Byle przeżyć do pierwszego

Byle przeżyć do pierwszego

W Starachowicach nikt się władzą nie przejmuje. Ludzie mówią: niech kradną, ale żeby nam trochę zostało

Skrajem ruchliwej szosy pod Starachowicami wędruje 16-letni Mateusz Kolasa, uczeń I klasy tamtejszego liceum. Uciekł mu autobus do Tychów Starych, gdzie mieszka. Ma do przejścia 10 km.
Wieczorem spotkamy się w jego domu. Najpierw będzie rozmowa o wspaniałej, choć kosztownej – całe 150 zł – wycieczce Mateusza w Pieniny (wiosną, na pożegnanie z klasą gimnazjalną). To nagroda rodziców za dobre stopnie. Następnie Bartłomiej, starszy syn Anny Kolasowej, opowie, jak od dwóch lat, odkąd został zaocznym studentem prywatnej Wyższej Szkoły Ubezpieczeń w Kielcach, bezskutecznie usiłuje znaleźć jakąkolwiek pracę. Rozesłał setki CV (biegła znajomość angielskiego i rosyjskiego, kursy: obsługa programów komputerowych, interpersonalne umiejętności radzenia sobie pod presją czasu i ze stresem), co tydzień pilnie ogląda dodatek „Praca” w „Gazecie Wyborczej”. Wziąłby każdą, nawet sprzątanie, byleby tylko pomóc rodzicom. Bartek zazdrości koledze, który załapał się do starej odlewni w Starachowicach. Wprawdzie opiłki żelaza ranią mu oczy (pracownikowi przysługuje 20 zł miesięcznego ekwiwalentu za utratę zdrowia), ale lepsze to niż siedzenie w domu.
Jest już ciemno za oknem, gdy w drzwiach staje ojciec chłopców. Pan Tomasz robi schody w budowanych willach. Dziś pracował 12 godzin za 35 zł. To wyzysk, on wie, ale i tak cieszy się z tych paru groszy – wrzesień to zabójczy miesiąc dla ich portfela. Za chwilę usiądą w kuchni przy stole i dokładnie, z kalkulatorem w ręku, rozliczą wydatki na licealną wyprawkę Mateusza.
Trzeba się zorientować, czy już poszło całe 100 zł, które dostali od babci. Mateuszowi wychodzi, że tak, ale na wszelki wypadek podliczą jeszcze raz: cztery zeszyty 32-
-kartkowe po 0,89 zł, dwa 60-kartkowe w twardej okładce po 1,45 zł, jeden 96-kartkowy – aż 5,99 zł, długopis – 3 zł. Itd., itp.
Kolasowa wzdycha, ale zaraz uśmiecha się do dzieci i męża. Obejmuje ich. No trudno, będzie ciężki miesiąc. Ale się nie damy, prawda? Teraz podliczają dochody: ona ze szpitala w Starachowicach (jest tam pielęgniarką z długim stażem) przyniesie 550 zł. Byłoby trochę więcej, ale od dwóch miesięcy poważnie choruje. Pan Tomasz – tu znak zapytania, czy w ogóle uda mu się złapać kolejną robotę, choć jest dobrym stolarzem; w państwowym zakładzie, gdzie w latach 90. pracował, robili tylko na eksport.
Stówa od babci wysupłana z jej rolniczej renty będzie w tym miesiącu jak koło ratunkowe.
Gdy późnym wieczorem Bartek odprowadza nas do furtki, mówi gniewnym szeptem: – Niech tylko mama wróci do zdrowia, wyjeżdża z tego kraju. Co on takiego złego zrobił w życiu, że nie stać go nie tylko na komputer, ale nawet na dojazd pospiesznym pociągiem na uczelnię do Kielc?

Pięć ofert pracy na miasto
Dawny zakład Tomasza Kolasy w Starachowicach został przebudowany na Powiatowe Biuro Pracy. W poniedziałek, 1 września, spodziewaliśmy się tam tłoku, bo wypadł dzień przyjęć; tymczasem na przestronnych, pustych korytarzach echo odbija tylko śmiech dwóch urzędniczek, które wyszły na papierosa.
Na biurku kierownika PUP, Jarosława Nowaka, leży najświeższy wydruk ofert dla ewentualnych interesantów. Propozycji jest pięć. Nie wiadomo, czy jeszcze aktualne. Wszystkie są z małych prywatnych zakładów: cztery dla budowlańców i jedna dla szwaczki. Od dawna nic dla 600 zarejestrowanych osób z wyższym wykształceniem.
Dlaczego nie ma tłoku w dniu przyjęć, choć w rejestrach urzędu pozostaje 10.214 osób bezrobotnych (na 60 tys. mieszkańców)? Bo już tylko 2189 ma prawo do 398 zł zasiłku. Pozostali, aby ponownie nabyć takie uprawnienia, muszą gdzieś legalnie się zatrudnić na 12 miesięcy. W Starachowicach to niemożliwe.
Jarosław Nowak pracuje w urzędzie od 1991 r. i gdy wchodzi do jego pokoju interesantka, już na pierwszy rzut oka może przewidzieć, co usłyszy. Kiedy petentka już się upokorzy odsłanianiem różnych wstydliwych skutków biedy w domu (niedawno jedna, 30-letnia, pokazała mu swoje dziąsła, kompletnie pozbawione zębów – na dowód, że nie miała pieniędzy na dentystę), nadchodzi pora na wyciągnięcie tej kartki z pięcioma ofertami. I żałosna propozycja: jeśli ta szwaczka jest już nieaktualna, proszę przyjść w następny poniedziałek.
To nie są słowa na odczepnego. W tym roku wystarali się o więcej pieniędzy na roboty interwencyjne – 980 tys. zł pochłonie program „Powrót” dla osób pozostających długo bez pracy. Udało się już zorganizować 130 miejsc. To robota tylko na kilka miesięcy. – Jestem sprzedawcą nadziei – mówi Jarosław Nowak.
Niedawno wysłali 11 pielęgniarek do niemieckich domów starców. Za granicą zarobią miesięcznie po 2 tys. euro. – Pani pewnie pomyśli – uprzedza moje pytanie Nowak – co to za oferta, ale ja się cieszę. Bo tu dziesięć, tam 20 i po raz pierwszy od czerwca 1999 r. udało się powstrzymać wzrost liczby bezrobotnych.

Nie leż cały dzień
Naprzeciw pośredniaka jest komórka, a w niej, jak zachęca napis na murze, „Tania odzież”. Dwie młode kobiety zostawiły wózki z dziećmi za progiem i kopią w koszu z ciuchami na wagę. Jestem mimowolnym świadkiem ich rozmowy. – I ja mu mówię – opowiada ta starsza – „Nie leż tak cały dzień przed telewizorem, mógłbyś chociaż pranie wstawić, chyba umiesz włączyć franię, mnie już w rękach łamie od tego codziennego płukania w zimnej wodzie”. A on na to: „Dobrze, tylko idź już z dzieckiem, bo mi uszy puchną od jego wrzasku”. I wiesz kochana, przychodzę ze spaceru, otwieram drzwi, a tam jak w wędzarni, całą paczkę wykurzył, nic niezrobione. Drzemie, telewizor gra, co mu tam, że prąd kosztuje. To złapałam ryczkę w kuchni i jak nie walnę nią o drzwi, aż się rozleciała. A on się zrywa: „Co ty Ania, co ty?”, zaraz wziął kubeł ze śmieciami i w laczkach poleciał na podwórko.
Na to ta druga: – Kochana, niepracujący chłop w domu to jak wrzód na dupie. Mnie nie powiesz, przecież mój Jurek to nawet już do pośredniaka nie chodzi, bo mówi, że nie ma po co. Ale piątaka na piwo to choćbym do torby z cukrem schowała, zawsze cholera znajdzie. Po co tu tyle tych piwiarni? Za każdym rogiem budka.
– Nie wiesz, po co? Żeby ostatnie pieniądze od człowieka wyciągnąć. A za co zdjęli tego prezydenta na ratuszu, Majchrzyka? Bo ktoś doniósł wyżej, że poza kolejką załatwił synowi koncesję na piwiarnię. A w tej specjalnej strefie ekonomicznej miało być tyle zakładów z ulgami dla przedsiębiorców, żeby nowe miejsca pracy tworzyli, i zobacz, jaka tam trawa wyrosła. Porejestrowały się cwaniaki, żeby ulgową fakturę stamtąd wystawić, ale produkcję mają gdzie indziej.

Tęsknota za Starem
Praca – to słowo odmieniane jest w Starachowicach na wszystkie sposoby. Wśród osób po pięćdziesiątce, zwłaszcza takich, które nie mają szans na wypracowanie praw emerytalnych, lata, gdy Star – największa fabryka w mieście – dawał robotę 25-tysięcznej załodze, jawią się jak utracony eden.
Bo potem przyszła transformacja i gwałtowna zapaść. Codziennie w Starze kadry miały na biurku przygotowane kolejne zwolnienia dla 300 osób. Mówiono, że jak ktoś jest w związkach metalowych, to go wyrzucą, a jak w „Solidarności”, to będzie miał pracę. Ludzie masowo przypinali sobie do roboczych fartuchów znaczek „S”. W prezydenckich wyborach poparli Tymińskiego.
Na zlecenie Banku Światowego amerykańska firma konsultingowa rozpoczęła opracowywanie planu uzdrowienia kombinatu. Zalecono odchudzanie: rozbicie fabryki na kilka mniejszych zakładów i pozbycie się całej sfery socjalnej – osiedli mieszkaniowych, przedszkoli, obiektów sportowych i kulturalnych, domów wczasowych. Produkcję miała ratować mała ciężarówka 3,5-tonowa, mogąca konkurować z produkowanymi na Zachodzie. Ale na jej uruchomienie zabrakło pieniędzy, a zalecani przez Amerykanów zachodni kontrahenci nie pośpieszyli do Starachowic z ofertami współpracy.
Ratunek obiecuje podwarszawski biznesmen. W halach Stara chce uruchomić produkcję wodomierzy, wódki, piwa, puszek aluminiowych. W zamian żąda gwarancji rządowych dla rzekomych fantastycznych kredytów zachodnich i znacznych ulg podatkowych. Przegonili go.
Rząd przyznaje Starachowicom status terenu szczególnie zagrożonego bezrobociem. Za tą decyzją idą spore pieniądze. Ale ludzie nie odczuwają bezpośrednio finansowego zastrzyku. Raz po raz wybucha strajk. Pod koniec 1992 r. prowadzi go przez 33 dni w wyziębionych halach Zbigniew Rafalski, przewodniczący zakładowej „Solidarności”. – Kobiety odsyłały mężów do domów, a same zostawały, bo nie ufały chłopom, że dotrwają – mówi. – Rozeszli się, gdy od prezydenta Wałęsy dostali obietnicę, że zakład otrzyma 15 mld starych złotych. Nigdy nie przyszły.
Dwa lata później władze Starachowic sprzedały posiadane długi Stara spółce Sobiesław Zasada Centrum SA. A gdy i ten się wycofał, przyszła kolej na drugiego ciężarówkowego potentata zza Odry – koncern MAN. Dziś fabryka zatrudnia 1010 pracowników. MAN zabiega o poparcie polskiego rządu i dofinansowanie tej inwestycji w wysokości 25%. Niemiecki koncern ma argument. Jeśli nie rozwinie produkcji w Starachowicach, może ją umieścić w swojej tureckiej fabryce w Ankarze.
Starachowiczanie, wśród których co czwarty dorosły nie ma pracy, przyzwyczajają się do myśli, że będą musieli żyć na długim bezrobociu.
Kierowniczka Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej żali się na sesji radnych, że coraz częściej spotyka się z agresją osób, którym odmawia się zapomogi. Urzędniczkom grożono już nożem, miotaczem gazu. Ale przyznaje, że to wszystko z desperacji. Ma coraz więcej telefonów, że dzieci słabną na lekcjach z głodu. Zwłaszcza te młodsze już z samego rana zaglądają do świetlicy, pytając, co będzie na obiad. Około 12 stają w progu, żeby popatrzeć, jak jedzą inni. Ale miasta nie stać na bezpłatne posiłki w szkole.

Nie pytaj, co dalej
Co roku po wakacjach z tysiąca absolwentów zawodówek ok. 800 rejestruje się w pośredniaku. Młodzi już na starcie uczą się oszustwa. Trzeba jakoś obejść przepisy. Praktyka jest taka: absolwenci szkół zawodowych mają prawo do kuroniówki przez rok. Pracodawca, który w tym czasie ich zatrudni, przez następnych 12 miesięcy dostaje z pośredniaka zwrot części kosztów – 36% przeciętnego wynagrodzenia. Większość absolwentów dogaduje się z szefem, że będą u niego pracować tylko przez pół roku, aby uzyskać prawo do 12-miesięcznego zasiłku. Potem mogą dorabiać na czarno w tej samej firmie. Jeśli dostaną robotę. W przeciwnym razie muszą kraść.
W dzielnicach nędzy – na tzw. Majówce, Bugaju – po zmroku nikt nie wyściubia nosa z domu, bo młodzi napastnicy dla kradzieży marnego ruskiego zegarka gotowi są złamać rękę. Nawet policja omija te rewiry. Mają złą opinię od lat. W 1997 r. pod lasem znaleziono zwłoki 12-letniego Kamila, uduszonego nylonowym sznurkiem. Morderca zawiązał na szyi ofiary staranną kokardkę. Do zabójstwa przyznał się 17-letni Marek, kolega Kamila, uczeń Zespołu Szkół Zawodowych nr 3. Tydzień później pies policyjny odnalazł w lesie zwłoki 12-letniego Rafała. Zginął z rąk kolegi, 16-letniego Norberta. Podczas przesłuchania Norbert stwierdził, że dość miał biedy w domu, chciał iść do poprawczaka. I dlatego zabił.
Po pogrzebie ofiar 18-letni Hubert z IIIe ZSZ wymyślił marsz przeciwko przemocy. Zgodnie z modą panującą w „trójce”, chłopcy poszli na demonstrację w czarnych kurtkach, z kolczykami w uszach i gdzie tam jeszcze mogli je wpiąć. Hubert początkowo miał czytać tekst, który przygotowała polonistka z jego szkoły. Ale powiedział od siebie, z serca. Padły słowa: „Winna jest też część wychowawców i nauczycieli, którzy udają, że nas uczą i wychowują. A my udajemy, że podporządkowujemy się ich słowom”. – Ma chłopak charyzmę – szeptali obserwujący marsz miejscowi politycy. Kilku pomyślało o zwerbowaniu takiego młodzika w szeregi swej partii. Ale Hubert nie dał się wciągnąć w politykę. Gdy tylko skończył szkołę i zorientował się, że dla niego, hydraulika, nie ma pracy, prysnął do Niemiec.
Minęło pięć lat, jestem w tej samej szkole, również w klasie maturalnej. Nie ma uroczystego nastroju początku roku szkolnego. Uczniowie przyszli prosto z roboty – wielu ma przekrwione oczy, niedomyte ręce. Niestosownie pytać o radość uczenia się, zdobywania wiedzy. – Najważniejsze – mówi ten wygadany z pierwszej ławki (tylne rzędy cały czas z czegoś rechoczą) – zdobyć papier technika. Pracy nie daje, ale gdyby człowiek wyjechał gdzieś za granicę, to już inaczej wygląda. Plany na dziś? Jeśli człowiek gdzieś się zaczepi, trzymać się tego pazurami. Jarek Nowak, który codzienne wstaje o 4 rano, bo tylko wtedy może dopasować pekaes ze swego Mirowa, ma jeszcze inne zmartwienie: majster wspominał, że będą zaczynać zmianę o 6, a nie jak dotąd o 6.30. Wtedy on nie dojedzie na czas do pracy, a przecież lepszej niż w Cersanicie, gdzie dostaje brutto całe 1000 zł, nie znajdzie.
O polityce, aresztowaniu starosty i wynikłej stąd aferze, bardzo na wyrost określanej w „Gazecie Starachowickiej” jako największa w III RP, nie chcą rozmawiać. A jeśli już któremuś coś się wyrwie, zaraz przypominają o zakazie fotografowania – broń Boże, jeszcze im zaszkodzi. W czym? A jak pójdą z podaniem o lokal w bloku czynszowym albo o zasiłek z pomocy społecznej? To nic, że takie sprawy nie dotyczą starosty czy tego drugiego aresztowanego, którego nazwisko akurat im uciekło. Ta cała tutejsza władza to po jednej s… matce.

Partia da ci pracę
W stołówce Caritasu, gdzie od dziesięciu lat wydaje się co dzień 200 obiadów (dziś kapusta z grochem i zalewajka, w czwartki zawsze pierogi), nawet ledwo trzymający się na nogach pijaczyna poprawnie wybełkocze nazwisko prezydenta miasta czy starosty. Skąd ta znajomość? Gazety czytają? Nie. Tylko co jakiś czas zapisują się na rozmowę z władzą w dniu przyjęć interesantów. – Musowo tam wchodzę raz w miesiącu – zarzeka się Zbigniew Morel (całkiem trzeźwy) – z zażaleniem na eksmisję z bloku i że dali mi tylko raz 38 zł zapomogi.
Morel, dawny kolejarz, wiek około czterdziestki, mieszka ze swoją kobietą we wraku wartburga. Jak to wygląda, możemy zobaczyć, bo on zaraz będzie niósł jej tę zalewajkę. – Proszę bardzo – cieszy się z demonstracji swej zaradności. Wybite okno zaklejone jest folią, na noc fotele się rozłoży, w bagażniku trzymają dodatkową odzież, którą w zimne noce założą jedno na drugie. A mycie, pranie? – W Kamiennej – odpowiada znad menażki młoda jeszcze kobieta. Jej biała bluzka jest naprawdę biała.
W garkuchni dla ubogich zmartwienie – nie ma co chodzić do starosty, bo stary w więzieniu, a choć doszło do sesji rady powiatu, nie wybrano nowego. Jak tam było z głosowaniem, podopieczni ośrodka opieki społecznej jeszcze nie wiedzą, ale zaraz przyjdzie na darmową zupkę profesor (tak nazywają bezrobotnego nauczyciela), on zawsze ma aktualne wiadomości, bo czyta gazety wyrzucone na śmietnik.
My jednak zasięgamy wiedzy u źródła. Potwierdza się o tyle, że burmistrz nie został wybrany w pierwszym podejściu. Prawica w ogóle nie zgłosiła kandydata, bo z góry była na straconych pozycjach. Powiatem, podobnie jak miastem, od dwóch lat rządzi koalicja SLD-PSL-UP. Najwięcej szans miał kandydat ludowców Dariusz Dąbrowski, przewodniczący rady powiatu w poprzedniej kadencji. Ale zabrakło mu jednego głosu. Nie poparł go partyjny kolega Andrzej Maciąg, bo „nie odpowiadała mu rola tylko członka zarządu”. Jakoż szala zwycięstwa przechyliła się na korzyść Maciąga i jego wybrano na starostę. Dalsza zwłoka groziła bowiem zarządem komisarycznym.
Do ostatniej chwili trwała walka podjazdowa. Przydały się łamy „Gazety Starachowickiej”. Radny Krzysztof Lipiec (PiS, wcześniej AWS) pisze tam o partyjnych przeciwnikach, członkach SLD, że „wszędzie czują zapach dojnej krowy, węsząc zysk i łatwą zdobycz”. Na tej samej kolumnie ubiera się w szaty Katona Grzegorz Walendzik, były prezydent Starachowic w roku 1992 (Samorząd 2002, przedtem AWS), który przeszedł do historii jako nieudolny gospodarz, choć rząd wspierał miasto specjalnymi funduszami antykryzysowymi. Walendzik gromi „kwitnące na całego partyjniactwo”.
Skądinąd to prawda. W Starachowicach od dawna jest wiele obozów, partyjnych ugrupowań, bo w strategicznych sytuacjach każde może być języczkiem u wagi, a co za tym idzie, każde może dać wymierną w złotówkach władzę. I co w mieście totalnego bezrobocia jest najważniejszą walutą, dobry etat w budżetówce. Także dla rodziny.
Nie wiadomo, czy utrzyma się prezydent miasta, Sylwester Kwiecień z SLD. Wszedł do gabinetu po rządach AWS-UW zakończonych małym skandalem. Poprzednikiem Kwietnia był Janusz Wierzbicki (AWS). Jego zastępca, Eugeniusz Majchrzyk (UW), protekcyjnie przeznaczał fundusze komisji rozwiązywania problemów alkoholowych na wspieranie klubów sportowych, załatwił też swojemu synowi koncesję na sprzedaż piwa. Zmuszono go do dymisji. Związana ze Starachowicami posłanka UW, Maria Stolzman, twierdziła, że za całą sprawą stał Walendzik.
Po tej dymisji przez ponad pół roku stanowisko pozostawało nieobsadzone. Tymczasem dziura w tegorocznym budżecie miasta sięgnęła 7 mln zł. W międzyczasie radni UW wraz z SLD i PSL odwołali starostę Marka Bogumiła z AWS. Zastąpił go Mieczysław Sławek z SLD.
I tak wiosną 2002 r., po trzech latach przerwy, SLD powrócił do władzy w mieście. W koalicji z UW radni SLD odwołali prezydenta Wierzbickiego, zarzucając mu m.in., że źle reprezentował interesy gminy w Specjalnej Strefie Ekonomicznej Starachowice i opóźniał rozwiązywanie ważnych problemów miasta.
Ale prawica nie rezygnuje. Kilkunastu działaczy dawnego Ruchu Społecznego AWS oraz „Solidarności” zdecydowało się wstąpić do PiS. Jest wśród nich były senator Krzysztof Lipiec, który po przegranych wyborach parlamentarnych ponownie został szefem nauczycielskiej „S” w Starachowicach. Gdy związana z Walendzikiem część starachowickich działaczy RS AWS utworzyła Obywatelskie Porozumienie Samorządowe, a później dołączyła do Stowarzyszenia Samorząd 2002, Lipiec wraz z działaczami PiS powołał komitet wyborczy Wspólnota. Zanosiło się, że z prawej strony sceny politycznej o fotel prezydenta Starachowic będzie się ubiegać aż pięciu kandydatów.
Wybory. Od rana ekipa Marka Basiaka, wiceszefa rady powiatu, szykowanego przez lewicę na starostę, kupuje głosy za wódkę. Sprawa się wydaje, Basiak traci fotel, który już był w zasięgu ręki, jego miejsce zajmuje Mieczysław Sławek. Poprzednio kierownik urzędu pracy w Starachowicach.
Basiak na osłodę zostaje dyrektorem Miejskiego Centrum Rekreacji i Wypoczynku w Starachowicach i wiceprzewodniczącym rady powiatu. Pół roku później zostanie wyprowadzony z biura w kajdankach. Prokuratura zarzuca mu wyłudzenie odszkodowania za celowo zaaranżowaną kolizję oraz wręczanie łapówek. Za kratkami przebywa też starosta Sławek, oskarżony o wyłudzenie odszkodowania za rzekomo skradziony samochód.
W Starachowicach nikt już władzy nie wierzy. I mało kogo bulwersuje ostatnia afera. Ludzie mają inne problemy. Każdy swoje. Na przykład załoga szpitala, w którym pracuje Kolasowa, nie może się pogodzić z rządami dyrektora Jarosława Łyczkowskiego, jeszcze niedawno aktywnego polityka UW, członka zarządu miasta przymierzanego do fotela prezydenta. Tyle opowiadał z trybuny o konieczności pochylenia się nad człowiekiem. Gdy został dyrektorem szpitala, zaczął wzywać pracowników na indywidualne rozmowy i namawiać ich, żeby dobrowolnie zrezygnowali z trzynastki i części pensji. Bo szpital ma 17 mln zł długów. W razie odmowy traci się pracę. I ludzie nie tylko na to się godzili, ale nikt nie odważył się zapytać: – A pan? Ile pan sobie obetnie z pensji?
Bieda rzadko idzie w parze z wysoką samooceną. A już nigdy, gdy towarzyszy jej codzienne zmartwienie, co włożyć do garnka. Rodziny w Starachowicach wiedzą to od co najmniej dziesięciu lat.

Wydanie: 37/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy