Chore molochy

Smog, śmieci, zatrute środowisko, czyli metropolia

Miasta – jak planety – też mają siłę grawitacji, która przyciąga ludzi. Jeszcze w 1950 r. w mieście mieszkał co trzeci człowiek na świecie, obecnie z sześciu miliardów ludzi połowa to mieszkańcy miast, a według prognoz, za ćwierć wieku, tj. w 2025 r., w aglomeracjach miejskich będzie żyło dwie trzecie ludności, prawdopodobnie ponad pięć miliardów.
Najbardziej rozrastają się miasta duże, które z dziesięciolecia na dziesięciolecie stają się megamiastami. W latach 1950-1970 Szanghaj podwoił liczbę mieszkańców. Proces ten był jeszcze gwałtowniejszy w Meksyku, który w tym samym 20-leciu powiększył się do 9,1 miliona mieszkańców (z 2,9 mln), a obecnie liczy ponad 15 milionów.
Nie wszystkie metropolie pęcznieją w takim tempie; znacznie wolniej zaludniają się miasta bogatej Północy. Przykładem jest Paryż: jeszcze w 1950 r. był piątym co do wielkości miastem świata, w 1990 r. spadł na czternastą pozycję, a obecnie zajmuje miejsce dwudzieste.
Tendencja ta nie tylko utrzymuje się, ale i nasila. Urbanizacja czyni największe postępy w biednych rejonach świata. Wzrost liczby ludności miejskiej jest najszybszy w Afryce – 4,6% rocznie i w Azji – 3,5%, natomiast najmniejszy w Ameryce Północnej – 1,3% i w Europie – 0,7%.
Według wiarygodnych prognoz, wspomniany już Meksyk w 2015 r. będzie zamieszkiwało 19 mln mieszkańców. Przewiduje się, że w latach 1990-2015 liczba mieszkańców Bombaju zwiększy się z 12 mln do 26 mln, Sao Paulo z 15 do 20 mln, a Kalkuty z 11 do 17 mln. Powiększać się będą również takie molochy, jak Szanghaj, Tokio, Pekin i inne ludzkie mrowiska.
W 1950 r. na świecie były tylko 83 miasta liczące więcej niż milion mieszkańców, obecnie jest ich ponad 4-krotnie więcej, bo aż 360. Według waszyngtońskiego World Resources Institute w 2025 r. na kuli ziemskiej będzie ponad 40 megamiast, z których każde będzie liczyło najmniej 10 mln mieszkańców.
Od początku rewolucji przemysłowej rozwój miast był skutkiem rozwoju ekonomicznego. Rozrastające się miasta umożliwiały koncentrację środków produkcji, siły roboczej i usług. Z czasem ucieczka ludzi do miast była powodowana również racjonalizacją rolnictwa. Tak więc urbanizacja była procesem właściwym krajom uprzemysłowionym i wielkie miasta powstawały głównie w tych krajach (jeszcze w 1950 r. z 10 największych miast świata tylko trzy – Szanghaj, Buenos Aires i Kalkuta – znajdowały się w tzw. Trzecim Świecie).
Kiedyś uprzemysłowienie, natomiast obecnie zacofanie gospodarcze jest główną przyczyną nadmiernej urbanizacji. Na podbój miast wyruszyły niemożliwe do kontrolowania rzesze ludzi uciekających przed wiejską biedą. Miejskie mrowiska niewiele im oferują, ale tutaj można chociaż na przedmieściach sklecić dom z odpadów znalezionych na śmietniku, jest nadzieja na zarobek, a przynajmniej łatwiej coś ukraść.
To nie przypadek, że w krajach o najmniejszym dochodzie narodowym na głowę mieszkańca, liczba ponadmilionowych miast wzrosła aż 7-krotnie. Obecnie 15 największych metropolii znajduje się w krajach rozwijających się.
Rozrastanie się aglomeracji miejskich stwarza ogromne problemy socjalne i ekologiczne. Godziwe warunki w mieście w zasadzie mogą znaleźć tylko młodzi i wykształceni fachowcy, a ci stanowią niewielką cząstkę przybyszów. Pozostali są skazani na bezrobocie i slumsy. Właśnie dzielnice nędzy ulegają największemu zagęszczeniu. Przykładem jest Dżakarta: roczny przyrost liczby jej mieszkańców wynosi 4%, a ludności przedmieść przybywa aż 18%. W Dhace, liczącej 8 mln mieszkańców, aż połowa z nich żyje w slumsach.
Każde wielkie miasto ma swoje dzielnice nędzy, ale bogaty Nowy Jork, Londyn czy Paryż mogą zapewnić biedakom chociaż minimum egzystencji. Nędzarze z Karaczi nie mają nawet gdzie się umyć, chyba że w ulicznych bajorkach, które tworzą się za sprawą wysłużonych i dziurawych wodociągów.
Czym większe miasto, tym trudniejsze problemy ekologiczne, a bodajże najtrudniejszy to ogromne ilości śmieci. Tak np. na tokijskie wysypiska wywozi się rocznie 2,5 mln ton odpadów, a 12,5 mln ton trafia do spalarni, które likwidują śmieci, ale jednocześnie emitują do atmosfery trujące toksyny. Z powodu zapełnienia wysypisk wokół Tokio odpady zaczęto topić w morzu, co jednak jest rozwiązaniem wątpliwym i budzi sprzeciwy.
Problemu śmieci “nie mają” takie miasta jak Dhaka lub Bombaj, choć ten ostatni dziennie produkuje 4 tys. ton odpadów. “Nie mają”, bo w tych i innych miastach-gigantach, z powodu braku środków śmieci się nie wywozi i nie spala, wysypiskami odpadów stają się osiedla, zwłaszcza slumsy. W rezultacie miliony ludzi żyją w brudzie i smrodzie, w towarzystwie szczurów, robactwa, much i innych roznosicieli chorób. Sytuacja jest tym tragiczniejsza, że dzielnice te na ogół są pozbawione kanalizacji.
Wielkim problemem miejskich molochów jest zanieczyszczenie powietrza i hałas. Dotyczy to zwłaszcza miast biednego Południa. To, czym oddychają ich mieszkańcy, trudno nazwać powietrzem; są to raczej wyziewy przemysłowe i spaliny samochodowe. Oddychanie tak zanieczyszczonym powietrzem jest równoznaczne z wypalaniem dziennie 10-20 papierosów. W niektórych dzielnicach należałoby zakładać maski przeciwgazowe.
Biednych miast nie stać na nowoczesne arterie komunikacyjne, więc ulice są zatkane samochodami, do tego są to pojazdy z reguły starego typu i zdezelowane, a więc kopcące ponad miarę. Samochody zatruwają powietrze nie tylko podczas jazdy, na nie przystosowanych do masowego ruchu ulicach tworzą się zatory, a nad stojącymi pojazdami unoszą się chmury spalin. Obliczono, że w Bangkoku przeciętny samochód stoi (i kopci) w korkach przez 44 dni w roku.
Kolejny wielki problem wielkich miast to woda, niesprawna kanalizacja lub jej brak, nie oczyszczone ścieki. W Meksyku zasoby wód podziemnych zostały wyczerpane tak dalece, że w ciągu stulecia ich poziom obniżył się o 7,5 metra.
Można spotkać się z poglądem, że wielkie miasta to nowotwory Ziemi, które wcześniej czy później zniszczą ich twórcę – człowieka. Są też tacy, którzy dostrzegają pozytywne zjawiska nadmiernej urbanizacji. Tak np. megamiasta, skupiając miliony ludzi, zmniejszają presję człowieka na środowisko naturalne w innych rejonach. Optymiści są też zdania, że tak wielkie skupiska mogą sprzyjać wyzwalaniu ludzkiej pomysłowości i energii w rozwiązywaniu problemów, także ekologicznych.
Życie w gigantycznym mrowisku ludzkim nie musi być koszmarem, co potwierdzają przykłady Nowego Jorku, Los Angeles lub Tokio. W japońskiej metropolii, dzięki proekologicznym technologiom i usprawnianiu transportu publicznego, udało się znacznie zmniejszyć emisję spalin i zawartych w nich trucizn.
Zrozumiałe, że Kalkuty lub Karaczi nie stać na przedsięwzięcia, na które mogą sobie pozwolić bogate metropolie, ale i w biednych miastach można coś zrobić. Co i jak? Odpowiedzi na to pytanie będą poszukiwać eksperci, którzy w lipcu spotkają się w Berlinie na Światowej Konferencji Przyszłości Miast “Urban 21”.

 

Wydanie: 27/2000

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy