Co na to Komitet Helsiński?

PRAWO I OBYCZAJE 

Polska znajduje się dziś w czołówce krajów europejskich pod względem liczby osadzonych w zakładach karnych. AD 2001 jest już w naszym kraju z górą 77 tys. więźniów. Dla ponad 25 tys. skazanych prawomocnymi wyrokami brak jest miejsc w więzieniach. Oznacza to, że w sumie ludzi, którzy powinni odbywać kary bezwzględnego więzienia, jest ponad 100 tys. Tak ogromną represyjnością mogła się “poszczycić” tylko Polska Rzeczpospolita Ludowa i to tylko w niektórych latach (w 1980r. średnia liczba osób pozbawionych wolności wynosiła 105 tys., a w 1986r. – blisko 109 tys.). Z przepełnieniem zakładów karnych władza ludowa próbowała sobie radzić stosowaniem częstych amnestii. Surowość orzekanych przez sądy kar była więc nieraz fikcyjna, gdy kary te nie były do końca wykonywane. Ciągle jednak fatalne były warunki w celach, w których norma 3 m2 na osobę (4 m2 dla kobiet) nie była z reguły przestrzegana.
Przeludnienie w zakładach karnych było jedną z przyczyn buntów więźniów, które późną jesienią 1989 r. wybuchły w licznych jednostkach penitencjarnych. Bunty te zostały brutalnie stłumione.
Gdy z początkiem 1992 r. objąłem urząd rzecznika praw obywatelskich, sytuacja w więzieniach i aresztach budziła ciągle wiele zastrzeżeń. W ciągu kolejnych czterech lat nastąpiła pewna poprawa, ale jeszcze w 1995 r. pracownicy RPO stwierdzili, że w wielu zwizytowanych aresztach i zakładach karnych większość lub znaczna liczba osadzonych przebywa w celach nadmiernie zatłoczonych.
Prawdziwy dramat zaczął się w roku 2000 w związku ze zmianą na stanowisku ministra sprawiedliwości, który z mety zaczął lansować zaostrzenie polityki aresztowej i polecił przerobienie na cele więzienne: świetlic, bibliotek, sal terapeutycznych siłowni, pomieszczeń gospodarczych i niektórych kaplic, a także zagęszczenie istniejących cel ponad normę.
Nie warto polemizować z L. Kaczyńskim, który we wsadzaniu ludzi do więzień widzi jedyny środek walki z przestępczością. Z fundamentalistami się nie dyskutuje, zwłaszcza gdy nie mają wiedzy w danej dziedzinie. Srogi minister nie jest do spokojnej wymiany poglądów merytorycznie przygotowany, nie zna bowiem fachowej literatury z zakresu nowoczesnej penitencjarystyki. Na różnorodność stosowanych za granicą środków zwrócił ostatnio uwagę w prasie codziennej J. Kurski w artykule “Więzienny tłum” (“Gazeta Wyborcza” z 28-29 kwietnia br.).
Polska ratyfikowała Europejską Konwencję o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności, jest więc obowiązana stosować się do standardów określonych w europejskich regułach więziennych, nakazujących zapewnienie ludziom pozbawionym wolności przyzwoitych warunków pobytu w aresztach i więzieniach, w tym m.in. zagwarantowanie im odpowiedniej powierzchni w celach. Z powodu naruszania tych reguł Polska musi liczyć się z przegranymi sprawami w Europejskim Trybunale Praw Człowieka. Fatalna sytuacja w polskim więziennictwie została już z końcem zeszłego roku opisana przez europejską komisję, która badała stan przygotowania naszego kraju do członkostwa w Unii Europejskiej. Od tego czasu warunki bytowania w zakładach penitencjarnych, zwłaszcza w aresztach, jeszcze się pogorszyły!
Obecny szef resortu sprawiedliwości twierdzi wręcz, że nie wierzy w ogóle w resocjalizację ludzi w więzieniach. To prawda, że zakłady karne bywają szkołą przestępczości. Jednakże pozbawienie osadzonych dostępu do bibliotek i świetlic, przy braku pracy, ten stan rzeczy pogłębi. Czy o to chodzi, by z więzień po odbyciu kar wychodzili zdziczali ludzie, zagrażający naszemu bezpieczeństwu? Kto dziś wierzy w teorię C. Lombrosa, twórcy antropologicznej szkoły prawa karnego, według której skłonność do przestępstw jest cechą wrodzoną określonych ludzi (L’Uomo delinquente)?
Kamieniem węgielnym teorii naszego ministra jest pogląd sięgający swą genezą czasów średniowiecza: “Jeśli więzienie będzie dostatecznie dolegliwe, to skazany nie będzie chciał do niego wrócić” (“GW” z 18 kwietnia br.). Wyobrażenie nawet najbardziej okrutnych tortur nie odstraszało ludzi od powrotu do przestępstw.
Niewzruszalną zasadą współczesnego prawa penitencjarnego jest teza, że kara więzienia ma być niczym więcej niż pozbawieniem wolności, więc nie należy jej obostrzać dodatkowymi cierpieniami.
Rację ma prof. A. Zoll, obecny rzecznik praw obywatelskich, przewidując możliwość wybuchu buntów w więzieniach. Prof. E. Łętowska dawno już stwierdziła, że bunty są często wynikiem sumowania się małych problemów społeczności więziennej. A dzisiaj narastają w zakładach karnych duże problemy! Obwinianie zaś prof. Zolla, że, mówiąc o groźbie buntów, prowokuje więźniów do powstania, jest niemądrym i ciężkim oskarżeniem. “Niepokój wszczyna, bo prawdę mówi” (C.K. Norwid).
Dziwi milczenie w tej sprawie Komitetu Helsińskiego. U schyłku lat 80. członkowie tej organizacji (w częściowo innym niż obecny składzie) mieli odwagę upominać się o prawa więźniów. Gdzie są chłopcy (i dziewczęta) z tamtych lat?

Wydanie: 19/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy