Co pojmuje „Rzeczpospolita”

Co pojmuje „Rzeczpospolita”

Motto: Czy wy tam w „Rzeczpospolitej” nie potraficie pojąć, że dziennikarz może napisać tekst nieinspirowany przez nikogo? Ja wiem, że to trudne, wiem, że możecie mieć bolesne doświadczenia z własnymi autorami… („Gazeta Wyborcza”, 4.01.2003 r.)

Ja w swojej sprawie. 21 października ub.r. napadł na mnie w „Rzeczpospolitej” red. Gottesman. W notatce „Dziennikarze i propagandyści” (dziennikarz to niby on, propagandysta to ja) nawypisywał na mój temat całą masę nieprawd. Więc jako cywilizowany człowiek wysłałem faksem do redaktora naczelnego tej gazety, Macieja Łukasiewicza, sprostowanie.
Minął listopad, minął grudzień, mija styczeń, „Rzeczpospolita”, taki jej styl i taki szacunek dla prawa, sprostowania nie opublikowała. Tak wygląda w dużej mierze współczesne polskie dziennikarstwo…
Więc publikuję je w „Przeglądzie”, świadom, że i tak mam szczęście, gdyż mogę rozmaite głupoty, które ktoś nawypisywał na mój temat, sprostować przynajmniej na łamach swojego pisma. Dla innych osób, niedziennikarzy, atakowanych przez „Rzeczpospolitą”, nawet taka skromna możliwość jest nieosiągalna.
Oto sprostowanie:

Red. Maciej Łukasiewicz,
„Rzeczpospolita”
Szanowny Panie Redaktorze!
Przeczytałem notatkę red. Gottesmana dotyczącą mojej osoby („Dziennikarze i progandyści” z 21.10.br.) i muszę stwierdzić, że poza moim nazwiskiem niewiele w niej się zgadza.
Nie jestem „jednym z najbliższych doradców premiera Leszka Millera”, nie „doradzam rano w ciszy gabinetu”. Nieprawdą jest także, że w programie „Loża Prasowa” stacji TVN 24, w którym mam przyjemność od ponad 12 miesięcy komentować bieżące wydarzenia, nie mówiłem o swoim rzekomym „rządowym uwikłaniu”. Mówiłem o tym kilkakrotnie – dla widzów programu jest to rzecz znana.
Mówiłem o tym także dziennikarzom „Rzeczpospolitej” (artykuł Elizy Olczyk i Małgorzaty Subotić z 24.01.2002 – czyżby red. Gottesman nie czytał własnej gazety?), a także np. dziennikowi „Życie” i tygodnikowi „Newsweek”.
Wszystko jest jawne, wielokrotnie omawiane i opisywane od miesięcy. Dla szefa doradców premiera, Grzegorza Rydlewskiego, piszę co wieczór, jak – moim zdaniem – zaprezentowali się w mediach elektronicznych członkowie rządu. I moje uwagi przesyłam mu faksem. Jest to moja osobista ocena. Nie ma tu pomieszania ról – bo nie wychodzę poza rolę recenzenta (czy też – jak określa to w „Rzeczpospolitej” Grzegorz Rydlewski – niezależnego audytora). Gdyby było inaczej – nie podjąłbym się tego zadania.
Robert Walenciak,
tygodnik „Przegląd”

Tyle sprostowanie, którego nie wydrukowano. Nawiasem mówiąc, dyskusja na temat stosunków dziennikarz a polityk lub biznesmen to rzecz poważna, warta głębszej analizy niż infantylne napaści red. Gottesmana. Sam wielokrotnie zastanawiałem się nad fenomenem dziennikarzy, którym politycy załatwiają pracę w poczytnym dzienniku, albo dziennikarzy współpracujących z agencjami PR, i to tak, że w dużym dzienniku atakują rywali firmy, z którą owa agencja PR zawarła kontrakt; albo nad dziennikarzami „śledczymi”, którzy nagle tracą wenę śledczą, gdy zmienił się szef UOP. Myślałem też o dziennikarzach, którzy antyszambrują w korytarzach Kancelarii Premiera, żeby załatwić sobie posadę ambasadora (lub swojej żonie, która zna się na dyplomacji, bo już była na zagranicznej placówce); albo o dziennikarzach, którzy uczestniczą wspólnie z politykami w zakrapianych imprezach lub też piszą im przemówienia, a później je komentują w mediach; albo też o dziennikarzach, który łają opozycję, że nie podobają się jej cztery wspaniałe rządowe reformy.
Przykładów na taką dyskusję jest wiele. Ale żeby ją zacząć i prowadzić w poważny sposób, trzeba przyjąć podstawy dziennikarskiego abecadła. Czyli, redaktorze Gottesman, nie kłamać, nie naciągać faktów, no i, Panie redaktorze Łukasiewicz, publikować, jak nakazuje prawo prasowe, sprostowania.

Wydanie: 4/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy