Co z tym Fredrą?

Co z tym Fredrą?

Dlaczego TVP może zorganizować dyskusję na temat niemieckiego „Upadku”, a nie chce o Polakach?

Najoryginalniejszym pomysłem programowym TVP na Święto Niepodległości było wyemitowanie w najpowszechniej oglądanej Jedynce dwu ekranizacji „Zemsty”: przed południem pokazano tę z 1956 r., zrealizowaną przez Bohdziewicza i Korzeniowskiego, a wieczorem, w czasie optymalnej oglądalności – niedawną „Zemstę” Wajdy z Romanem Polańskim w roli Papkina.
Warto by wiedzieć, ilu telewidzów skorzystało z tej okazji i zastanowiło się, jaki właściwie jest nasz stosunek do Fredry i kim był twórca uznany za najwybitniejszego polskiego komediopisarza, skądinąd autora arcydzieła literatury faktu, jakim są jego wspomnienia pt. „Trzy po trzy”.
Szukając odpowiedzi na te pytania, sięgnęłam znów po „Obrachunki fredrowskie” Boya-Żeleńskiego i utwierdziłam się w przekonaniu, że najwyższa pora, by znów analogiczne „obrachunki” przeprowadzić. Bo po stokroć miał rację Boy, pisząc w kontekście toczonego przez siebie sporu o „Pana Jowialskiego”:
„Dawno się tak nie wykłóciłem. I to jest dobrze, tak być powinno. Dowodzi to, jak arcydzieła literatury do każdego pokolenia – do każdego człowieka – mówią odmiennym językiem, jak różne rzeczy pozwalają w sobie wyczytać, wciąż pozostając żywe i tajemnicze. Dzieło mówi wciąż coś innego; a co chciał powiedzieć autor, czy my wiemy, czy on sam zawsze wie?… Ot, „postacie sceniczne w poszukiwaniu autora” żyjące własnym życiem…”.
Wychodząc od dwu ekranizacji, na wstępie chciałabym wskazać, które z postaci kreowanych przez Fredrę – moim zdaniem – okazały się najwyrazistsze w wersjach filmowych.
Trudno ukrywać, że obie ekranizacje nie są arcydziełami sztuki filmowej, i to mimo że drugiej podjął się taki mistrz jak Andrzej Wajda. Odnoszę wrażenie, że w obu przypadkach ekranizatorom przede wszystkim zabrakło wizji plastycznej, która byłaby adekwatna do walorów literackich adaptowanego utworu. Jeśli chodzi o Wajdę, przykładem takiej adekwatności jest dla mnie przede wszystkim „Brzezina” według Iwaszkiewicza oraz „Smuga cienia” (niedoceniona przez zawodowych krytyków, wyjąwszy śp. Aleksandra Jackiewicza).
Niezależnie jednak od walorów i słabości obu ekranizacji – do myślenia dają postacie najsugestywniejsze. W „Zemście” Bohdziewicza-Korzeniowskiego dla mnie jest nią Rejent Jacka Woszczerowicza, w swej obłudzie i pieniackim zacietrzewieniu naprawdę groźny. W jego ustach słowa: „Nie brak świadków na tym świecie” nabierają złowieszczej aktualności…
„Zemstę” Wajdy natomiast zmajoryzował (przynajmniej w moim odczuciu) Papkin Polańskiego. Znakomity reżyser, który ofiarnie (bo przecież nie dla „kasy”) wystąpił w tej roli – ukazał niezauważany dotychczas,

tragiczny wymiar tej postaci.

Oto widzimy człeczynę z nieodstępną „angielską gitarą” (atrybut artysty…), kruchego, obdarzonego bujną fantazją autora „Ody do pokoju”, kogoś, kto w innych okolicznościach mógłby może stać się na przykład… Konstantym Ildefonsem, lecz warunki społeczne skazały go na los błazna. Papkin żyje w świecie okrutnych brutali, wśród których przymiera głodem, gdzie grożą mu więzieniem (Cześnik), kulką w łeb (Wacław), kalectwem (Rejent każe go spuścić ze schodów, co karni sługusi skwapliwie wykonują). Klara, w której biedaczysko chyba naprawdę się durzy, bezlitośnie go wyszydza, w gruncie rzeczy okazując się godną przedstawicielką swego środowiska – pazernych rębajłów i krętaczy.
Na prawdziwy charakter tego środowiska nakreślonego przez Fredrę wskazywał Boy, tak pisząc w rozdziale „Obrachunków” pt. „Staropolski obyczaj”:
„Sztuka kończy się Bogiem (…), gdyby nie dwa posagi Klary nie kończyłaby się Bogiem, ale nowym procesem, wytoczonym przez nieubłaganego Rejenta. „Uczciwy obyczaj”? – to pieniactwo, gwałty, fałszywe świadectwa, bałwochwalczy kult pieniądza; „obraz cnoty domowej”? – te szacherki z Podstoliną, która wędruje niemal z rąk do rąk i w którą ojciec przez zemstę, chciwość i pychę chce ubrać własnego syna? Promienny uśmiech Fredry zmienia te wszystkie brzydactwa w piękno, ale czar tego uśmiechu nie powinien urzec aż do popełniania grubych pomyłek natury moralnej”.
Pod koniec analizy, którą warto znać w całości, Boy stwierdza: „…można by powiedzieć, że Polska upadła przez takich ciemnych warchołów jak Cześnik (…) i przez takich sobków, krętaczy i pieniaczy jak Rejent (…), jednym słowem, upadła przez zapóźnienie w tej tępej i zmurszałej szlachetczyźnie”.
Przy lekturze „Obrachunków” zaskakuje, że Boy-Mędrzec, tak ostro widząc obyczaje ukazane w „Zemście”, wielokrotnie podkreśla rzekomo pobłażliwy stosunek Fredry do portretowanej przez niego rzeczywistości, jego „pański” punkt widzenia. A przecież w znanych Boyowi, ale chyba niezbyt uważnie czytanych wspomnieniach pt. „Trzy po trzy” Fredro jednoznacznie osądzał stan, do którego elity przynależał, pisząc na przykład:
„Szlachta polska, wiecznie młoda, nie podstarzała się doświadczeniem nawet na zwłokach własnej ojczyzny (…), główną przyczyną

niesfornych wybryków narodu

jest owa wieczna młodość jego charakteru. Ona to pcha go do błyszczącego zwierciadła, co nam nie świat nowy, ale tylko nasze własne uczucia odbija. Dla niej wszelka księga doświadczenia zamknięta, dla niej wszelka rachuba na przyszłość mozolna”.
Albo:
„Szlachta nie chciała szukać nowych źródeł potęgi za ciasnym, aczkolwiek bohaterskim zakresem szlachectwa [Cześnikowi ani nawet Rejentowi nie można odmówić odwagi – A.T.]. Nie starała się, jak niegdyś, tak i teraz, stopić się z ludem w jedną całość”.
Ciekawe, że Boy, tak obrazoburczo odczytując „Zemstę”, w polemice z prof. Kucharskim gotów jest pana Jowialskiego awansować na jakiegoś Lindego czy Glogera, co najmniej zbieracza, jeśli nie autora bajek, których recytowaniem pan na Pustakówce zanudza otoczenie („Znacie, no to posłuchajcie”). Próbując spojrzeć na akcję „Zemsty” z perspektywy murarzy, Boy nie dostrzega, że w „Panu Jowialskim” Fredro – świadomie czy nie – ukazał radykalną zmianę sytuacji społecznej. Oto imć panna Jowialska poślubia człowieka „znikąd” (typowy homo novus), syna panny Bobkówny, w najlepszym razie zagonowej szlachcianeczki, oraz francuskiego generała, zapewne plebejskiego pochodzenia. I tak wraz z ręką Heleny Ludmir przejmuje władzę nad włościami Jowialskich!
Ktoś powie: a cóż nas obchodzi wykłócanie się o „ramoty” (jak niedawno znany publicysta określił komedie Fredry…), które odesłać należy do lamusa i zająć się sprawami naprawdę ważnymi, jak na przykład nasze wejście do Unii Europejskiej i związane z tym problemy, nie tylko ekonomiczne.
Ależ właśnie w kontekście wejścia do Unii spory o kulturę (we wszystkich znaczeniach tego słowa) nabierają szczególnej aktualności! Nie darmo w chwili obecnej toczy się – dosyć niemrawo – dyskusja o patriotyzmie. W moim najgłębszym przekonaniu – patriotyzm to poczucie przynależności do określonej wspólnoty kulturowej, z jej blaskami i cieniami. W naszej kulturze Fredro zajmuje niepoślednie i chyba nie w pełni doceniane miejsce. TVP, która – wraz z innymi mediami – w dużej mierze sprawuje dziś „rząd dusz”, zorganizowała poważną dyskusję o niemieckim filmie „Upadek”, istotnym przede wszystkim dla Niemców, bo dotyczy ich przeszłości. Dlaczego nikomu nie wpadnie do głowy zaaranżowanie analogicznej dyskusji o Fredrze i o przesłaniu zawartym w jego najważniejszych komediach, w „Zemście” i „Panu Jowialskim”, a także – może przede wszystkim – we wspomnieniach pt. „Trzy po trzy”? Parę lat temu staraniem wydawnictwa Noir sur Blanc ukazał się francuski przekład tych wspomnień, powołane zaś „czynniki” nie uczyniły NIC, by to wydarzenie wypromować. A przecież autor „Trzy po trzy” był – obok Stendhala – jednym z

dwu wielkich pisarzy europejskich,

którzy wzięli udział w wyprawie na Moskwę i w odwrocie znad Berezyny. Fredro piórem nakreślił sceny godne Goi:
„Wpółmartwe, poczerniałe mumie snuły się po ulicach [Wilna – A.T.] od domu do domu – obdarzane czasem kawałkiem chleba, ale najczęściej wytrącane bez litości (…). Niejeden z żebrzących za gwałtownie pchnięty padał i konał u progu. Do tego tyfus zaczął wielką śmiertelność szerzyć (…). Nie było kupy śniegu lub stosu śmieci, żeby z niej nie sterczały nogi lub ręce – umundurowane – nikt ich już nie obdzierał. Po wąskich ulicach (…) przez całą zimę można było widzieć po kilka trupów, którym szyderstwo nie szczędziło różnych dodatków (…). Stali, jak na targach w zimie stoi zmarzła zwierzyna (…). Spodziewacie się może, że teraz powiem coś o sobie, ale nie, to przechodzi moje siły. Węzeł splątany z tysiąca nitek cierpienia rośnie, rośnie przede mną jak widmo maligny, ile razy chcę wątek uchwycić, każde szarpnięcie boli w sercu…”.
Swoistą, świadomą czy nieświadomą, aluzją do tamtych koszmarnych doświadczeń Fredry wydaje się w „Zemście” Wajdy Papkin, brnący z trudem przez zaśnieżony pejzaż.
Co Papkin-Polański powiedziałby o Fredrze, gdyby doszło do dyskusji, o którą apeluję? Jak znam życie, mała szansa, aby doszło…

 

Wydanie: 1/2005

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy