Ciupaga z muszelkami

Ciupaga z muszelkami

Alleluja i do tyłu!

Kościoła i religii nasz film też nie bierze poważnie. Od lat. Choć mimochodem podaje mnóstwo ciekawych obserwacji.
W filmie „Futro”, że to, czego najbardziej pragnie ukraińska sprzątaczka zatrudniona przez „polskich panów”, to przyjęcie chrztu. W filmie „Nadzieja”, że religijny młody człowiek zaryzykuje wiele lat więzienia, byle tylko zmusić złodzieja do oddania świętego obrazu, który ten ukradł z ołtarza. W filmie „Faustyna”, że są dwa rodzaje zakonnic. Takie, które noszą piłki panienkom z dobrych domów oddanym do klasztoru na wychowanie. I takie, które noszą na plecach worki kartofli. Dla porządku: Pan Jezus objawia się zakonnicy od worków z kartoflami, nie od piłki.

W „Ostatnim piętrze” drewniany krzyż przed kościołem z tabliczkami z misji parafialnych okazuje się najlepszy do przywiązywania psa, kiedy idzie się na mszę. W „Świętym interesie” mieszkańcy podhalańskiej wioski chcą posiedzieć choć przez chwilę w zdezelowanej warszawie, która należała kiedyś do kard. Wojtyły. Święcie wierzą, że ta derma i blacha (relikwie trzeciego stopnia) mają cudowną moc.

Ale – jak to bywa w kwestiach religijnych – duch wieje, kędy chce. I mamy obraz „Wszystko będzie dobrze” Tomasza Wiszniewskiego. Oto cherlawy 12-latek z prowincji. Ojciec się zapił, brat to niedorozwój, matka ma terminalnego raka. W tej sytuacji dzieciak postanawia wyprosić jej zdrowie, biegnąc w pielgrzymce do Częstochowy. Z alkoholikiem, który uparł się zostać jego trenerem. Jasnogórscy paulini pozwolili na kręcenie zdjęć w kaplicy cudownego obrazu, a przecież nie dawali pozwoleń, nawet gdy w grę wchodziły filmy o papieżu. Ostatnim, którego wpuścili tam z kamerą, był Jerzy Hoffman (od „Potopu”) w roku 1974. Wychodzi na to, że ojcowie paulini nieźle się wyznają na filmie. Kolejny cud w Częstochowie.

Bieda jest bezterminowa

W temacie „stan państwa” film powtarza tę samą diagnozę od lat. Jest beznadziejnie i nie ma co kombinować, bo i tak nie da się nic zrobić. Można tu ułożyć niewąską antologię. Ale lećmy na chybił trafił.

„Moje miasto”, reżyseria Marek Lechki. Staszek ze Śląska „chciał zdawać na politechnikę, ale spóźnił się na egzamin i tak już zostało”. Jedyny kumpel Staszka całymi dniami reperuje starą warszawę. Kiedy jest już sprawna, kumpel traci sens życia i wiesza się. Ojciec (Krzysztof Stroiński, ulubiony bezrobotny polskiej sztuki filmowej) przesiaduje nad glinianką, łowi i pociąga z butelki, żeby się nie dłużyło. A dłuży się, bo w gliniance nie ma ryb.

Były górnik dołowy (cały czas Krzysztof Stroiński – tu w filmie „Co słonko widziało”) zarabia, chodząc po deptaku w stroju egzotycznego ptaka z ulotkami reklamowymi. Nie pachnie mu to. Popija piwo, rwie panienki. kiedy pracodawca próbuje go postawić do pionu, obrywa w dziób. Bo to nie może być tak, że byle jaki krawaciarz będzie mówił górnikowi (nawet byłemu), że ma robić to czy tamto. Krew się leje, górnik zostaje zwolniony, ale zaraz biegnie za byłym już szefem i z powrotem skamle o robotę. Zanim ten Stroiński wyjmie pieniądze z bankomatu (na koncie najczęściej nie ma nic), dwa razy się żegna. Film oglądałem niedawno po raz kolejny – tym razem w internecie. Zerknąłem na licznik kliknięć w „lubię to”. Wynosił zero.

Pewien kapitan („Ostatnie piętro”) zostaje zredukowany ze służby po wojskowemu. Czyli czasownikiem na „s” w trybie rozkazującym. I natychmiast znajduje miejsce w życiu. Dla siebie i latorośli. Córka wybiera się do szkoły? A po co? Po maturze i tak zostanie sklepową i będzie usługiwała pedałom, Niemcom i Żydom.

Młodzi jeszcze czasem próbują kombinować. Zwłaszcza gdy wyjadą do Anglii. Pewna Ślązaczka („Oda do radości”) wspomina, że najgorsze było to, że jak się chciało tam mieć ciepłą wodę w wannie, trzeba było do automatu wrzucić funta. Ale – ostatecznie – w pubie, gdzie jechała na zmywaku, stał pojemniczek na funty zbierane na operację dla chorego dziecka, więc… Taka Master of Bussines Administration.

Kręcone przez kalkę

Pytanie końcowe brzmi – czy film polski, kiedy rzucimy okiem wstecz na minione ćwierćwiecze, uczy się, czy wyciąga wnioski. Czy wyzbywa się kalek, schematów, gotowców, powtórek. Obawiam się, że nie zanadto. Co było o biedzie w 1995 r., jest i w 2015. Co było o wódce za Mazowieckiego, jest za Kopaczowej. Przykro to powiedzieć: nasze kino się nie uczy. Kino się replikuje.

Tak więc o duszę widza walczą dwie opcje. Pierwsza: siedź, ostatecznie zapłaciłeś za bilet, może za chwilę się poprawi. Druga: wychodź! Widziałeś to już sto razy. Nie musisz się katować. Za własne pieniądze w dodatku.

À propos – pieniądze. Już kiedyś przecież to przerabialiśmy. „To jest po prostu dłużyzna, proszę pana. Proszę pana, siedzę sobie, proszę pana, w kinie, pan rozumie, tak patrzę, siedzę sobie w kinie, proszę pana, normalnie. Patrzę, patrzę na to… No i aż mi się chce wyjść z kina, proszę pana. I wychodzę”.

Odpowiedź na pytanie, kto za to płaci, zostawiam społeczeństwu.


Węże 2015
* Wielki Wąż za najgorszy film roku – Krzysztof Zanussi, „Obce ciało”
* Najgorsza reżyseria, najgorszy scenariusz, żenujący film na ważny temat – Krzysztof Zanussi, „Obce ciało”
* Najgorsza rola męska – Borys Szyc, „Dżej Dżej”
* Najgorsza rola żeńska – Barbara Kurdej-Szatan, „Dzień dobry, kocham cię”
* Występ poniżej talentu – Agnieszka Grochowska, „Obce ciało”
* Najgorszy duet na ekranie – Borys Szyc i nawigacja GPS, „Dżej Dżej”
* Najbardziej żenująca scena – zabawy z pejczykiem i męskimi prostytutkami (Agnieszka Grochowska), „Obce ciało”
* Efekt specjalnej troski – pocałunek wśród kul, „Miasto 44”

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 15/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy