifestowałem swój sprzeciw wobec polityki, która była sprzeczna z programem związku. Dlatego mogę spojrzeć w oczy każdemu członkowi „Solidarności”, bo nie wstydzę się tego, co robiłem w Sejmie – przekonuje.
Z kolei słabością Bogdana Klepasa jest to, iż oficjalnie powiedział, że jest za likwidacją małych regionów. Więc głosów od nich już nie dostanie. A Kazimierz Grajcarek? Był w PZPR. Czy przewodniczącym „Solidarności” może być były PZPR-owiec? – gorączkują się co bardziej radykalni działacze.

Kto z kim?

– Winę odpokutowałem 22-letnią działalnością związkową – odpowiada Grajcarek. I – patrząc na mapę jego wpływów – dobrze ją odpokutował.
Z pierwszych przymiarek widać, że Grajcarek zgromadził największą liczbę zwolenników.
– Mam przeliczone głosy – mówi „Przeglądowi”. – Wiem, że wielu kolegów nie poprze Mariana Krzaklewskiego. Ale wszystko się dopiero okaże. Ten zjazd może wiele zmienić i jak każdy zjazd może nie zmienić nic. Obawiam się, by nie stało się to drugie. Na razie odbywam spotkania i trwają one po sześć, siedem godzin. To świadczy o tym, że są owocne, a mój program cieszy się uznaniem.
– Czym się różni pański program od programu Mariana Krzaklewskiego?
– Sposobem realizacji. Nie chciałbym krytykować Mariana, ale jeśli on dziś mówi, że zrobi to czy tamto, to dlaczego nie zrobił tego wcześniej. Wówczas, gdy miał odpowiednie instrumenty. Obojętnie, jaka opcja jest przy władzy, związek powinien robić swoje.
Za Grajcarkiem opowiadają się najsilniejsze regiony i branże. Popierają go: Jacek Gąsiorowski, który w rozmowach kuluarowych deklaruje, że wszyscy delegaci z Mazowsza zagłosują za Grajcarkiem, szef ziemi łódzkiej – Waldemar Krenc, Marcin Tyrna z regionu podbeskidzkiego, Mirosław Kozłowski z regionu elbląskiego. Grajcarek może liczyć na głosy delegatów z regionu śląsko-dąbrowskiego. Według nieoficjalnych wyliczeń, połowa związkowców z Małopolski jest gotowa za nim zagłosować, ale tutaj i Krzaklewski jest dość popularny i szala wygranej może się przechylić na jego stronę.
Więc kto wygra?
Jan Mosiński, szef regionu Wielkopolski Południowej twierdzi, że pięciu najpoważniejszych kandydatów ma bardzo zbliżony program, łączy ich także podobny staż związkowy oraz wiedzą, co mogą zmienić w związku (choć jak dodaje, wiele nie można zmienić w tych realiach). – Można się, więc zapytać, po co kandyduje pozostała czwórka, skoro Krzaklewski wykreował się już na lidera – zastanawia się Mosiński. Według niego, obecny przewodniczący może liczyć na 60% poparcie. Natomiast nie będzie powtórki ubiegłych zjazdów, kiedy przewodniczący cieszył się zaufaniem 80% delegatów. – Teraz Krzaklewski ma kontrkandydatów. Kilku liderów widzi związek inaczej, ale nie są w ostrej opozycji – zastrzega Mosiński.
Marian Krzaklewski czuje się dość mocno… To stwierdzenie sprawia Kazimierzowi Grajcarkowi pewien kłopot. – Wiem o tym – odpowiada. – O wielu sprawach decydować będą szefowie regionów. Niektórzy z nich też są uwikłani w politykę. Postawa antypolityczna ich nie zadowala. Jeśli Marian Krzaklewski zostanie przewodniczącym związku i tak będziemy znowu wchodzić w politykę. Tego się właśnie obawiam.
– Każdy z kandydatów zmienił się w ostatnim czasie. Wszyscy, Krzaklewski także, są bardziej radykalni. To dobrze. Nareszcie są w związku ludzie mający świadomość, że nie można być związkowcem i bać się działać. Jest czarne i jest białe, nie ma niczego pośrodku – ocenia z kolei Waldemar Krenc, szef jednego z najsilniejszych regionów – ziemi łódzkiej.
Warto tę wypowiedź zapamiętać – bo jeszcze w czerwcu Krenc ostro atakował Krzaklewskiego, nie pozostawiając cienia wątpliwości, że czas przewodniczącego minął: – Związek jest w fazie wojny, a na czas wojny potrzebny jest człowiek, który potrafi walnąć pięścią w stół, a nie taki, który będzie stał i myślał, jak tu wszystkich zadowolić. Zawsze na czas wojny dobry był Kazimierz Grajcarek.
Teraz, we wrześniu, Krenc znacznie złagodził swoje oceny. Dlaczego?
O tym przekonamy się za parę dni – bo na razie nastroje w związku falują. Kandydaci, z wyjątkiem Wałęsy, objeżdżają regiony, debatują po kilkanaście godzin dziennie. Jednego dnia zyskują, kolejnego – tracą zwolenników.
– Było u nas takie spotkanie – mówi Piotr Duda, szef regionu śląsko-dąbrowskiego. – Delegaci mieli okazję przed zjazdem poznać programy kandydatów. Mieli okazję do przemyśleń, na kogo głosować. Nie wiadomo, na kogo oddadzą swój głos. To są zasady demokracji. Wszystko jest w gestii delegatów. Każdy rozważy decyzję we własnym sumieniu. W każdym razie nie było po spotkaniu żadnych ustaleń, kogo poprzeć.

Zadecyduje atmosfera i…

Nasi rozmówcy zakładają więc, że o wynikach zjazdu zadecyduje jego atmosfera. Czy delegaci bardziej zajmą się rozliczaniem Krzaklewskiego, czy… Millera. A także, czy przyjmą taktykę radykalizacji działań czy też dogadywania się z władzą. Paradoksalnie, w tym układzie, Marian Krzaklewski plasuje się na pozycji „gołębia”, osoby, która woli negocjować niż demonstrować.
Za radykalizacją, wyjściem na ulice, opowiadają się duże regiony i silne branże. Tylko one są w stanie zorganizować na tyle liczne manifestacje, aby móc coś wytargować od rządu. Demonstracje pokazałyby także zwykłym ludziom, że „Solidarność” otrząsnęła się z bierności, że wciąż potrafi walczyć i że warto się do niej zapisywać.
– Takie rozwiązanie nie jest na rękę mniejszym regionom. Chodzi o wewnętrzny konflikt interesów. Boją się, że jak wygra radykalny Grajcarek, ich interesy będą mniej ważne, że znajdą się wtedy na marginesie, bo nie będą miały siły przebicia – przekonuje działacz proszący o anonimowość.
Regiony słabsze wolałyby więc lidera, który choć twardo stoi w obronie praw pracowniczych, ale jednocześnie umie prowadzić dialog społeczny i potrafi dogadać się z obecnym rządem. Przekonują, że to nie jest czas na demonstracje.
Radykalny lider może nie zyskać akceptacji dołów, także z innego powodu.
– To przykre, ale myślę, że chodzi tu jeszcze o coś takiego jak zwykła zawiść. Często słyszy się pretensje drobniejszych działaczy i słabszych branż, że górnicy, hutnicy czy kolejarze potrafili obronić swoje przywileje, a innym zabrano wszystko i nikt ich nawet nie chciał słuchać – tłumaczy jeden ze związkowców.
Czyżby więc zjazd „Solidarności” i wybór przewodniczącego miał odbyć się według tego samego scenariusza, który miał miejsce w roku 1991? Kiedy to małe regiony poparły Krzaklewskiego, a wielkie jego konkurentów? Kiedy Krzaklewski wygrał, bo prezentował się jako ten, który jest daleko od polityki, a blisko spraw związkowych…
Gdyby ten scenariusz przeszedł, bylibyśmy świadkami wielkiego chichotu historii.


Przewodniczący powiedział:
„Jeżeli nie będzie przywiązania do wiary, do systemu wartości, który z tej wiary wynika, nie będzie „Solidarności”. To jest taka wielka tajemnica naszego związku. Jego szefem nie musi być katolicki dewot, ale człowiek jednoznaczny. W tym jest coś metafizycznego. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej”.
„Czas na Akcję” 1997 r., rozmowa z Maciejem Łętowskim i Piotrem Zarembą.
„W związku demokracji jest więcej niż w całej Europie. Wszystko jest weryfikowane od dołu w górę. Po prostu większość zgadza się ze mną”.
„Czas na Akcję” 1997 r.
„Zrealizowaliśmy plan marzeń. Od 1 stycznia ludzie zaczną to odczuwać”.
„Życie” 9.08.1998 r.
„Na tle innych krajów, na tle trudnej rzeczywistości w krajach Europy Środkowo-Wschodniej powinniśmy dziękować Bogu, że w Polsce jest tak, jak jest”.
„Tygodnik AWS” 21.03.1999 r.
„”Solidarność” nie zapłaci PKP odszkodowania za straty powstałe w wyniku górniczych blokad torów. Protest był spontaniczny, nie był akcją związku. O ewentualnych odszkodowaniach zdecydować może tylko sąd”.
Na konferencji prasowej 7.11.1999 r.
„W prawyborach dobry wynik uzyskałby człowiek o inicjałach M.K. A skoro wynik prawyborów byłby przesądzony, po co je organizować”.
„Gazeta Wyborcz”a 19.03.2000 r.
„Rząd obozu posierpniowego to rząd, za który ponosimy odpowiedzialność. Zrobił on dla Polski więcej niż trzy poprzednie gabinety razem wzięte”.
Na konwencji wyborczej w Warszawie 23.07.2000 r.
„Muszę przyznać, że słabość do swojej urody już mi dawno minęła”.
„Viva!” 13.01.2001 r.
„Moi koledzy z Akcji Wyborczej Solidarność, politycy, szefowie partii, w ostatnich dniach i tygodniach podchodzą do mnie i mówią, że tęsknią za wynikiem, jaki osiągnąłem w wyborach prezydenckich”.
Pr. III PR 2.09.2001 r.
„Nasz kodeks pracy wcale nie jest przestarzały. Był nowelizowany w 1996 roku i wywoływanie tutaj wojny między pracodawcami a pracobiorcami, generowanie konfliktów społecznych na pewno nie pomoże w rozwiązaniu problemu”.
Pr. I PR. 24.05.2002 r.
„Teraz widzę, że łatwiej pracowałoby mi się na stanowisku premiera. Ale cóż, mądry Polak po szkodzie”.
„Wprost” 24.05.2002 r.
„Dokonująca się w Polsce wymiana kadr przybrała nie tyle charakter odwetu, co konieczności zapłacenia za lojalność”.
PAP 3.05.2002 r.


Czy najbliższy zjazd „Solidarności” zakończy karierę Mariana Krzaklewskiego?

Jacek Rybicki,
delegat na zjazd

Kariery nie zakończy. Jest oczywiście pytanie, kto będzie przewodniczącym „Solidarności”, ale nie do końca ma to związek z karierą Mariana Krzaklewskiego. Nie będzie on jedynym kandydatem (zgłoszono już czterech czy pięciu pretendentów do funkcji przewodniczącego KK), jednak będzie miał największe szanse. Jako delegat uważam, że zjazd powinien odpowiedzieć na kilka bardzo istotnych pytań, z których najważniejsze dotyczy miejsca związku w środowisku pracowniczym. Oczywiście, jest też pytanie o przewodniczącego związku, ale to pierwsze w obecnej rzeczywistości jest jednak najistotniejsze, kluczowe.

Maciej Jankowski,
były szef „Solidarności” Regionu Mazowsze

Nie, zjazd tej kariery nie zakończy. Nie znam osobistych zamiarów przewodniczącego Krzaklewskiego, ale z tego, co widać, on i jego nomenklatura będą nadal rządzić związkiem. Niestety rola „Solidarności”, a także OPZZ będzie się marginalizowała, o ile nie zmienią one swej nomenklatury. Z badań opinii wynika, że społeczeństwo opowiada się za rosnącą rolą związków zawodowych, ale fakty wskazują, że liczebność tych organizacji gwałtownie maleje. Jeśli chcemy mieć dobre związki zawodowe, tacy przewodniczący jak Marian Krzaklewski czy Maciej Manicki są mało przydatni, bo nie zmienią sposobu działania tych organizacji. Przewodniczącego wybierają jednak delegaci, a nie członkowie, a właśnie delegaci są od lat pod wpływem związkowej nomenklatury. Dlatego nie przypuszczam, by ktoś obalił Mariana Krzaklewskiego. Spośród innych kandydatów na tę funkcję jedynie Kazimierz Grajcarek mógłby coś zmienić, choć uznawany jest za związkowego radykała i człowieka od organizowania demonstracji, w czym był niezły. Moim zdaniem, to naprawdę myślący człowiek. Pozostałych kandydatów nie znam albo uważam ich za jeszcze gorszych od Mariana Krzaklewskiego.

Bogdan Borusewicz,
wicemarszałek Sejmiku Województwa Pomorskiego

Zjazd mógłby zakończyć karierę Mariana Krzaklewskiego, pod warunkiem że Lech Wałęsa wziąłby się do pracy, jeździł po regionach, spotykał się z delegatami itd. Jednak były prezydent tego nie robi, a nikt inny nie jest w stanie zagrozić Marianowi Krzaklewskiemu. Wygra on wybory, tak jak w Katowicach wygrał jego człowiek, i już dzisiaj ewentualne zagrożenie dla obecnych układów, jakim był ten region, nie istnieje. Katowice są przez niego opanowane i nie przewiduję żadnych zmian na zjeździe. Podejrzewam, iż funkcja przewodniczącego będzie przez Mariana Krzaklewskiego pełniona dożywotnio, bo kadencyjność władz związku istniejaca jeszcze za moich czasów teraz została zniesiona.

Lech Wałęsa,
były prezydent RP

Takich rozważań nie robię. Gdyby funkcjonował jeszcze mój statut „Solidarności”, to przewodniczący mógłby pełnić funkcję tylko przez dwie kadencje, ale teraz jest oligarchia, biurokracja, rozmyte interesami działania, coś jak dawny CRZZ. Marian Krzaklewski jest jeszcze zdolnym człowiekiem i poradzi sobie, nawet jak go nie wybiorą. Będzie mu trudno, bo za wszystko trzeba płacić, ale coś dla siebie znajdzie. Wiem coś o tym, bo bywałem w podobnej sytuacji. Dawniej miałby jeszcze trudniej. Dziś Krzaklewski ma 30% szans na stanowisko przewodniczącego.

Janusz Śniadek,
wiceprzewodniczący KK „Solidarności”

Pytanie jest trudne dla mnie z racji pełnionej funkcji. O wyborze przewodniczącego zadecyduje zjazd. „Solidarność” jest bardzo poważną strukturą organizacyjną, a moim zadaniem jest dbanie o jej dobry image. Dlatego na tak sformułowane pytanie nie odpowiem, bo szkodziłoby to związkowi. „Solidarność” i jej przewodniczący Marian Krzaklewski zasługują na szacunek. Niech zjazd rozstrzygnie, kto będzie kierował związkiem. Trzeba uzbroić się w cierpliwość.

Ewa Tomaszewska,
delegatka na zjazd

Ten zjazd jest najtrudniejszy pod względem takich przewidywań. Jest kilku dobrych kandydatów i związek może być dumny, że zdołał ich wypromować. Sam fakt, że jest kilku kandydatów, uważam za bardzo korzystny dla związku, bo jeśli byłby tylko jeden, to znaczyłoby, że nikomu na „Solidarności” nie zależy albo wszyscy inni są bardzo słabi. Kto ma największe szanse? Poziom kandydatów jest wysoki, a moje osobiste sympatie niech pozostaną w sferze tajności głosowania. Jeśli Marian Krzaklewski nie zostanie wybrany na przewodniczącego, z pewnością nie zakończy to jego pracy dla związku. Nie sądzę, by osoba o bardzo dużej wiedzy nie była wykorzystywana w pracy. Dotyczy to zresztą wszystkich kandydatów, którzy są ludźmi bardzo wartościowymi i mogą w „Solidarności” pełnić różne funkcje albo spełniać jakąś pożyteczną rolę.

notował BT

Wydanie: 38/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy