Chwała rozumnym

ZAPISKI POLITYCZNE

Należę do jednego z najmłodszych roczników pokolenia noszącego dumną nazwę “pokolenia Kolumbów”. Gdy zaczynała się wojna, w roku 1939, mieliśmy po 15-16 lat. Ja ukończyłem moje 16 już w sowieckim więzieniu. Gdy latem wracałem ze szkoły w Rabce do domu na Podolu, widziałem po raz ostatni na ulicach we Lwowie powstańców z listopadowego zrywu wolnościowego w mundurach kombatanckich. Młodzież powinna była kłaniać się im, co robiliśmy ze szczególnym przejęciem, wzruszeni, tak jak byśmy sami już czegoś dokonali. Nie umieliśmy sobie wyobrazić, że zanim skończy się lato, wejdziemy na tę samą drogę, co oni, ci starcy w mundurach – o ile pamiętam – granatowych.
Teraz dobrnąłem do wieku tamtych weteranów. Oni swój zryw tragicznie przegrali. Padli ofiarą politycznego marzycielstwa. Przypuszczali, że uda się im pokonać imperium Romanowów bez czynnego poparcia jakiejś innej, wielkiej siły militarnej. Ot tak, z dubeltówkami na plecach, bez wyszkolenia, bez zawodowych dowódców. W archiwum rodzinnym przechowujemy jedyną, jaka jest, fotografię starego kapitana Kwiatkowskiego, pradziadka mojej żony, który jako jeden z nielicznych zakończył swoją młodzieńczą, wojenną przygodę w stopniu oficerskim, co po odzyskaniu niepodległości dało mu rangę kapitana. Zwykli żołnierze zostawali podporucznikami.
Innym rodzinnym śladem tamtego powstania była opowieść o starym dworze Kańskich, rodziny mojej matki, którego ponoć nie zmodernizowali i ocalał w swej staropolskiej formie, ponieważ pieniądze, jakie mieli na ten cel, przeznaczyli na owo tragiczne powstanie. Takie się w ponad pół wieku od tamtego zrywu smutne mity plączą po polskich rodzinach. Inny znowu bliski krewny, brat mego pradziada, Michał Mrozowicki, został w dni powstańcze mianowany Komisarzem Rządu Narodowego w księstwach multańskich, czyli w dzisiejszej Rumunii, i zostało po nim ciekawe archiwum owej ambasady. Były też ciekawe listy dziada Michała do Sadyka Paszy, które zostały przez jedną z ciotek spalone, bo jakże chować w katolickim domu korespondencję odszczepieńców od wiary, wszak obaj w pewnym okresie swoich działań politycznych szukali poparcia u tureckiego sułtana i przyjęli jego wiarę. Taka postawa ujawniła się całkiem współcześnie w działaniach doktor Czuby i Radia Maryja.
Można by, gdybym się nie uwikłał we współczesną politykę, ułożyć olbrzymi tom prozy o tych dawnych i nowych mitach w polskich domach, snujących się przez pokolenia i zostawiających w rodzinnych papierach świadectwa jałowego bohaterstwa i śmierci bądź wieloletniego męczeństwa odważnych, naiwnie ufnych, młodych ludzi. Za tę naiwność spora część zarówno mojej rodziny, jak i kolegów oraz przyjaciół utraciła życie. W moim archiwum domowym, czy raczej rodzinnym, zawarta została dzięki pasji zbieractwa olbrzymia dokumentacja ceny, jaką Polacy zapłacili w XIX i XX wieku za elementarny brak strategii politycznej ludzi biorących na siebie odpowiedzialność za los narodu, a szczególnie za los młodzieży, tych młodych bohaterów z wojennych cmentarzy.
Nie mogę się pogodzić z nieustającą gloryfikacją przywódców naszego narodu, którzy wyprowadzili na krwawe pobojowiska dziesiątki tysięcy młodych istnień, tam – na polach chwały – bezmyślnie zatraconych. Wychowywano nas – i my chyba dalej wychowujemy naszych następców – w kulcie straceńczych ofiar z kolejnych pokoleń młodzieży, a gdy się naszym dziejom narodowym uważnie przyjrzeć, to widać wyraźnie, że o pomyślnym losie, jaki nam mimo wszystko przypadł w udziale na historycznej loterii, zadecydował raczej przypadek niż nieodpowiedzialne “rzucanie kamieni na szaniec”. Tymi kamieniami była nasza młodzież.
Nasze położenie gospodarcze, polityczne, a także militarne nie jest efektem ofiar z życia złożonych przez moje pokolenie, lecz urzeczywistniło się korzystnie na skutek splątanej gry sił i układów wielkich potęg gospodarczych i wojskowych. Dlatego cenię przede wszystkim nie autorów wspaniałych, wojennych cmentarzy na Powązkach czy pod Monte Cassino i setki innych, lecz tych, którzy w stosownej chwili umieli podjąć decyzję, pozwalającą uniknąć zbędnych ofiar.
W naszych czasach byli to przede wszystkim młodzi robotnicy, przywódcy “Solidarności”: Bujak, Frasyniuk, Wałęsa; a także intelektualiści i uczeni: Geremek, Mazowiecki, Wielowieyski i inni, którzy – w trudnej do zrozumienia w czasie rozgrywania się wydarzeń sytuacji politycznej na świecie – nie dopuścili do zbrojnego oporu naszego związku przeciw wprowadzeniu stanu wojennego. Nie wiem, czy generał Jaruzelski, gdy podejmował dramatyczną decyzję ogłoszenia stanu wojennego, brał pod uwagę nadzieję, iż znajdą się tym razem na tyle mądrzy i roztropni Polacy, którzy nie dopuszczą do wyprowadzenia ogromnej rzeszy młodzieży na straceńcze pobojowiska. Sądzę – może nieco zgryźliwie – że gdyby generał Jaruzelski wyprowadził Ludowe Wojsko Polskie do walki z okupującą nasz kraj Armią Czerwoną, co dałoby w efekcie kolejną, gigantyczną, narodową rzeź, byłby dzisiaj czczony jako jeden z głównych bohaterów narodu polskiego. Ponieważ jednak uchronił nas przed kolejnym nieszczęściem, jest teraz stary żołnierz z prawdziwych pobojowisk wojennych ciągany po sądach pod absurdalnymi zarzutami. Jego czyny rozpatrują sędziowie, nie wiem, czy tak naprawdę wolni od politycznych urazów i pasji, czy też na ich decyzjach zaważy przede wszystkim wierność narodowym mitom Polaków, nakazującym walkę za każdą cenę, byle błysnąć szabelką lub kulomiotem wobec sto razy silniejszego przeciwnika. Dlatego za jedno z najmądrzejszych zdań, wygłoszonych przez polskiego przywódcę politycznego w roku 1982 – a był nim niewątpliwie Zbyszek Bujak – uważam słowa, jakimi odpowiedział na moje pytanie, dlaczego tak się boi oferty międzynarodowego terroryzmu politycznego, którego emisariusze szukali kontaktów z solidarnościowym podziemiem. Zbyszek powiedział mi tak: “Pierwszy strzał z naszej strony i cały Zachód ma nas z głowy, zaliczy nas do terrorystów, a tych oni mają u siebie dosyć. Nie wolno iść na drogę walki”.
Nieczęsto w naszej historii zdarzało się, iż rozum małej grupy politycznej ocalił naród od gromadnej rzezi i długo trwających klęsk.
24 maja 2001 r.

Wydanie: 22/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy