Kim był Jan Gerhard?

Kim był Jan Gerhard?

Telewizyjna Dwójka wyemitowała kolejny program z cyklu “Paragraf 148”, tym razem poświęcony “sprawie Gerharda”.
Po długich wahaniach zgodziłam się na udział w tym programie – niestety, “wypadła” zeń najistotniejsza część wypowiedzi, dla której w ogóle zdecydowałam się na wystąpienie w tak ponurym kontekście.
Chodzi o to, że przynajmniej w czasach, gdy znałam Jana Gerharda i współpracowałam z nim w redakcji tygodnika “Forum” (1967-1971) – był on klasycznym przykładem wallenrodyzmu politycznego, “człowiekiem w masce”, którą uchylał przed bardzo niewielu osobami i chyba przed żadnym (prócz mnie) uczestnikiem programu pt. “Śmierć przyszła z bliska”. I ten wallenrodyzm nie jest żadnym urojeniem starszej pani, gdyż potwierdzają go jednoznacznie zachowane przeze mnie listy Jana Gerharda (pokazałam je Autorom programu).
Jako przykład podam znamienny fragment tej korespondencji z dnia 18.04.1970 r. (Gerhard pisał z Opola):
“Za oknami ryk tzw. kołchoźników, czyli – jak pamiętasz – zapewne głośników wywrzaskujących różne hasła i wymiotujących muzykę. Prowincja zachowuje minione (?) obyczaje rosyjskie. W Warszawie tego się tak nie… (tu słowo nieczytelne – AT). Dzisiejsza wrzaskoseria odbywa się pod wezwaniem “Bezpieczne drogi”. Z okna widzę milicjantkę regulującą ruchem. Wdzięk PRL anno 1970 to wdzięczne milicjantki. Milicjantka na wystawie w Osace to nieomal symbol. Wszędzie urocze milicjantki. Obok milicjantek widzę harcerzyków przebranych za milicjantów. Marzenie i wizja przyszłości pod przewodem milicji. Nawet ta nowa ustawa jest ustawą milicji i dla milicji. Wychowanie przez milicję (…)”.
Takie cytaty mogłabym mnożyć. Najdramatyczniejszy znalazł się w liście pisanym na parę dni przed śmiercią: wynikało zeń, jak dalece Gerhard nie wytrzymywał już rzeczywistości i swojej z nią “gry”.
Chcąc zrozumieć sytuację psychiczną Gerharda, trzeba pamiętać o jego życiorysie wojennym oraz wieloetapowej ewolucji, która z bojownika francuskiej partyzantki komunistycznej uczyniła namiętnego wręcz wroga komunizmu w jego totalitarno-rosyjskim wydaniu. Momentem przełomowym był niewątpliwie czas spędzony w stalinowskim więzieniu, z którego Gerhard wyszedł zresztą jako zdeklarowany przeciwnik kary śmierci, o czym przy tej okazji godzi się wspomnieć (i to też “wypadło”…).
Po zwolnieniu z więzienia i rehabilitacji Gerhard – pozostając na pozór lojalnym członkiem PZPR i uprawiając stosowną, antyzachodnią publicystykę – w istocie nienawidził wszystkiego, co rzekomo akceptował. Tylko dzięki tej masce mógł zostać naczelnym redaktorem “Forum”, pisma powołanego przez ówczesne władze i z ich inicjatywy. W jakim celu, czy w ramach autentycznej liberalizacji, czy też jako swoisty wentyl bezpieczeństwa – tego nie wiem. Wiem natomiast, że Gerhard, urodzony człowiek walki, potraktował “Forum” jako narzędzie pozwalające na “podgryzanie” ustroju od wewnątrz. “Forum” przekazywało teksty, wg ówczesnych kryteriów, wysoce “niecenzuralne”, opatrując je tzw. główkami, krótkimi wstępikami, w których celował Naczelny. Wyglądało to mniej więcej tak: “Oto wredny artykulas, przykład aberracyjnych poglądów, panujących na zgniłym Zachodzie”.
Notabene mój pierwszy, korespondencyjny kontakt z Gerhardem zaczął się od protestu, jakim zareagowałam na “główkę” wymierzoną w debiutującego wówczas, a dziś bardzo znanego pisarza, J.M.G. Le Clezio (kto nie wierzy, może to sprawdzić w starych rocznikach “Forum”).
Jan Gerhard był znakomitym dziennikarzem, który wymyślił formułę pisma, jedynego w “naszym obozie”, a po dziś dzień aktualną. Był też literatem, ignorowanym przez krytykę środowiskową, nad czym bolał. Z jego paru powieści, mających z reguły podłoże autobiograficzne, na przypomnienie zasługuje co najmniej jedna, najkrótsza i najcelniejsza, “Sarabanda” (wydana przez ambitny PIW), która także stanowi swoistą rozprawę z samym sobą i z rzeczywistością “pomarcową”.
Skądinąd właśnie w 1968 r. Gerhard (o ile mi wiadomo – z inicjatywy samego Gomułki) został posłem z Bieszczad i bardzo serio pełnił tę misję.
W programie “Śmierć przyszła z bliska” parę osób sugerowało, że za tą zbrodnią stały jakieś siły związane z ówczesnym MSW. Jeśli tak było w istocie (osobiście, miałam i mam co do tego wątpliwości), sprawą powinna by się zająć nie telewizja, tylko Ministerstwo Sprawiedliwości czy nawet Instytut Pamięci Narodowej.
Ponadto sądzę, że programy związane z wyrokami śmierci, jeśli nie mają jedynie epatować drastycznymi obrazami – powinny w znacznie większej mierze uwzględniać podłoże psychospołeczne. W “sprawie Gerharda” należałoby (moim zdaniem) ukazać, jak skrzyżowały się tu losy dwu ludzi, nad którymi zaciążyła WOJNA. Jan Gerhard zaznał jej w wyjątkowo pełnym wymiarze, zaś jego niedoszły zięć-morderca stracił ojca w Powstaniu, co musiało nie najkorzystniej rzutować na jego życiorys i osobowość.
A do zbrodni doszło w momencie, gdy wraz z “epoką gierkowską” w Polsce zaczęły ją upowszechniać nastroje konsumpcyjne. Sapienti sat.

Wydanie: 1/2001

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy