Ciupaga z muszelkami

Ciupaga z muszelkami

Polskie kino lubi kicz

W tym sezonie rekord idiotyzmu bije ta „komedia romantyczna” czy raczej tamta? Ten amant pokazał „czyste fryzjerstwo” czy może ten drugi. Zbłaźniła się ta lala z botoksem czy też inny „cycofon”? Oto dylematy jurorów, którzy znów przyznawali „Węże” – filmowe antynagrody za miniony sezon.

Typowanie, który z filmów weekendowych o romansie maklera z konsultantką obsunął się najniżej, to jałowe zajęcie. W takich filmach kicz ma stałe miejsce i głupio byłoby go odmierzać po aptekarsku. To się kręci, by Polskom „B” i „C” zaświecić w oczy najnowszym modelem adidasa, jaki nosi Warszawka. A zaraz potem pokazać, jak z tego adidasa wychodzi słoma. Widz to uwielbia: zazdrościć i brzydzić się. Brzydzić się i zazdrościć.

I to jest jedna, ta bardziej oczywista, twarz polskiej tandety filmowej. Druga, ciekawsza, dotyczy kina „poważnego”, diagnostycznego, zatroskanego o los państwa i narodu. Tutaj tandeta to łatwizna myślowa, kalki w ocenach spraw i ludzi, klepanie banałów po poprzednikach.
Ale po kolei.

Życie jak pocztówka

Nasza „komedia romantyczna” to film usługowy, który dzieje się w odgrodzonym, baśniowym światku. Zaludniają go ludzie w dowolnym wieku, ale zawsze przed trzydziestką. Brzuch – kaloryfer, piersi jak sprężyny, makijaż całodzienny.

Z czego żyją? Lewitują w korporacjach na jakichś półfikcyjnych posadkach (doradca, specjalista itp.), kręcą się przy telewizji, reklamie, public relations. Ale wystarczy na apartament i kreskę koki. Po godzinach? Podryw w sieci – o ile facet dysponuje czymś więcej niż „robaczkiem świętojańskim” („Dżej Dżej”). Jedna panienka powie nawet, że „wybrzydza w facetach” („Dzień dobry, kocham cię”). Od drugiej słyszymy: „Faceci są jak podatki. Tylko jeden procent do czegoś się nadaje”. I ploteczki. Z tym, że to nie oni mówią. To nimi mówią: „przedstawiciel handlowy”, bulwarówka, durny program z komercyjnej TV, RMF, Onet i Wirtualna Polska. Każdą rozmowę z partnerem kończą „Kocham cię!”. A z nieznajomymi – „Miłego dnia!” („Ostra randka”). W co drugim zdaniu: „Słuchaj, wiesz… Jak by tu powiedzieć… Proszę ja ciebie…”. Nieustannie nawzajem się uspokajają: „Weź się wyluzuj, weź odstresuj”. Choć nie bardzo wiadomo, po czym niby. Rzeczy miłe – najchętniej w zdrobnieniu i spieszczeniu. Więc: zleconko, kontrakcik, sianko, kaska, lanczyk, ruchanko… Producenta lodów nic nie razi w sloganie: „Lody robimy najlepiej” („Wyjazd integracyjny”).

Kiedy tylko możliwe, jednym okiem patrzą w telewizor. Który zresztą gra cały dzień. A tam w kolejnym programie poradnikowym wypindrzona lampucera „ratuje związek”, który się rozpada, bo on nie opuszcza klapy na sedes. Młodsi relaksują się w spa, fitnessie i „na skałkach”. Ci starsi i wypaleni, co od lat całują szefa w pupsko („Trzeba zajść w ciążę? Zajdziemy!”), bez „korpo” nie umieją już żyć. Uznają tylko chlanie i dupeczki.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 15/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy