Cudowne dzieci ZSP

Cudowne dzieci ZSP

Na studiach nauczyli się zawierania kompromisów, giętkości i działania w drużynie. Czy teraz nadchodzi ich czas?

– To nie jest dobry moment na pisanie o ludziach ZSP. Za parę miesięcy – to tak. A teraz – to pokazywanie ludzi do odstrzału – przekonuje mnie jeden z byłych działaczy Zrzeszenia, pracujący dziś w spółce skarbu państwa, którą przejęła prawica. Trudno odmówić mu racji – ostatnie zwolnienia w jego firmie odbywały się według klucza życiorysu. Ale przecież ważniejsza była druga część jego wypowiedzi – że po wygranych przez lewicę wyborach ludzie z ZSP, z Ordynackiej (tam ZSP od lat ma swoją główną siedzibę), z dawnych Rad Okręgowych, Rad Uczelnianych, zapełnią najważniejsze stanowiska w państwie.
Nie będzie to jakaś rewolucja, atak ludzi z lasu. Byli ZSP-owcy od połowy lat 90. pną się do góry. Bez kompleksów, wręcz z poczuciem przewagi nad resztą peletonu. Najsłynniejszy z nich, Aleksander Kwaśniewski, prezydent Rzeczypospolitej, jest najpopularniejszym politykiem w kraju. Za nim idą inni. Niedawni premierzy – Józef Oleksy i Włodzimierz Cimoszewicz, wicemarszałek Sejmu, Marek Borowski, byli wicepremierzy i ministrowie: Grzegorz Kołodko, Marek Belka, Dariusz Rosati, Wiesław Kaczmarek, Marek Siwiec, Danuta Waniek, były ambasador w Waszyngtonie, którego zasług w sprawie wejścia Polski do NATO nie sposób przecenić – Jerzy Koźmiński, szef TVP SA, Robert Kwiatkowski, i cała masa wyższych urzędników, biznesmenów, menedżerów, wydawców.
III RP im służy. ZSP istnieje od roku 1950. Ale dopiero w latach 90. ludzie Zrzeszenia zaczęli masowo przebijać się na najważniejsze stanowiska. Czy tylko dlatego, że właśnie weszli w swoje najlepsze lata?

Studenckie życie

Zrzeszenie Studentów Polskich powstawało 16-18 kwietnia 1950 roku z mało zaszczytnym zadaniem: miało zastąpić działające na uczelniach organizacje samorządowe, samopomocowe, kulturalne. Władze dokonały tu prostego podziału: ZSP miał zajmować się sprawami socjalnymi, natomiast od spraw ideologii i polityki był ZMP.
Ten podział okazał się dla ZSP błogosławieństwem. W roku 1956, gdy rozwiązywano skompromitowany ZMP, Zrzeszenie kwitło. W zetespowskich klubach słychać było jazz, śpiewano piosenki studenckie, występowały kabarety i teatry. Do dziś wspominane, z pewną przesadą, jako ośrodek niezależnej myśli (i rozrywki), bez mała rozsadzającej tamten system. Stodoła, Hybrydy, STS, Teatr Kalambur, Klub Studentów Żak, Jaszczury, Teatr STU Krzysztofa Jasińskiego, Agnieszka Osiecka, Marek Grechuta, Wojciech Młynarski, Jacek Kaczmarski, Maryla Rodowicz – to złote zgłoski polskiej kultury.
W 1957 r. powstał Almatur, dzięki któremu tysiące studentów mogło jeździć za granicę i zobaczyć inny świat. Oddech złapała spółdzielczość studencka.
ZSP spełniał w tym czasie rolę studenckiego samorządu – do organizacji należało ponad 90% studentów. Władze Zrzeszenia, od najniższego szczebla, wybierano w bezpośrednich i demokratycznych wyborach.
– ZSP był lekcją przygotowania życiowego i społecznego młodej inteligencji polskiej – mówi dziś z pewną emfazą Wiesław Klimczak, wiceprzewodniczący ZSP w latach 1963-66, dziś szef Ogólnopolskiej Komisji Historycznej Ruchu Studenckiego.
Zrzeszenie zdecydowanie odbiegało od modelu organizacji studenckiej obowiązującego wówczas w państwach realnego socjalizmu. Ten fenomen wyjaśnia prof. Andrzej Werblan. – Jest kilka przyczyn tego, że ZSP cieszył się większym marginesem swobody – mówi. – Jedną z ważniejszych był fakt, że pieczę w aparacie KC PZPR sprawował nad ZSP wydział nauki, a nie wydział organizacyjny, który zajmował się wszystkimi innymi organizacjami. Pion nauki miał więcej zrozumienia dla studenckiej specyfiki.
Przed ZSP nie stawiano więc wielkich zadań ideologicznych, bo od tego był działający na uczelniach ZMS. To także powodowało, że inaczej toczyły się kariery działaczy ZMS i ZSP. Aparat partyjny był otwarty przede wszystkim na tych pierwszych. Działacze Zrzeszenia byli przyjmowani w drugiej kolejności. Owszem, niektórzy z nich robili wielkie kariery w PZPR, jak Stefan Olszowski. Ale ZSP-owcy zasilali raczej aparat państwowy i środowiska naukowe. Szli m.in. do MSZ, jak Stanisław Turbański, Włodzimierz Konarski czy Eugeniusz Mielcarek lub też robili kariery naukowe.
W 1973 r. zwolennicy zjednoczenia w KC dopięli swego i przeprowadzili operację zjednoczenia organizacji młodzieżowych i przejęcia nad nimi pieczy. ZSP przekształcono w Socjalistyczny Związek Studentów Polskich (na uczelniach połączono ZSP, ZMS i ZMW). Wydawało się, że w ten sposób partia zlikwiduje dotychczasową specyfikę ruchu studenckiego. Ale tak się nie stało. SZPS przejął tradycje ZSP jego zasady działania. SZSP to był “spieprzony ZSP” albo “zsyp”. Wydział organizacyjny nie miał szans, by sobie z tym poradzić. Mieliśmy więc niepisany, typowy dla PRL-u, kompromis. Studenccy działacze, ci z najwyższego szczebla, nie szczędzili partii rytualnych hołdów, zaspokajając jej miłość własną. W zamian otrzymywali szeroki – jak na owe czasy – margines swobody.
Tamto myślenie działaczy z Ordynackiej opisał zresztą Aleksander Kwaśniewski w wydanej w 1995 r. książce “Nie lubię tracić czasu”: “Ja i ludzie o bliskich mi poglądach czytaliśmy o porażce komunistycznych reformatorów w Czechosłowacji w 1968 r. i wyciągnęliśmy jeden zasadniczy wniosek: nie wdawać się w dyskusje ideologiczne ze strażnikami świętego ognia, czyli ortodoksyjnymi marksistami w PZPR. Ideologia w partii miała w latach siedemdziesiątych znaczenie wyłącznie rytualne, a nie praktyczne. Jej krytyka, choć oczywista, była w moich oczach zwyczajną stratą czasu. Co więcej: musiała zakończyć się przegraną niezależnie od tego, jak wiele miało się racji. Przegrana, i w ogóle sam udział w sporze, który nie ma praktycznego znaczenia, wydawały się pozbawione sensu. Uważałem, że należy przyjąć za punkt wyjścia myślenie zdroworozsądkowe, pragmatyczne, i zająć się działaniami pozytywnymi. Widziałem też, jak bardzo struktury partyjne są kostyczne, jak bardzo neguje się w nich oczywistą dla wszystkich jako tako rozgarniętych ludzi konieczność wielkiej reformy systemu”.

Wielkie otwarcie

Zanim Aleksander Kwaśniewski doszedł do takich konkluzji, i on, i setki innych działaczy studenckich przeżyło swój okres fascynacji epoką gierkowską, jej pierwszymi latami. – Tamta atmosfera zachęcała do afirmacji systemu – to słowa jednego z jego ówczesnych współpracowników. – Było otwarcie na świat, mogliśmy dostać paszporty, ruszyła gospodarka. Potem dopiero dowiedzieliśmy się, że było to okupione długami… Atmosfera była taka, że oto są reformy, że się rozwijamy. Czy myśleliśmy o niepodległości, o kapitalizmie? No nie… Panowało przekonanie, że system jałtański jest nienaruszalny. Więc trzeba go ulepszać, małymi krokami, pracą organiczną. Szwecja – to był ideał! Iść w stronę Szwecji! Mieliśmy wtedy przekonanie, że reformy gospodarcze poszerzą zakres wolności”.
Podobnie mówi Krzysztof Szamałek, pod koniec lat 70. przewodniczący Rady Uczelnianej SZSP Uniwersytetu Warszawskiego: – Byliśmy krytyczni wobec PRL, ale nie znaczy to, że gotowi byliśmy stawiać barykady, by rozwalać system. Mówię szczerze: nie przypuszczałem, że rozpadnie się Związek Radziecki, że system pojałtański się zmieni. Może miałem za mało wyobraźni? Raczej jak ktoś o tym mówił, to sądziłem, że to jest jakiś marzyciel albo facet nie mający rozsądku czy realizmu politycznego. Historia przyznała – to oni mieli rację, nie ja. Wtedy sądziłem, że trzeba drobnymi krokami próbować osłabiać wpływ partii, że można mówić o procesie finlandyzacji Polski. Marzyliśmy o czymś takim. Żeby mieć i trochę gospodarki rynkowej, i trochę socjalizmu.
SZSP praktykowało więc gierkowską stabilizację. Studenci szybko byli zaznajamiani z prawdami oczywistymi: Polska jest, gdzie jest, władzę ma taką, jaką ma – to są rzeczy nie do ruszenia. Ale do ruszenia są inne sprawy – stypendia naukowe, życie kulturalne, turystyka, życie studenckie – to jest obszar waszej wolności. Waszego pragmatyzmu. I ten obszar skrzętnie zagospodarowywali, zawsze próbując go delikatnie powiększyć. Jakimś układem, fortelem. – Była taka słynna Warszawska Grupa Teatralna, prowadził ją dziś już nieżyjący Andrzej Cybulski, to była najwybitniejsza grupa obok Teatru Ósmego Dnia – opowiada Szamałek.
– Ona kontestowała PRL, bo każdy, kto w ruchu kulturalnym działał, miał wrażliwość rozwiniętą ponad średnią, więc było oczywiste, że musi kontestować. Ta grupa była utrzymywana ze środków SZSP-owskich. I miała problemy z cenzurą. Więc Cybulski zwrócił się do nas o pomoc, z prośbą o jakiś parasol ochronny. I go dostał. W jaki sposób? Jeżeli był spektakl w Stodole czy Proximie, to na użytek cenzury pisało się “spektakl zamknięty, wstęp tylko dla członków SZSP za okazaniem legitymacji”. Cenzura wtedy się odczepiała. Takie kompromisy były ciągłe.
Po roku 1980 takie kompromisy były witane śmiechem.

Wycinanki

Gdyby zastanowić się, skąd przyszła łatwość zawierania kompromisu, nietrudno wskazać na przyczynę: i ZSP, i SZSP uczyły giętkości.
To było abecadło: wszystkie stanowiska w organizacji pochodziły z wyborów, więc żeby je zdobyć, trzeba było wygrać wybory. Demokratycznie się zweryfikować. A potem, po skończeniu kadencji, uzyskać absolutorium. Wybory, rozmaite koalicje, dogadywanie się, wycinanie przeciwnika – to był chleb powszedni studenckiego działacza. Zanim doszedł do szczebla Rady Uczelnianej, koledzy weryfikowali go kilkakrotnie.
A ponieważ członkami SZSP było ponad 90% studentów, aby zostać wybranym, trzeba było przejść przez sito bardzo mocnej konkurencji. Trzeba było wygrać kampanię wyborczą. – Prowadziło się ją rozmaicie – opowiada prof. Jan Monkiewicz, swego czasu szef Rady Wydziałowej na SGPiS-ie. – W akademikach propagandą szeptaną. W auli spadochronowej akcją plakatową. Plakaty wisiały na kilka pięter.
Potem, po wyborczym zwycięstwie, trzeba było pokazać elektoratowi skuteczność działania. Tu dobrą opinią cieszył się na przykład młody Grzegorz W. Kołodko, który już na pierwszym roku studiów był znany i powszechnie rozpoznawany. – Wtedy chodził w kufajce i czasami w walonkach, żeby podkreślić swój robotniczy rodowód – wspomina Monkiewicz.
Kołodko miał opinię osoby potrafiącej skutecznie wykłócać się o miejsca w akademikach, o stypendia, o sprawy socjalne. No i zadającej partyjnym lektorom kłopotliwe pytania. Bez jakichś konsekwencji.
– Ja i Grzegorz W. Kołodko byliśmy kontrkandydatami na stanowisko przewodniczącego Rady Uczelnianej SGPiS – opowiada Marek Wagner, dziś poseł SLD. – Obydwaj byliśmy w Komitecie Wykonawczym i wtedy partia ustami Józefa Oleksego, który był wówczas opiekunem Rady Uczelnianej, poparła kandydaturę Kołodki. On został przewodniczącym, a ja jego zastępcą ds. naukowych. Pracowało nam się później bardzo dobrze. Za to miałem kłopoty z Leszkiem Balcerowiczem. On działał w ruchu naukowym. Przychodził do mnie po fundusze na obozy naukowe. Chciał mieć jak najwięcej, bo jego koło – jak mówił – było najważniejsze. No proszę, już wtedy kłóciłem się z Balcerowiczem o pieniądze.
Podobne jak na SGPiS-ie toczyły się boje na innych uczelniach. Na Uniwersytecie Warszawskim trwała na przykład tradycyjna rywalizacja prawa z Wydziałem Dziennikarstwa i Nauk Politycznych. Na poziomie Rady Okręgowej mieliśmy z kolei rywalizację Uniwersytetu z Politechniką.
Wiesław Kaczmarek, przewodniczący Rady Uczelnianej na Politechnice, potem szef Rady Okręgowej w Warszawie, bagatelizuje tamte spory. – To było wtedy, na naszym małym podwórku – mówi. – Najważniejsze, że zostały mi z tamtych lat przyjaźnie.
I – co chętnie Kaczmarek dopowiada – umiejętności działania w demokratycznych regułach gry: – Po roku 1990 nie były dla mnie zaskoczeniem demokratyczne procedury, wybory, tajne głosowania. To obowiązywało w ZSP. Zrzeszenie nauczyło mnie pracy w grupie, rozwiązywania problemów, bycia aktywnym i zaradnym. Ale również ponoszenia odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Dla mnie zawsze bardzo silną rekomendacją była informacja, że ktoś był szefem Rady Uczelnianej albo wiceszefem Rady Okręgowej. Gdyż wiem, że aby tam dojść, trzeba było mieć coś w swoim dorobku. Zorganizować obóz, przeprowadzić jakąś akcję. Wiadomo było, że jeżeli ktoś doszedł do pewnych pozycji, to w wyniku własnej pracy i osiągnięć. I że można na nim polegać.
Słowa Kaczmarka potwierdza praktyka: późniejsze kariery dyrektorów Almaturu, klubów studenckich, szefów kół naukowych.
Zaprawę w ZSP-owskiej działalności ma za sobą na przykład prof. Henryk Skarżyński, dyrektor Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu, światowej sławy specjalista i znakomity menedżer. Prof. Leszek Kaczmarek, laureat Polskiego Nobla z dziedziny genetyki, to z kolei były szef koła naukowego na wydziale biologii. Byłymi działaczami Zrzeszenia są również prof. Leszek Paradowski, rektor Akademii Medycznej we Wrocławiu, i prof. Tadeusz Szulc, rektor wrocławskiej Akademii Rolniczej. A także prof. Zbigniew Kłos – dyrektor Centrum Badań Kosmicznych PAN.
Z kolei były dyrektor klubu Riviera-Remont, Waldemar Dąbrowski, jest dziś dyrektorem Teatru Wielkiego. Spośród 12 dyrektorów Almaturu dwóch było ministrami, dwie osoby naczelnymi dyrektorami Orbisu, jeden był szefem Polskiej Nafty, drugi – Polskiej Chemii, a trzeci – polskich przedstawicielstw Marlboro i Pepsico.
Ale najgłośniejszym ZSP-owskim menedżerem w ostatnich dniach jest Władysław Bartoszewicz, do niedawna szef firmy Polkomtel, operatora sieci GSM Plus. To Bartoszewicz stworzył Polkomtel, rozpisując udziały w firmie na pięć podmiotów. Układ biznesowy wyglądał tu tak, że Polacy dawali management, a zachodni partnerzy know–how i pieniądze. Polkomtel w ciągu kilku lat stał się firmą wartą około 5 mld zł.

Drugi etap

ZSP rozkwitł w roku 1956, przetrwał rok 1968 i 1970, ale został złamany w roku 1980. – Wróciliśmy z wakacji zmienieni – pisali we wrześniu 1980 r. w Uniejowie młodzi działacze SZSP – Aleksander Kwaśniewski i Jerzy Koźmiński, otwierając organizacji drogę do odnowy. Ale historia była już dalej.
– Siedzieliśmy w Radzie Uczelnianej uniwersytetu – wspomina Włodzimierz Czarzasty. – Przychodzili ludzie i oddawali legitymacje. Ci sami faceci, którzy jeszcze w lipcu byli z nami na obozach, w październiku rzucali nam w twarz legitymacjami, krzycząc, że jesteśmy organizacją skompromitowaną wieloletnią kolaboracją z komuną. Takie wydarzenia powodują, że człowiekowi grubieje skóra.
SZSP wyrósł konkurent – Niezależne Zrzeszenie Studentów. Na uczelniach powstawał samorząd. SZSP był rozdarty i sparaliżowany. Ciążyła na nim niedawna obojętność wobec śmierci Pyjasa, wobec inicjatywy Towarzystwa Kursów Naukowych, ciążyła nie wyjaśniona sprawa bojówek, które rozbijały zebrania opozycjonistów. SZSP był też zaskoczony aktywnością, po stronie “Solidarności”, niektórych swoich działaczy.
– Myślę, że mądrze zrobił Rakowski, rozwiązując w grudniu 1981 r. SZSP – mówi jeden z uczestników tamtych wydarzeń. – Gdyby pozwolił nam działać, myślę, że i Ordynacką trzeba byłoby wsadzać do internatu.
W 1982 r. organizacja zaczęła działać jako ZSP. Z niewielką ilością członków. Oskarżana o “kolaborację” uciekała w sprawy socjalne – zarządzanie klubami, organizację wyjazdów, obozów. – Zero ideologii, zero. Życie jest jedno i trzeba go wykorzystać. I mieć przyjaciół – mówi Czarzasty. – Byliśmy workami, w które bito – dodaje Antoni Dragan, w latach 1985-87 przewodniczący Rady Naczelnej. – Więc musieliśmy starannie przygotowywać się do dyskusji, być otwarci, więcej pracować. Działaliśmy w warunkach otwartej konkurencji. To potem zaprocentowało.
Ale wcześniej okazało się, że może być jeszcze gorzej. Po 1989 r. ZSP został zepchnięty do kąta, w niektórych uczelniach jego działalność praktycznie zamarła. Także dawni działacze zaczęli szukać swego miejsca. I przeważnie wybierali “ucieczkę” w biznes.
Dlaczego w swej masie pozostali jednak na lewicy i ciążą ku SLD? Tak przecież być nie musiało. Mogli dać się zagospodarować innym siłom, na przykład UW.
– To raczej nie było możliwe – mówi jeden z działaczy. – Działalność ludzi ZSP zawsze opierała się na akceptacji zastanego układu. Działaliśmy, godząc się na elementarne założenia zastanej rzeczywistości. Z kolei ludzie z Unii, ich legenda, opierała się na walce z tą rzeczywistością. Więc czuliśmy się w ich towarzystwie źle.
– To nie była moja piaskownica – opisuje dylemat tamtych dni Czarzasty, który tak jak wielu jego kolegów zajął się w tamtym czasie biznesem.
Rychło okazało się, że umiejętności nabyte w Zrzeszeniu znakomicie przydają się w nowej rzeczywistości.

Co nam dał ZSP…

Co zawdzięczam ZSP? Na tak postawione pytanie Ireneusz Nawrocki, absolwent Handlu Zagranicznego SGPiS, były wiceprzewodniczący Rady Naczelnej SZSP, dziś szef NFI Jupiter, odpowiada krótko: – Prawie wszystko.
I on, i inni byli działacze Zrzeszenia podkreślają, że praca w organizacji studenckiej była ich drugim fakultetem.
– Gdy dziś patrzę, jak się przygotowuje studentów zarządzania na najlepszych amerykańskich uniwersytetach do przyszłej pracy zawodowej, to widzę, jak wiele zawdzięczam SZSP – mówi dzisiejszy menedżer. – Zachodnie struktury korporacyjne globalizują się, mają charakter wielokulturowy. Tam kładzie się nacisk na umiejętność wspólnego działania, na otwartość, na umiejętność przyjmowania pomysłów. Zachodni menedżer musi uświadomić grupie, którą kieruje, cele i dopasować ludzi do ich realizacji. Praca drużynowa jest tu najważniejsza. I właśnie tę umiejętność posiadają byli działacze ZSP i SZSP. Jesteśmy otwarci na ludzi, nie razi nas to, że ktoś jest inny, ma inne poglądy. Lubimy innych wysłuchać, bo może coś z tego ciekawego wyniknie? Lubimy składać drużynę, zastanawiać się, kto ma jakie talenty i jak je najlepiej wykorzystać. Szybciej niż inni potrafimy wyrobić sobie trafną opinię o każdym członku grupy. Nic dziwnego, przecież w SZSP pracowaliśmy z setkami ludzi, mamy w głowie całą ich typologię. Trzeba było zawsze z kimś się dogadać, kogoś przekonać, coś załatwić. Cierpliwie wysłuchać wszystkich i ustalić plan działania. Tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Ja i moi koledzy obserwujemy obecnych absolwentów. Są bardzo dobrze wykształceni, pracowici, można powierzać im najtrudniejsze zadania – dadzą sobie radę. Aż do momentu, kiedy przychodzi kierować im grupą – wtedy kończy się to konfliktami, klapą.
Umiejętności działania w zespołach, zdolności menedżerskie, które rozwinęli w ZSP, zostały szybko docenione przez zachodnie firmy inwestujące w Polsce. Działacze Zrzeszenia są dziś dyrektorami czy prezesami zachodnich przedstawicielstw. Jeszcze na początku lat 90. byli ZSP-owcy nie ukrywali swoich kompleksów wobec managementu kształconego na zachodnich uczelniach. Dziś mają poczucie własnej wartości. – Niespodzianką może okazać się polska kadra, która, gdy wejdziemy do Unii, zacznie awansować w strukturach europejskich – snuje swoje wizje Ireneusz Nawrocki. – Już dziś nie jesteśmy gorsi, a mamy specyficzne umiejętności – niektórzy nazywają to umiejętnością improwizacji. A to nie jest improwizacja, tylko umiejętność szybkiego skonstruowania planu w nietypowych sytuacjach.

Ordynacka

Nawrocki tego nie mówi – ale jeszcze jednym z elementów składających się na dzisiejszy standing ludzi z ZSP są zadzierzgnięte wówczas więzy koleżeńskie.
Działanie w Zrzeszeniu dało mi poczucie solidarności, bratniej pomocy – deklaruje Wiesław Kaczmarek. – Ludzie z ZSP mają wspólne korzenie i sobie pomagają. To jest więź międzypokoleniowa. Przygotowanie w ZSP znakomicie pomogło nam znaleźć się w nowej rzeczywistości, bo ta rzeczywistość okazała się zupełnie znana.
– My się naprawdę lubiliśmy, spędzaliśmy razem tysiące godzin – mówią dawni działacze.
Te kontakty nie zamarły. Wciąż regularnie spotykają się byli szefowie Rad Uczelnianych. Zarejestrowano już stowarzyszenie mające być rodzajem związku byłych działaczy ZSP i SZSP. Do tradycji weszło coroczne spotkanie pokoleń, odbywające się w klubie Stodoła. Rok temu, w 50. rocznicę powstania ZSP, odbywającej się w auli Politechniki, zjawiło się ponad 3 tys. byłych ZSP-owców z całej Polski.
Obecni liderzy ZSP, młodzi, dwudziestoparoletni młodzieńcy, urzędujący w historycznej siedzibie na Ordynackiej, patrzą na te wszystkie zabiegi z pewną zazdrością. Oni mają swoje troski – wysłać papiery do MEN z wnioskami o dotację, zorganizować kolejną akcję, zdobyć dla niej sponsorów. Nie martwi ich, że ZSP jest utożsamiany z SLD i “komuną”. Jeżeli NZS może być przybudówką AWS, dlaczego my nie mamy być blisko SLD? – pytają. – Widzimy, że coś się zmienia – mówią. – Jeszcze parę lat temu studenci w ogóle nie byli zainteresowani jakąkolwiek działalnością. Teraz już są. Bo dowiedzieli się, że w CV bardzo dobrze wygląda wpis o działalności w organizacji studenckiej.

Wydanie: 16/2001

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy