Co zostanie z lustracji?

Co zostanie z lustracji?

Niewiele ustaw aż tak drastycznie naruszyło konstytucję

Nadchodzi decydujący moment walki o lustrację. Trybunał Konstytucyjny zajmie się ustawą lustracyjną w dniach 9-11 maja, w pełnym składzie.
Prof. Andrzej Zoll twierdzi, iż ustawa łamie fundamentalne zasady konstytucji RP, zapisane w art. 2 („Rzeczpospolita jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”), art. 30 („Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych”) i art. 47 („Każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do decydowania o swoim życiu osobistym”).
Wnioski złożone przez posłów SLD wskazują, że ustawa lustracyjna ponad 40 razy „karygodnie narusza konstytucję”, łamiąc m.in. zasady dobrej legislacji, prawa do sądu, trójpodziału władzy, równości, domniemania niewinności, niedziałania prawa wstecz. Zastrzeżenia do szerokiego zakresu lustracji i wysokości sankcji ma też rzecznik praw obywatelskich.
Gdyby Trybunał podzielił te opinie, oznaczałoby to, iż lustracja stanowi wyjątkowy bubel prawny. A jest ona bardzo ważna dla rządzących.

Lustracyjna wymiana kadr

Głównym zadaniem lustracji, którego oczywiście nie można było zapisać wyraźnie w ustawie (jej nazwa brzmi niewinnie: o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa w latach 1944-1990), jest usunięcie ze stanowisk i pozbawienie prawa wykonywania zawodu osób, które w wymienionym okresie występowały w aktach SB jako tajni współpracownicy. Tym samym osiągnięte zostaną dwa cele: ich publiczne napiętnowanie i ukaranie oraz zrobienie miejsca w życiu publicznym i zawodowym dla młodego układu ludzi, deklarujących dziś prawicowe poglądy, którzy, dzięki łasce późnego urodzenia, nie mogli być „uwikłani we współpracę” z SB. Są oni, co zrozumiałe, gorącymi zwolennikami lustracji, niejednokrotnie współpracują też z obecnymi tajnymi służbami, co ułatwi władzy inwigilację i wpływ na środowiska opiniotwórcze.
Aby lustracyjna wymiana kadr przebiegła sprawnie, w ustawie zawarto surowe sankcje: odmowa czy opóźnienie złożenia oświadczenia przynosi takie skutki jak oświadczenie, którego prawdziwość zakwestionowano – czyli utratę pełnionej funkcji w trybie dyscyplinarnym oraz dziesięcioletni zakaz wykonywania prac objętych lustracją. Osoba, która skłamała podczas postępowania sądowego, może zostać skazana nawet na pięć lat więzienia (podczas gdy „zwyczajnemu” oskarżonemu wolno podczas swego procesu kłamać bezkarnie).
Nie ma w polskim prawie drugiego podobnego zapisu. W ustawodawstwie innych państw również. A mimo że formalnie ustawa nie przewiduje sankcji, gdy ktoś się szczerze przyzna do współpracy, to deklaracje składane przez znaczących reprezentantów lustrowanych grup zawodowych są jednoznaczne: ktoś taki zostanie usunięty ze stanowiska i nie będzie mógł wykonywać dotychczasowej pracy. Potwierdza to premier Kaczyński, „uspokajając”, że ten, kto był uczciwy, nie ma nic do ukrycia i lustracji nie musi się obawiać. To w istocie groźba pod adresem jej przeciwników – skoro są przeciw, znaczy, że donosili i spotka ich kara.
– Nie chodzi o to, kto miałby się obawiać i dlaczego, ale o to, czego państwu wolno żądać od obywateli. Dlaczego pod groźbą surowych konsekwencji obywatele muszą składać oświadczenia odsłaniające własną przeszłość? To odwrócenie ciężaru dowodu. To nie ja powinienem deklarować, że nie jestem złodziejem ale władze, jeśli mają uzasadnione podejrzenia, powinny udowodnić, że nim jestem. Zwłaszcza że Instytut Pamięci Narodowej ma pełny dostęp do materiałów archiwalnych – mówi prof. Zoll, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w latach 1989-1997 i jego prezes od 1993 r., były rzecznik praw obywatelskich.

Zmienimy układ społeczny

Ten wyrok będzie należeć do najważniejszych orzeczeń Trybunału, decydujących o funkcjonowaniu państwa i relacjach obywatel-władza. Lustracja i zasadzające się na niej odwet oraz zemsta stanowią bowiem fundament IV RP, a także narzędzie podporządkowania sobie wielu środowisk przez obecną ekipę rządzącą. Dlatego właśnie zakres lustracji nakreślono bardzo szeroko, obejmując niemal milion osób z ważnych grup zawodowych. Uznanie, że lustracja jest niekonstytucyjna, oznaczałoby poważne utrudnienie dokonywanego przez braci Kaczyńskich procesu powoływania nowych, podległych im elit.
W związku z tym, tak jak przed innymi ważnymi orzeczeniami TK, bracia nasilili agresję wobec Trybunału. Premier stwierdził, iż funkcją tego ciała jest „petryfikacja zastanego układu społecznego”, co jego zdaniem, jest rolą fatalną. Prezydent zaś, nawiązując do lustracji w wystąpieniu trzeciomajowym, podkreślił, że nawet autentyczne elity nie mogą nie podporządkować się prawu, które „zostało uchwalone zgodnie z przepisami konstytucji”. Tym samym dał do zrozumienia, iż Trybunał powinien uznać ustawę lustracyjną za zgodną z konstytucją.
Bracia Kaczyńscy zrobili wiele, by osłabić TK, podważyć jego niezależność i uczynić ciałem działającym wedle politycznych zamówień obecnej władzy. Po raz pierwszy w 22-letnich dziejach Trybunału zdarzyło się tak, że jego prezes i wiceprezes – Jerzy Stępień i Janusz Niemcewicz, powołani na stanowiska przez prezydenta w 2006 r. – to osoby bez zdanego egzaminu sędziowskiego, niemające nawet doktoratu. W tymże 2006 r. Sejm, za sprawą koalicyjnej większości wybrał do Trybunału kolejnych magistrów bez uprawnień sędziowskich, Wojciecha Hermelińskiego, w latach 70. prokuratora, oraz Marka Kotlinowskiego, działacza LPR, za „komuny” radcę prawnego. (Nie udała się próba powołania mgr Lidii Bagińskiej, musiała zrezygnować, bo jako adwokat nierzetelnie pełniła zadania syndyka). Jednak po wyborze sędziów Trybunału chroni kadencyjność i liderom PiS już trudniej nimi sterować.

Gra teczkami

Oczywiście, donoszenie na kolegów jest obrzydliwe, zwłaszcza zaś donoszenie na ludzi związanych z opozycją do służb niedemokratycznego państwa, jakim była PRL. Ci, którzy to robili, często mieli znacznie łatwiejszą ścieżkę kariery. Dziś więc potrzebna jest forma zadośćuczynienia moralnego polegająca choćby na ujawnieniu takiej współpracy. O innym zadośćuczynieniu nie można mówić, bo jednak była to współpraca z legalnymi służbami państwa uznawanego przez cały świat. Pytanie tylko, czy bracia Kaczyńscy rzeczywiście chcą jawności, czy może zależy im na uderzaniu teczkami w rozmaite grupy?
– Dziś władza selektywnie dobiera materiały do ujawnienia. Trwa gra teczkami – twierdzi prof. Zoll.
Jak uniemożliwić władzy użycie lustracji do walki politycznej i szantażu? Rozwiązaniem byłoby pełne otwarcie archiwów (przy zachowaniu tajemnicy tam, gdzie wymaga tego prawo). – Zbiory IPN należy potraktować jak zwykłe archiwum, do którego każdy ma dostęp, a państwo nie odpowiada za ich prawdziwość. Odpowiada za to osoba korzystająca z tych materiałów. Jeśli więc mój sąsiad znajdzie w IPN zapis, że jestem agentem, a ja uznam to za pomówienie, mogę go skarżyć do sądu. I niech państwo się w to nie miesza. Wtedy będzie to spór między dwoma obywatelami dysponującymi w miarę równą bronią. Teraz tej równości broni nie ma, obywatel jest na znacznie słabszej pozycji niż władza nadzorująca archiwa, co uważam za istotną wadę ustawy lustracyjnej – wskazuje prof. Andrzej Zoll. Profesor dodaje, iż materiały SB czasem fałszują rzeczywistość:
– Na UJ w stanie wojennym przyszli do mnie dwaj studenci, powiedzieli, że milicja ich zatrzymała, wlali im i grozili, a oni, zastraszeni, podpisali oświadczenie o współpracy. Poradziliśmy, by wszystkim naokoło mówili, wręcz rozgłaszali to, że podpisali zgodę na współpracę. SB z nich zrezygnowała, bo co to za tajni współpracownicy, o których wszyscy wiedzą? Skończyli studia, nie znam ich dalszych losów, ale pewnie w papierach mają zapis, że zgodzili się na współpracę – mówi prof. Zoll. Jeśli napiszą w oświadczeniu, że nie byli współpracownikami, trudno będzie im udowodnić niewinność.

Ostatnie dni?

Prof. Zoll uważa, że ustawa lustracyjna jest niepotrzebna i nie można zaakceptować jej podstawowego założenia, czyli konieczności wykazywania, że w przeszłości nie popełniło się niczego nieuczciwego: – Przecież władza ma dostęp do archiwów, może sprawdzić, kto kim był i nawet opublikować listy dawnych tajnych współpracowników.
Zdaniem prezesa Jerzego Stępnia, ta sprawa jest dla Trybunału Konstytucyjnego „bardzo dużym prawniczym wyzwaniem”. Od orzeczeń Trybunału nie ma odwołania, przepisy uznane za sprzeczne z konstytucją przestają obowiązywać w chwili opublikowania wyroku. Niewykluczone więc, że za kilka dni ustawy lustracyjnej już nie będzie.

 

Wydanie: 19/2007

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy