Ciupaga z muszelkami

Ciupaga z muszelkami

Portret leminga we wnętrzu

To są błahe komedyjki i my je oddzielamy grubą kreską. Przechodzimy do dzieł diagnostycznych. No, nie całkiem. Bo o ludziach dla dzisiejszej Polski najważniejszych, o młodych, wykształconych, z dużych miast poważny film ledwo się czasem zająknie. Pozostają karykatury, jak skompromitowany „Kac Wawa”. Zgoda, film beztroski, imprezowy. Nie musi być non stop Kieślowski. W multipleksach takie coś jak „Kac Wawa” żyje tydzień i starczy. Ale to on daje portret leminga we wnętrzu, który jest powielany w nieskończoność. Oto wieczór kawalerski. Przyszły pan młody z kumplami zaklepuje jak leci: gorzałę, panienki z agencji, limuzynę jak dla Elvisa i biały proszek. Ten ostatni wciąga się, ustawiwszy wcześniej ścieżkę kartą kredytową. Ciężka forsa. Klasyka.

Z tym że, gdy leming wciągnie kreskę, z leminga wychodzi buractwo. Gdy panienki dopominają się o butelkę szampana, to je pyta, czy się czasem wcześniej śledzi nie najadły. Że je tak suszy. Cha, cha, cha! I cały czas luzik. Lemingi się nie denerwują. Najwyżej wk…ją. Nie mówią, tylko pi…lą. A jak już mówią, to per „cwelu” i „szmato”. Jeśli to klientowi wadzi, wystarczy mu przyłożyć z dyńki. Proszę – niby Warszawka z tych wieżowców z tureckiego marmuru i pleksi, a przecież swojaki. W filmie pokazane po to, by reszta Polski (a zwłaszcza te 12% bezrobotnych) doznała uczuć mieszanych. Mogła tej warszawskiej hołocie zazdrościć i tą hołotą gardzić. Z wysokości Łomży czy Kłobucka.

Chłop żywemu…

A może w temacie „wieś” film błysnął odkrywczą koncepcją? Znowu nie bardzo. Film powtarza – głównie sam po sobie – że chłopów już u nas nie ma. Zastąpili ich robotnicy rolni. Pamiętamy „Pieniądze to nie wszystko” (2001) Juliusza Machulskiego? Byli PGR-owcy z pustych od dawna chlewni skradli ostatnie rynny. Bo za złom można jeszcze kupić jakiegoś „mamrota”. Ostateczna degrengolada? Nie, bo na wsi zjawia się prężny menedżer z biznesplanem. Wieś się podźwignie! Jakim sposobem? Zacznie produkować jabole tańsze niż te, które wypuszcza konkurencja z sąsiedniej wsi. Oto miara sukcesu. Mija klika lat i hektolitry wódy leją się w „Weselu” (2004) Wojtka Smarzowskiego. Z tym, że tu robotnik rolny – poza tym, że pijany – jest tak skąpy, że zjadłby spod siebie. Wesele odbywa się na Podkarpaciu (duchowy matecznik Polski) i Smarzowski jest z Podkarpacia. Wie, o czym kręci. Wieś jest rozpijaczona. Ale nie szkodzi. Bo wieś ma także swoje za uszami w kwestii antysemickiej. Albo siedzi w pożydowskich budach i bardzo nie lubi, gdy jej to wypominać, jak w „Pokłosiu”. Albo ma krew na rękach, jak w „Idzie”. Albo ma szmalcownictwo w rodowej tradycji, co w „Wyroku na Franciszka Kłosa” zasugerował mistrz Wajda.

Ci, co ze wsi przeflancowali się do miast, są jeszcze gorsi. Pamiętają państwo ubeka z „Rewersu” Borysa Lankosza?Albo bezpieczniaków z „Pułkownika Kwiatkowskiego”? Toż to dopiero wczoraj oderwane od pługa i żądne mordu. Bo przecież nikt nie bierze serio oleodruków Jacka Bromskiego z Podlasia, tych wszystkich „Panów Bogów” z ogródka i zapiecka. Gdzie chłop to przygłupi i dobrotliwy dodatek do folwarku prowadzonego przez przezacnego księdza dobrodzieja. Nawet reżyser, który od 20 lat ze wsi się nie rusza, Jan Jakub Kolski, przyznaje w takim „Pogrzebie kartofla” , że wieś to odmęt pijaństwa, oszustwa i mordu. W herbie zaś ma ogień, bronę i siekierę. A kto chciałby w kwestii wsi dyskutować z Janem Jakubem Kolskim?

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 15/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy