Wicerząd wicepremiera

Wicerząd wicepremiera

Mało kto – policzalne jednostki – potrafi odejść z polityki z klasą, we właściwy sposób, we właściwym czasie, we właściwe miejsce

Właśnie zostałem przez internautę zapytany na moim blogu (www.wedrujacyswiat.pl), czy nie wstyd mi za niektórych ludzi z mojej ekipy gospodarczej, która w swoim czasie dwakroć – w latach 1994-1997 i 2002-2003 – sterowała polską polityką społeczno-gospodarczą. Bynajmniej. Wstyd to może być rodzicom za źle wychowane dzieci. Albo politykom za ich własne błędy. To prawda, że zaliczyć do nich można także przyciągnięcie do polityki ludzi niekompetentnych czy niegodziwych. Ale tak z pewnością nie było w moim przypadku, więc nie mam żadnego powodu, by sobie głowę popiołem posypywać. Jeśli więc ktoś ma do kogoś zastrzeżenia albo źle ocenia obecną działalność kogoś z mojej dawnej ekipy, to doprawdy nie może mieć o to do mnie pretensji. Ja ponoszę odpowiedzialność za swoje czyny i za swój czas.

Ekipa „Strategii dla Polski”

Gdy zajmowałem się aktywną polityką gospodarczą, zaprosiłem do współpracy kilkanaście osób, w tym także te, do których swoje uwagi zgłasza na blogu internauta: Jerzego Hausnera, Danutę Hübner, Marka Belkę, Elżbietę Chojnę-Duch oraz dr Halinę Wasilewską-Trenkner. Prawie wszyscy oni wywodzą się ze środowiska akademickiego i wcześniej nie mieli praktycznych doświadczeń w sprawowaniu wysokich i odpowiedzialnych stanowisk państwowych. Jedynie dr Wasilewska-Trenkner już przed przyjściem do resortu finansów była sprawdzonym w bojach wysokim urzędnikiem Centralnego Urzędu Planowania, który skądinąd w ramach reformy centrum gospodarczego rządu w 1996 r. zlikwidowałem, tworząc w to miejsce później z kolei niesłusznie przez innych zlikwidowane Rządowe Centrum Studiów Strategicznych.
Podczas realizacji „Strategii dla Polski” spoza środowiska akademickiego pochodziło jeszcze dwu wiceministrów – dr Jan Bogutyn w Ministerstwie Finansów i Marek Wagner w Urzędzie Rady Ministrów. Natomiast fachowców wywodzących się z wyższych uczelni było więcej, chociażby wiceminister rolnictwa i specjalistka od wielofunkcyjnego rozwoju obszarów wiejskich, prof. Katarzyna Duczkowska-Małysz, wiceminister w Urzędzie Rady Ministrów pomagający mi w prywatyzacji i koordynacji polityki finansowej niejako w poprzek resortów, prof. Jan Monkiewicz, sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów prof. Krzysztof Kalicki i podsekretarze w tymże resorcie, prof. Ryszard Michalski (później był raz jeszcze wiceministrem) i prof. Andrzej Sopoćko, a także dwukrotny wiceminister – wpierw w resorcie przekształceń własnościowych (później skarbu), a potem w finansach – prof. Jan Czekaj, który jeszcze później – i do niedawna – był członkiem Rady Polityki Pieniężnej. Mam nadzieję, że skoro internauta ich nie wymienia, to nie ma do ich pracy i postawy większych pretensji. Pewnie też dlatego, że wszyscy oni wycofali się z polityki – niektórzy wraz ze mną, inni później – i zniknęli z publicznego świecznika.

Rada Naukowa w Radzie Ministrów

Nie można wszystkich jedną miarką oceniać, ale bez wątpienia wtedy, kiedy sam byłem w rządzie jako wicepremier i minister finansów, a także – co ważne – przewodniczący wpierw (w latach 1994-1997) Komitetu Ekonomicznego Rady Ministrów i później (w latach 2002-2003) Komitetu Rady Ministrów, czyli kluczowych organów przygotowujących decyzje rządowe, byli to właściwi ludzie na właściwych miejscach. W tym drugim okresie pomagała nam także jako podsekretarz stanu w Komitecie Badań Naukowych prof. Ewa Okoń-Horodyńska, a jednym z wiceministrów finansów był wywodzący się spoza środowiska akademickiego Marek Ociepka.
Wszyscy ci ludzie potrafili nie tylko dobrze organizować tok swoich myśli, lecz także pracę podległych im zespołów, pionów, urzędów, resortów. W takim otoczeniu można było skutecznie koordynować politykę gospodarczą. Z całego tego areopagu dało się zrobić nie tylko „wicerząd wicepremiera” – bo dokładnie tak pisała „Rzeczpospolita” o mojej ekipie gospodarczej w 1994 r. – ale dałoby się także stworzyć wysokiej klasy Radę Wydziału na porządnej wyższej uczelni czy też Radę Naukową przedniego instytutu badawczego.
Jednakże praca polityczna i złożone działania w administracji szczebla krajowego to nie uniwersytet. Mówiąc lapidarnie, o ile w nauce wystarczy – bagatela! – mieć rację, to w polityce, w warunkach demokracji, trzeba mieć jeszcze większość. A jej pozyskiwanie – tak w wąskim znaczeniu, w gronie rządu i w ławach parlamentarnych, jak i w szerszym wymiarze, czyli w całym społeczeństwie – to nie lada sztuka. Wymaga to bowiem nie tylko logicznej argumentacji, ale także umiejętności przeciwstawiania się irracjonalności, krótkowzroczności, zaściankowości, chciwości, a także manipulowaniu opinią publiczną przez opozycję i niektóre media – obojętne w tym przypadku, czy z motywacji ideowej, czy po prostu ze względu na określone interesy grupowe. To właśnie udane łączenie akademickiej wiedzy z polityczną sprawnością było źródłem sukcesów tamtej ekipy gospodarczej, acz z pewnością w większym stopniu udawało się to w pierwszym epizodzie rządowym, w latach 1994-1997, niż w drugim, w okresie 2002-2003.

Sądzić po owocach

Z pewnością ta grupa kilkunastu wiceministrów, a także bez mała drugie tyle doradców, których przyciągnąłem do rządu już w roku 1994 i później, to była najlepsza, bo najskuteczniejsza ekipa gospodarcza w Polsce w ostatnich dekadach – nie tylko podczas 20-lecia transformacji. Będąc pod obstrzałem przeciwników politycznych na początku realizacji „Strategii dla Polski”, odpowiadałem im: „Po owocach nas sądzić będziecie”. Udało się, gdyż był to przecież w minionym 35-leciu najlepszy okres polskiej gospodarki – najszybszego wzrostu produkcji i największego spadku bezrobocia, największego postępu instytucjonalnego i społecznego. Nie ma się tu więc czego wstydzić, wręcz odwrotnie: można być dumnym z tych ludzi – fachowych, uczciwych, oddanych sprawie Polski i rozwoju.
No, ale dociekliwy internauta nie tamten okres ani też nie lata 2002-2003 – czas tworzenia i uruchamiania „Programu Naprawy Finansów Rzeczypospolitej” – ma na myśli. Chodzi mu o okres późniejszy, a zwłaszcza ostatnie lata. Tak przynajmniej odczytuję to z jego supozycji, gdy dość ostro pyta: „Nie wstyd Panu za tych ludzi, którzy bardziej ciągną się za modą i pieniędzmi niż za ideami i sprawami, które Panu przyświecają?”. Sporo w tych oskarżeniach przesady, ale bywa, że ludzie się zmieniają. To naturalne. Zmieniają się bowiem poglądy i postawy, sympatie polityczne i preferencje ideowe. Jeśli zmiany te idą we właściwym, postępowym kierunku, to dobrze. Ale bywa odwrotnie i wtedy szkoda. Ale niech każdy sam za to, co czyni, ponosi odpowiedzialność.
Swoją drogą, mało kto – policzalne jednostki – potrafi odejść z polityki z klasą, we właściwy sposób, we właściwym czasie, we właściwe miejsce. Uwaga ta odnosi się do spektrum politycznego, nie jest to bowiem przywara jakiejś jednej orientacji. Od lewa do prawa, od prawa do lewa i pośrodku też. Wielu to się nie udaje, a chęć brylowania w polityce czy choćby w mediach jest przeogromna, dla niejednego nieprzezwyciężalna. Pieniądze – czasami wcale duże, kiedy indziej zupełnie marne – też swoje robią. I bywa, że jedynym sposobem na tkwienie w polityce jest zmiana barw, a więc serwilizm wobec tych, których aktualnie jest na wierzchu. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni to raz.

Prof. Grzegorz W. Kołodko
Akademia Leona Koźmińskiego
Autor bestsellera „Wędrujący świat”

Wydanie: 12/2010

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy