Carmen nie jest tanią dziwką

Carmen nie jest tanią dziwką

Tylko na operowej scenie całkowicie się realizuję. Operetki nie cierpię

Małgorzata Walewska, śpiewaczka

– Jest pani wymarzoną operową Carmen, która podbija serca mężczyzn swoim głosem, ruchem, charakterem. Kim jest według pani Carmen – czy kobietą fatalną, która idzie po trupach i jak sobie kogoś upatrzy, to nie cofnie się nawet za cenę życia, czy też kobietą rozwiązłą, która skacze z kwiatka na kwiatek, a jak już kogoś zdobędzie, z miejsca szuka innego?
– Carmen to kobieta niezależna, świadoma siły swojego seksapilu, a nie tania dziwka. Musi w niej być coś intrygującego i niezwykłego, skoro faceci tak się w niej zakochują. Ona kocha szczerze, ale myślę, że potrzebuje partnera, który by jej cały czas imponował, którego trzeba cały czas zdobywać. Poza tym nie jest kobietą zdolną do kompromisów.
– Dlaczego już dwukrotnie przenosiła pani operę „Carmen” w swoim wykonaniu na wideo?
– Ma pan zapewne na myśli „Carmen” z St. Margarethen? To zapis VHS fragmentów przedstawienia z 1996 r., który powstał dla potrzeb festiwalu. Nagranie pozostawia wiele do życzenia. Jakość obrazu i dźwięku jest wątpliwa i jedynie moje arie są nagrane w całości, oprócz arii z kartami. Niestety po pewnym czasie materiał ten zaczął być sprzedawany w internecie z pogwałceniem praw wykonawczych. Ten incydent spowodował moje rozstanie z austriackim agentem. Drugie nagranie to zapis gliwickiego spektaklu „Carmen” w reżyserii Pawła Szkotaka. Mimo że na tym nagraniu jestem 10 lat starsza i 10 kg grubsza, polecam to nagranie zwłaszcza tym, którzy w operze szukają pięknego śpiewu. Muszę przyznać, że obsada gliwickiej „Carmen” jest pierwszorzędna zarówno wokalnie, jak i aktorsko. Gliwicka inscenizacja jest umieszczona w czasie rewolucji w Hiszpanii, co daje bohaterom dodatkowe zadania i nadaje głębszy sens całej akcji.
– W obu spektaklach Carmen jest inaczej zarysowana i inaczej ubrana. Jaki strój i wygląd byłby według pani najwłaściwszy dla tej bohaterki?
– Jest mi wszystko jedno, w co Carmen jest ubrana, bylebym się w tym dobrze czuła. Śpiewałam już też Carmen w spodniach. Oczywiście strój określa jakoś charakter postaci, ale głównie chodzi o to, żeby koncepcja reżysera była spójna i konsekwentna.
– Oprócz kostiumu ważny jest partner, który pozwala solistce ukazać się w całej krasie. Jak ich pani sobie dobiera? Który z tych zarejestrowanych Don Jose był w „Carmen” najlepszy? Marcello Bedoni czy Mario Malagnini, obaj przystojni, postawni mężczyźni z dobrymi głosami.
– Faktycznie czasem mam wpływ na to, kto jest moim partnerem. Marcello bardzo dobrze się spisał. Lubiłam też Maria jako Josego. Lubię, jak partner jest ode mnie wyższy. Poza tym łatwiej jest „się zakochać” w przystojnym, a i publiczności łatwiej jest uwierzyć w tę miłość.
– Jest pani kobietą wspaniałej urody, ale wzrostu koszykarki. Czy ten fakt nie powodował nigdy problemów z doborem partnerów scenicznych?
– Nie przesadzajmy z tą koszykarką Kiedyś leciałam samolotem z drużyną niemieckich koszykarek. Sięgałam im pod pachę. Wtedy pozbyłam się kompleksów.
– A czy śpiewała pani np. z Paulosem Raptisem?
– Z Paulosem śpiewałam na koncercie oratoryjnym. Dyrygent stał między nami, więc nie było komicznej sytuacji. W 1997 r. śpiewałam w Wiedniu Carmen z Luisem Limą, który jest niewiele wyższy od Paulosa. Luis ma jednak taką osobowość, że jego wzrost nie ma znaczenia na scenie.
– Występowała pani na scenie z największymi gwiazdami opery światowej. Jakie wymagania wobec partnerek i partnerów miał np. niezapomniany Luciano Pavarotti? Czy wypowiadał głośno tego typu kaprysy? Czy dawał po sobie poznać, że nie ma lepszego od niego?
– Nigdy nie byłam świadkiem, żeby Luciano stawiał jakieś warunki swoim partnerom scenicznym. Pracowałam z nim w 1996 r. w Staatsoper w Wiedniu. Podczas prób do opery „Andrea Chenier” Maestro siedział na scenie na stołku i obserwował, co robimy. Był miły i wesoły. Grałam Bersi, pokojówkę i powiernicę Magdaleny. Śpiewałam do Magdaleny, że ma takie piękne sukienki, a moje są takie brzydkie. Na co Pavarotti zmierzył mnie wzrokiem ze swojego wysokiego stołka i skwitował: I don’t think so (Nie powiedziałbym, że tak jest). Jeśli nie musiałam stać na scenie, siedziałam na widowni i chłonęłam każdy dźwięk, który wydobywał z siebie Maestro. Był wówczas w doskonałej formie. Miał pewne problemy z reżyserią, bo musiał stoczyć walkę na szpady z Renatem Brusonem, a jego tusza ograniczała zwinność ruchów. Na pierwszej próbie wybuchł szczerym śmiechem nad swoją walką. Miał do siebie dystans.
– Czy również pozostali śpiewacy spośród słynnych trzech tenorów byli pani partnerami na scenie?
– Zarówno Pavarotti, jak i Domingo to wielkie osobowości bez kompleksów. Oni nie potrzebują „grać” wielkich gwiazd. Placido wręcz ujmuje skromnością i kulturą. Z Maestro Domingiem też po raz pierwszy pracowałam w Wiedniu. Śpiewał Otella, a ja Emilię. To była jedyna produkcja, w której wystąpiłam jako jego tło, ale potem spotykaliśmy się wielokrotnie w MET (Metropolitan Opera w Nowym Jorku). W 2005 r. zaprosił mnie do Waszyngtonu, żebym zaśpiewała Dalilę w operze „Samson i Dalila”, wtedy też poprosił, żebym pomogła przetestować nową salę koncertową „Stratmore Hall”, gdzie śpiewałam z orkiestrą, a Maestro przesuwał zwisające z sufitu ekrany, chodził po sali i sprawdzał akustykę. W kwietniu tego roku śpiewałam u niego Magdalenę we wszystkich przedstawieniach „Rigoletta”. Natomiast Jose Carrerasa znam tylko na gruncie towarzyskim. Nigdy z nim nie pracowałam.
– Ma pani piękny, głęboki i mocny głos, którym w mistrzowski sposób operuje. Kto był pani pierwszym pedagogiem? Czy nadal korzysta pani z rad pedagoga, czy też sama jest sobie sternikiem i okrętem?
– Moim jedynym nauczycielem śpiewu była śp. Halina Słonicka. Od jej śmierci w 2000 r. nie uczę się u nikogo. Jeśli mam wątpliwości co do jakości mojego wykonania, to się sama nagrywam i sama analizuję błędy. Korzystam też z rad mądrych korepetytorów – pianistów, z którymi ćwiczy się rolę. To są bardziej uwagi muzyczne niż techniczne wokalne, ale czasem są bardzo cenne.
– Jakiej postaci nie kreowała pani jeszcze na scenie operowej, a było to zawsze pani marzeniem?
– Jest parę takich ról. Wszystkie z repertuaru rosyjskiego. Joanna w „Dziewicy Orleańskiej” Czajkowskiego, Marfa w „Chowańszczyźnie” Musorgskiego i Lubasza w „Carskiej Narzeczonej” Rimskiego-Korsakowa.
– Czy najlepiej sprawdza się pani w rolach scenicznych, z kostiumami i reżyserią, czy również lubi pani wykonania koncertowe oper i koncerty pieśniarskie?
– Tylko na operowej scenie całkowicie się realizuję. Opera jest idealnym połączeniem moich pasji; aktorstwa i śpiewu. Fascynuje mnie cały proces przygotowania premiery. Dyskusje z reżyserem, analizowanie postaci, najdrobniejszych szczegółów charakteru, tworzenie jej. Jeżeli jest wystarczająco dużo prób, dobra orkiestra i dyrygent, opera staje się ekstatycznym przeżyciem dla mnie i publiczności.
– A operetka, jej młodsza, bardziej podkasana siostra? To właśnie w operetce „Baron Cygański” padają prorocze słowa „Wielka sława to żart”?
– Nie cierpię operetki, a zwłaszcza przytoczonej przez pana frazy.

Małgorzata Walewska, śpiewaczka operowa – mezzosopran. Jako jedyna poza Ewą Podleś zrobiła prawdziwie światową karierę w tej kategorii głosu. W 1994 r. ukończyła z wyróżnieniem Akademię Muzyczną w Warszawie, zdobywając już w trakcie studiów pierwsze nagrody na międzynarodowych konkursach, m.in. we Wrocławiu i Las Palmas. W 1991 r. rozpoczęła współpracę z Teatrem Wielkim w Warszawie. W latach 1996-1998 występowała na deskach Wiedeńskiej Staatsoper. Śpiewała u boku takich artystów jak: Luciano Pavarotti, Placido Domingo, Simon Estes, Luis Lima, Bernhard Weikl, Thomas Hampson, Edita Gruberová. Ma na koncie występy w wielu teatrach operowych Europy i USA oraz udział w licznych festiwalach. W zestawieniu tygodnika „Time” została zaliczona do grona dziesięciu najsławniejszych Polaków. Ulubioną przez nią charakterystyką jest stwierdzenie pewnego zagranicznego recenzenta: Małgorzata Walewska – najbardziej erotyczny głos na świecie. Na pierwszym miejscu wśród kreowanych przez nią postaci operowych jest Carmen w operze George’a Bizeta.

 

Wydanie: 52/2008

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy