Reportaż
Na czarno przez granicę
Porzuceni przez przewodnika Hindusi przez cztery dni błąkali się po bieszczadzkich lasach. Byli pewni, że są już w Niemczech Jeszcze słońce nie wstało, a my już na granicy. Kilkumetrowa leśna przecinka, należąca po połowie do nas i do wschodnich sąsiadów, zmienia się co kawałek w zbity gąszcz jeżyn, krępujących nogi kolczastymi pędami. Powalone drzewa dają się ominąć, wezbrane po ostatnich deszczach, wypływające nie wiadomo skąd potoki trzeba pokonać w bród. Zanim wyszliśmy na patrol, musiałam przyrzec, że nie ujawnię trasy marszu ani
Z Chlebem Życia
Wspólnota siostry Chmielewskiej jest u powodzian zawsze pierwsza Jedenastą dobę są na nogach. Zmęczenie daje się już porządnie we znaki, wszak dochodzi północ. Rano trafili do powodzian w parafii Mydłów. Od tamtejszego proboszcza dowiedzieli się, które rodziny są najbardziej poszkodowane. A potem już po kolei: Szewce, Złota, Klimontów, Pokrzywianka, Trześń, Gorzyczany, Czekarzewice. O niektórych wsiach nikt nawet nie słyszał. Teraz jest już trochę spokojniej, opadła gorączka pierwszych dni. – Z tego, co się orientujemy,
Z palcem na ustach
Nie jest prawdą, że kameduli powtarzają słowa “memento mori”. Wymyślił to Henryk Sienkiewicz Przed bramą klasztoru wisi sznur dzwonu – sposób powiadamiania o czyimś przybyciu nie zmienił się od wieków. Dopiero po kilkunastu minutach furtę klasztoru otwiera zakonnik. Długa, siwa broda, pod białym habitem gruba bluza, na nogach sandały i kaptur mocno naciągnięty na głowę. Brat gestem ręki bez słowa zaprasza nas do środka i kieruje do kościoła. Po kilku minutach zjawia się opat zakonu. Idziemy do gościnnego pokoju. –
Nie ma ręki, może śpiewać
Górnicy w Boguszowie dostali renty, żeby można było zalać kopalnie. Teraz renty są zabierane Są zbyt starzy i zbyt chorzy, żeby się przekwalifikować na elektroników ze znajomością języka i dojeżdżać do pracy do Czech 60 km w jedną stronę. Aż tam burmistrz prawie załatwił robotę dla niewielkiej grupy. Są zbyt młodzi i zbyt zdrowi, żeby zacząć zbierać na trumnę. Renciści, którzy po ozdrowieniu nie mają gdzie dopracować do emerytury. Państwo dawało renty hojną ręką, szczególnie na początku lat 90. Jeśli lekarz zakładowy
Żebym tylko przetrzymała
Jak wytłumaczyć, że tu, gdzie rozkłada starą amerykankę, to nie jej miejsce, że jej dom to wciąż te zatęchłe ściany do zwalenia? Poniedziałek, 7.08.2001, godz. 15.49 We wtorek, 24 lipca, tuż koło godz. 12 Marian B. zamknął sklep z artykułami przemysłowo-spożywczymi; wywiesił kartkę z napisem: „Przerwa” i poszedł do rodziców. Matka mierzyła akurat materiał na spodnie, które miała uszyć na zamówienie. – Trzeba zdjęcia i dokumenty przełożyć na samą górę – zawyrokował i wziął się do roboty. Potem zadzwonił
Czarodziej bilardowego kija
Bogdan Wołkowski, mistrz świata w trikach bilardowych, został wygwizdany w Londynie najgłośniej. To oznaczało, że wygrał Fryzjer, solarium, regularnie robiony manikiur. Eleganckie garnitury, markowe dresy, skórzane nesesery, dobre auto. Podróże do najdalszych zakątków świata. A potem znów Jaworzno i osiem albo dziesięć godzin treningu dziennie, masaże oraz odnowa biologiczna. Tak dzisiaj wygląda życie Bogdana Wołkowskiego – sześciokrotnego mistrza świata w trikach bilardowych. Jego klub Fair Play w Jaworznie potrafi wskazać każdy. Pierwsza
Volterazo na rogach
Po kilku tygodniach spędzonych w szkole matadorów postanowiłem zmierzyć się z bykiem… KORESPONDENCJA Z CHICAGO – Chciałbym zobaczyć, jak sobie radzisz w konfrontacji z 1,5-rocznym, rozjuszonym zwierzęciem, nie mającym nic do stracenia. Byk w tym wieku już doskonale wie, do czego służą rogi. Może cię nimi dotkliwie poranić, złamać kilka żeber, okaleczyć, może nawet zabić… I jak ci się to podoba? – Uhm, w porządku… – rozmawiam telefonicznie z Colemanem Cooneyem, współzałożycielem Kalifornijskiej Akademii Tauromaquia
Śmierć białego niewolnika
Pracował za grosze na czarno. Po wypadku nie poszedł do lekarza, bo nie był ubezpieczony. Musiał umrzeć Wojtek Kokoszkiewicz do nauki drygu nie miał. Ciągnęło go do techniki. Wszystko umiał wyreperować. Obrotny był, opowiadają ludzie, raz dwa sobie ze wszystkim poradził. Telewizor się popsuł – zreperował, samochód czy ciągnik – i na to znalazł sposób. Nie był z tych głośnych, co po pijaku za demolkę się biorą. Był jakiś inny. Bardziej wyciszony. Jak szykowała się jakaś bibka, to wykręcał się bolącą głową.
Makatka haftowana szwabachą
Niemcy przyjeżdżają na Mazury, żeby uzupełnić fotografie w rodzinnym albumie Do środka chaty wchodzą pojedynczo, ostrożnie schylając posiwiałe głowy w niskich drzwiach. – Vorsicht, vorsicht, pass auf (uwaga, uwaga) – ostrzegają siebie nawzajem, potykając się o wysokie progi. Wewnątrz ze wszystkich kątów natychmiast dopada ich dawno już zapomniany zapach, woń starego drzewa, samodziału, tynku – przemieszana z wilgocią. Zatrzymują się przez chwilę odurzeni, niespokojni, wciąż nie mogąc uwierzyć, że tak mały i niebogaty







