W 1947 r. mieszkańców Wielgomłynów zelektryzowała wieść o ukazaniu się Matki Boskiej Jak się dorobić na Matce Boskiej? Zapewne takie pytanie postawili sobie sprawcy tzw. cudu w Wielgomłynach, który niemal 70 lat temu zelektryzował niewielką wioskę położoną 24 km na południowy wschód od Radomska. Inicjatorami zjawiska nie byli, jak to podają współczesne źródła, komuniści spiskujący przeciw Kościołowi, lecz na pozór przykładni mieszkańcy sąsiedniej parafii. „W związku z pogłoskami o niezwykłych wydarzeniach w Wielgomłynach pojechałem do tej pierwszy raz w życiu zasłyszanej miejscowości. Ot, zwykła wioska pod Radomskiem, w niej poczta, posterunek milicji, trzy sklepiki z naftą, solą i papierosami. Od placu przed kościołem odbiegają w opłotki trzy mniejsze uliczki, a jedna szeroka, główna, prowadzi daleko w łąki i w świat. Już w autobusie dowiedziałem się od szofera, że w Wielgomłynach zdarzył się cud. Szofer oznajmił mi to z niepewnym uśmiechem, ale gdy ja nie odpowiedziałem kpiną, spoważniał i spytał: »Pan też względem tego cudu do Wielgomłyn«? (Tak miejscowi deklinują tę nazwę)” – w ten sposób rozpoczyna się dość szczegółowa relacja łódzkiego korespondenta dziennika „Słowo Powszechne”, wydawanego przez katolickie stowarzyszenie PAX (numer 123 z 26 lipca 1947 r.). Sława doszła do Koszalina Wielgomłyny nie tylko w opisie dziennikarza jawiły się jako sielska, senna miejscowość. Od wieków jej mieszkańcy w głównej mierze trudnili się rolnictwem, byli bogobojni (w XV w. Koniecpolscy ufundowali tu klasztor paulinów, jego przeorem był sam o. Kordecki), a jeśli za czasów sanacji pojawiały się lewicujące inicjatywy polityczne – tłumił je w zarodku tutejszy proboszcz. 5 czerwca 1947 r. gruchnęła wiadomość o Matce Boskiej, która rzekomo ukazała się trzem dziewczynkom. Wieść lotem błyskawicy rozeszła się po sąsiedztwie, skąd na miejsce objawienia (podmokła łąka) zaczęły przybywać coraz większe rzesze ciekawskich. Pojawiły się pierwsze piesze pielgrzymki, ludzie przyjeżdżali też końmi, motocyklami i nielicznymi wówczas samochodami – czym tylko się dało, by doświadczyć cudownych zjawisk. Szacuje się, że przez kilka miesięcy niewielką miejscowość nawiedziło 70 tys. ludzi – niektórzy z dość odległych zakątków kraju. – Z owymi „cudami w Wielgomłynach” mam związaną pośrednio historyjkę. Przyjmujący mnie w 1973 r. do Szkoły Podoficerskiej Wojsk Ochrony Pogranicza w dalekim Koszalinie oficer, gdy zobaczył w dokumentach, że pochodzę z gminy Wielgomłyny, powiedział: „A, to tam, gdzie te cuda były”. Od dawna nie mieszkam już w gminie Wielgomłyny, ale gdy czasem ktoś wspomina o stawie i wodzie uzdrawiającej, przypomina mi się tamten oficer z Koszalina – opowiada 61-letni dziś były mieszkaniec jednej z miejscowości pod Wielgomłynami. Oddajmy głos dziennikarzowi „Słowa Powszechnego”: „Jedno mnie zastanowiło w Wielgomłynach, oto że w czasie trudnym dla miasta i wsi, wśród nieustannej gonitwy za zarobkiem, w pełni żniw, dziesiątki tysięcy ludzi porzuca dom i wędruje ze stron dalekich, bo nie tylko z okolicy, ale i z Częstochowy, Katowic, Łodzi, Warszawy, ba i z Torunia, przeważnie z głęboką wiarą w doznanie cudu”. Mostek i kapliczka Co zobaczyły dziewczynki na podmokłej łące? Bawiąc się na pastwisku dla krów, w pewnym momencie zostały przywołane przez kobietę, która jawiła się im jako Matka Boska. Miała łunę nad głową i przechodziła nad taflą pobliskiego stawu – tak przynajmniej brzmiała relacja dzieci. Były też inne zjawiska – wierni doznawali wizji, a także odczuwali drgawki po wejściu do stawu. Po latach tłumaczono to podłączonym akumulatorem na prąd stały. Cudowna miała być także woda z sadzawki: – Miałam 19 lat, jak razem z koleżankami z Koniecpola poszłyśmy „na cuda”. Żadna z nas nie widziała jakiejkolwiek „świętej” postaci, o których rozmawiano w tłumie ludzi. Z wyprawy „na cuda” pozostała nam tylko woda z sadzawki, z którą nie pamiętam, co zrobiłyśmy… – mówi z rozrzewnieniem pani Regina, jeden z wielu świadków niecodziennych zjawisk. Aby ułatwić kult „Matki Boskiej Wielgomłyńskiej”, zbudowano mostek przez strugę oraz drewnianą kapliczkę upstrzoną wizerunkami świętych i mnóstwem lampek. Jeszcze w 1947 r. została ona spalona przez nieznanych sprawców. Interes wyczuli kupcy z nieodległej Częstochowy, na co dzień handlujący pod Jasną Górą lub na okolicznych odpustach. Głównym źródłem zarobku dla inicjatorów „cudu” były pieniądze i kosztowności składane przez wiernych w specjalnie w tym celu ustawionych wiklinowych koszach. Walczyć ze świętokradztwem usiłował miejscowy
Tagi:
Tomasz Michał Kolmasiak







