Czasami krzyczę

Czasami krzyczę

Teresa Torańska lubiła autoryzację rozmów z politykami, bo jak na dłoni widziała, co chcieli przed nią ukryć albo gdzie konfabulowali

Zapytana w Radiu TOK FM, czy wali pięścią w stół, kiedy rozmówca chce coś wykreślić, odpowiedziała Tochmanowi: „Nie, ale czasami krzyczę”.

Do legendy przeszła jej autoryzacja wywiadu z gen. Jaruzelskim. Koledzy w „Gazecie” podsłuchali, jak mówi do niego przez telefon: „Co? Dygocik, panie generale? Dygocik?”.

W jej archiwum widziałem wiele kolejnych wersji wywiadu z Jaruzelskim, na każdej kolejnej nowe poprawki. Mówiła, że na siebie krzyczeli. W końcu powiedziała, żeby się nie przejmował, bo z generałami też da sobie radę.

„Ale ja muszę – słyszę wahanie. – Nic pan nie musi! Już postanowione – przerwałam. – Myślał pan tak? – Myślałem, ale… – ciągnie. To ja na niego: Niech pan będzie sobą! Co pan sobie maskę zakłada? Powiedział pan. Tak czy nie? – Powiedziałem – mówi” („Ja, My, Oni”).

Maria Zmarz-Koczanowicz zapamiętała, że kiedy w 2001 r. montowały z Teresą film „Noc z generałem” w budynku dawnej Wytwórni Filmowej Wojska Polskiego „Czołówka”, nagle zadzwonił ktoś z gabinetu prezesa TVP Roberta Kwiatkowskiego, na której zlecenie produkowano film. Generał Jaruzelski przypomniał sobie, że wypowiedział się nieprzychylnie na temat Stanisława Kani, więc zadzwonił do Kwiatkowskiego, z którego ojcem się przyjaźnił, aby to z filmu usunąć. – Tereska się wściekła. Natychmiast zadzwoniła do Jaruzelskiego. Mówiła: Jak to, panie generale?! Tak to pan do mnie wydzwania, a jak ma pan uwagi, to dzwoni pan do telewizji?! W końcu wycięłyśmy to zdanie, generał zapowiedział, że przyjedzie do montażowni sprawdzić. Teresa wściekle paliła papierosy. Powtarzała: Niech mi teraz, od razu, podpisze zgodę i żadnych więcej zmian. Nie wypuszczę go, jak nie podpisze! Przyjechał w towarzystwie BOR-owca, Teresa była dla niego niemiła do końca wizyty. Było nerwowo. Chyba nawet jej obiecał, że to odkręci, że nie zgłosi zastrzeżeń. Obejrzał i zapytał BOR-owca, czy mu się podoba. Próbował rozładować sytuację. Tłumaczył Teresie: pani to zrozumie… Kiedy tak walczył o jedno słowo, zrozumiałam, że nie od parady był generałem. W rozmowach sprawiał wrażenie ciepłego wujka z kindersztubą, człowieka z towarzystwa, który nie będzie o nic walczył, wkraczając w cudze kompetencje, i nagle okazało się, że jest nieugięty. Zadzwonić do szefa telewizji w sprawie jednego skreślenia? Przecież nie był już postacią pierwszoplanową, a my robiłyśmy mały film dokumentalny. Doszło do podpisywania zgody na wykorzystanie wizerunku, w grę wchodziły jakieś pieniądze, w każdym razie generał miał podać numer konta. Powiedział, że go nie zna. – Jak to pan nie zna swojego numeru konta? – pytała. Generał odpowiedział, że nie musi, bo żona za niego wszystko załatwia. – To jak pan w ogóle żyje?! Jak pan idzie do toalety, to pan nie ma przy sobie złotówki?! – Nigdy nie noszę przy sobie pieniędzy – odpowiedział. Teresa nie wstydziła się o takie sprawy pytać, to ją naprawdę interesowało, bo pokazywało generała jako oderwanego od rzeczywistości. Jest jeszcze jedna scena, którą generał kazał wyciąć. Nakręciliśmy, jak przy wejściu BOR-owcy sprawdzali nam dowody osobiste. To przecież normalne, bo wchodziłyśmy do byłego prezydenta. Ale Jaruzelski wiedział, że jest w tym kontekst stanu wojennego. Poprosił, żeby tego nie było w filmie.

Teresa powtarzała, że lubi autoryzację, że wzbogaca rozmowę o portret psychologiczny jej rozmówcy. Traktowała ją jako ostatni akt odsłaniania się. Mówiła Tochmanowi: „Jest coś takiego jak odpowiedzialność za słowo pisane. Bo tak człowiek może sobie powiedzieć to, tamto, owo, ale jak zobaczy napisane, to przywiązuje do tego większą wagę i przypomina mu się szczegół, który pominął lub zapomniał”. Mnie mówiła, że autoryzacja jest jak zdejmowanie majtek.

Mariusz Szczygieł zaprosił Teresę do prowadzenia zajęć z wywiadu w Polskiej Szkole Reportażu. Mówi, że studenci oniemieli, bo po wszystkim, co słyszeli o pracy Kapuścińskiego, Teresa mówiła, że wywiad się pisze, więc nie musi on wyglądać tak, jak w rzeczywistości: Wywiad był dla niej jak scenariusz, jakby realizowała odwróconą ideę platońską. Drukowała ideę wywiadu. Pracowała nad jego kreacją. Przestawiała fragmenty, montowała go jak film. Pamiętam, jak pisała wywiad z Jerzym Urbanem, ciągle coś nie grało. W końcu Małgosia Szejnert podsunęła pomysł, żeby zaczęła od 13 grudnia. Teresa natychmiast „przemontowała” tekst. Autoryzacja była dla niej zaakceptowaniem przez rozmówcę jej kreacji. Bo przecież on to wszystko powiedział, tylko nie w tej kolejności.

Lubiła autoryzację rozmów z politykami, bo jak na dłoni widziała, co chcieli przed nią ukryć albo gdzie konfabulowali. Powtarzała, że im mniejsza ranga partyjna czy polityczna, tym mniej poprawek przy autoryzacji.

Denerwowała się, kiedy trzykrotnie posądzono ją o brak autoryzacji, na co by sobie nigdy nie pozwoliła.

Pani Torańska stosuje metody gangsterskie – powiedział eurodeputowany Adam Bielan, były rzecznik Prawa i Sprawiedliwości, na antenie TVN 24 w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim. Utrzymywał, że publikowany w „Newsweeku” wywiad ukazał się wbrew jego woli, bez jego zgody i z pominięciem autoryzacji.

Teresa Torańska po raz pierwszy poszła do Bielana 28 września 2010 r., odbyli wielogodzinną rozmowę wokół katastrofy smoleńskiej. Teresa mówiła, że pracuje nad książką „Smoleńsk”. Bielan twierdzi, że widzieli się trzykrotnie. Na dwóch spotkaniach nagrywali rozmowę.

Tekst do autoryzacji miał otrzymać półtora roku po pierwszej rozmowie. Jak utrzymywał w kolejnych wypowiedziach, nie spieszył się z autoryzacją, bo zgodnie z zapewnieniem Torańskiej książka miała się ukazać w piątą rocznicę katastrofy. Tymczasem Teresa powiadomiła Bielana, że chce opublikować wywiad w prasie, i ponaglała autoryzację. Wtedy doszło, zdaniem Bielana, do ich trzeciego spotkania, na którym miał się zdecydowanie sprzeciwić takiemu pomysłowi. Teresa twierdziła, że spotkań z Bielanem było więcej.

Tymczasem „Newsweek” zapowiedział, że publikuje tę rozmowę. Ukazała się 2 kwietnia 2012 r. z adnotacją: „Autorka przez kilka tygodni próbowała bezskutecznie autoryzować wywiad. Mimo licznych prób Teresy Torańskiej Adam Bielan unikał odpowiedzi i nigdy nie wskazał, co chciałby zmienić w tekście. Dopiero kiedy redakcja »Newsweeka« zdecydowała się na publikację wywiadu, zakwestionował cały tekst i zasypał autorkę oraz redakcję oświadczeniami zakazującymi publikacji i pismami, w których grożono nam procesami”.

Adam Bielan był w tym wywiadzie dość szczery. Mówił, że prezydent Lech Kaczyński łatwo się denerwował, bywał cholerykiem. O tym, że po wyborach 2005 r. Jarosław Kaczyński przestraszył się popularności Kazimierza Marcinkiewicza. Mówił o tym, jak na polecenie prezydenta chodził z Michałem Kamińskim do Jarosława Kaczyńskiego, aby przekonać go do ratyfikacji traktatu lizbońskiego. O tym, że żaden samolot, a zwłaszcza ważnych postaci w państwie, nie powinien lądować na tak fatalnie wyposażonym lotnisku jak to w Smoleńsku. I że Jarosław Kaczyński chciał, aby jego brat i bratowa zostali pochowani na Powązkach, w grobie ojca. Pomysłodawcą pochówku na Wawelu miał być Paweł Kowal. „Z politycznego punktu widzenia był to pewnie błąd, bo gdyby nie Wawel, Jarosław – być może – wygrałby wybory prezydenckie. Decyzja o Wawelu została źle przyjęta przez znaczną część społeczeństwa i zaczęła podmywać atmosferę jedności”, mówił Torańskiej.

Publikacja wywiadu wywołała burzę komentarzy, również Adama Bielana. W TVN 24 mówił, że wywiad był zmanipulowany, a Torańska popełniła przestępstwo. W TVP Info mówił: To nie jest mój wywiad. Torańska powtarzała, że wysłała wywiad do autoryzacji w styczniu, że nie odpowiadał na próby kontaktu, uznała więc, że nie ma zastrzeżeń do tekstu. Bielan powtarzał, że kiedy dowiedział się o chęci publikacji rozmowy w „Newsweeku”, próbował się kontaktować z Tomaszem Lisem, naczelnym, i z Torańską, ale nie reagowali na jego sprzeciw. Mówił też, że gdyby nie miał zagwarantowanej autoryzacji, w ogóle by tego wywiadu nie dał. A także ujawniał, że podczas rozmowy Teresa Torańska nie ukrywała negatywnego stosunku do Jarosława i Lecha Kaczyńskich, więc wyraźnie zastrzegł sobie prawo do autoryzacji. W końcu zagroził sądem i opublikowaniem „białej księgi korespondencji z Torańską”. Ona zaś odpowiadała: „Niech mi Adam Bielan wskaże miejsce w wywiadzie nieprawdziwe, w którym naruszyłam jego dobra osobiste lub weszłam w jego prywatność. Dziennikarz jest od tego, żeby przedstawiać ludziom poglądy polityka. Takie jakie są. To jest zadanie dziennikarza”.

Była już ciężko chora, kiedy rozpętała się ta afera.

Jarosław Kaczyński powiedział w Onet.pl: Mam własne zdanie na temat dziennikarstwa pani Torańskiej. Wykorzystała wywiad ze mną do książki „My” bez mojej zgody i autoryzacji. Spędziliśmy kilka godzin na autoryzacji i ja jej do późnej nocy tłumaczyłem, jak ta autoryzacja powinna wyglądać, a ona dała tekst, który sama napisała. Mój wywiad z Torańską był wariacjami na temat tego, co powiedziałem jej prywatnie. Gdyby Torańska opublikowała wywiad zgodnie z moją autoryzacją, to miałby on bardzo mało wspólnego z tym, co można przeczytać w książce „My”.

Jarosław Kaczyński zapomniał, że całą autoryzację wywiadu nagrała na taśmę. Jest tam wszystko – propozycje zmian, skreśleń, uzupełnień. Słuchałem tej taśmy. Miałem poczucie, że Teresa Torańska jest bardzo przychylna i godzi się na większość zmian. Fragment autoryzacji zachował się też w filmie Marii Zmarz-Koczanowicz o Teresie „My, Oni – Ja”, który z dziwnych powodów zaginął w archiwach telewizyjnych. Nie zachowały się nawet materiały wyjściowe.

Teresa napisała do Jarosława Kaczyńskiego list:

Panie Prezesie Kaczyński – mamy problem!

(…) Zgadzam się, że gdyby przeprowadzał Pan wywiad sam z sobą, to byłby to inny wywiad i Torańska byłaby niepotrzebna. Wystarczyłby Piotr Zaremba.

I tu, Panie Prezesie, mamy pierwszy problem. Bo Pan tego wywiadu mi udzielił, dobrowolnie, bez przymusu i chętnie Pan ze mną rozmawiał, choć brat Leszek żartował: „uważaj, ona cię przerobi”. Nie wiem, kiedy nasza rozmowa przestała się Panu podobać, stała się dla Pana wariacją tego, co powiedział prywatnie, i uznał Pan, że należy się jej wyprzeć.

I tu, Panie Prezesie, mamy drugi problem. Wyprzeć się będzie trudno. Zachowałam nagrania z naszej rozmowy, zachował się także wywiad przed i po autoryzacji.

Jedyne, co nie wzbudziło mojego sprzeciwu w Pana wypowiedzi, jest to, że rzeczywiście pracowaliśmy nad autoryzacją długo, do późnych godzin nocnych. I z sukcesem ją przeprowadziliśmy, skoro wywiad ukazał się w wydaniu książkowym, a Pan – dodatkowo – stał się dobrowolnie współbohaterem filmu „My, Oni – Ja” zrealizowanego przez reżyser Marię Zmarz-Koczanowicz i operatora Jacka Petryckiego. Film był kręcony częściowo przed, a częściowo po promocji książki „My” w 1994 r. Są w nim rozczulające sceny, jak Pan razem ze mną mozolnie wybiera zdjęcia do książki.

I tu, Panie Prezesie, mamy trzeci problem. Ze źródeł zbliżonych do Telewizji Polskiej doniesiono mi, że dokument ten zachował się w archiwach TVP. Nie będę nalegać, aby film ten TVP ponownie pokazała, ale nie mogę też Panu zagwarantować, że nie wycieknie on poza TVP. Bo jak Pan wielokrotnie mówił, w Polsce wszystko wycieka – nie tylko z TVP.

Wiem, że Pana miłosierdzie jest wielkie. Dlatego nie zdziwiło mnie, że wybaczył Pan T. Rydzykowi. „…nawet jeśli w przeszłości ojciec dyrektor mówił rzeczy, które łagodnie mówiąc, nie cieszyły. (…) Ojciec Rydzyk czas próby przeszedł pomyślnie”. Proszę więc, aby na podobnej zasadzie wybaczył Pan Adamowi Bielanowi „nieostrożne” rozmowy ze mną, tak jak i ja wybaczam Panu wszystkie nieprawdziwe słowa, które wypowiedział Pan pod moim adresem. Tłumaczę to sobie Pana intelektualną potrzebą ciągłej reinterpretacji przeszłości wedle orwellowskiej zasady „Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość”.

Serdecznie Pana pozdrawiam.
Teresa Torańska

Ps. Pragnę Cię, Jarku, pardon, Panie Prezesie (ja też dokonałam reinterpretacji przeszłości) poinformować, że książka „My” wyszła w wersji e-booka i robi furorę w sieci. Jest dostępna pod adresem www.toranska.com. Jako jednemu z bohaterów książki przysługuje Panu darmowy „egzemplarz”. Odpowiednie kody dostępu prześlę wkrótce na Pana adres.

Rozmawiałem o tym z Teresą we wrześniu 2012 r.

– Chyba po raz pierwszy ktoś chciał cię pozwać?

– Tak, nigdy wcześniej nikt mnie nie pozwał. Wiesz, nie pozwolę siebie tak traktować, uraziło mnie to, jak się wobec mnie zachował.

– Nazwał twoje metody pracy gangsterskimi.

– To już mnie zabolało. Grałam z nim w otwarte karty. Chyba nie myślisz, że nie powiedziałam mu, gdzie chcę tę rozmowę z nim wydrukować To śmieszne. Po co miałabym ukrywać, gdzie ją wydrukuje? Jeżeli cokolwiek ukryłam, to fakt, że nikt go nie chciał w „Gazecie Wyborczej”. Uważałam, że nie wolno się zachowywać tak jak on – od razu zaczął mnie straszyć prokuratorem.

– Julia Mincowa z „Onych” tylko pieskiem cię straszyła.

– Poszczuła mnie Dinką. Wszystkie psy tak nazywała.

– Krótko po Bielanie odezwał się Jarosław Kaczyński, też chciał cię pozwać za rzekomy brak autoryzacji.

– Nie pozwał. Zwłaszcza że ujawnione zostało nagranie filmowe, na którym razem wybieramy zdjęcia do tego wywiadu. Więc za co miał mnie pozywać? Za to, że autoryzował? A Bielan gdzieś przepadł. Przecież Bielanowi zależało na tym tekście, chciał i bał się równocześnie. Bał się oczywiście Kaczyńskiego, bo widocznie uznał, że za dużo powiedział. Po prostu wpadł w panikę.

– Zaskoczył mnie brak reakcji środowiska dziennikarskiego.

– W ogóle mnie to nie zaskoczyło. Jestem singlem, gram na siebie, a jeżeli pracuję na siebie, to nie oczekuję niczyjego wsparcia. Reakcje były, Helsińska Fundacja Praw Człowieka zadeklarowała pomoc, gdyby doszło do procesu. Mejle przychodziły bez przerwy.

– Jak jest z etyką dziennikarską?

– Dziennikarstwo stało się byle jakie, więc i etyka jest naciągana. Celem tego dziennikarstwa jest sprzedanie się. Dziennikarze zostali pozbawieni pamięci. Mówię ci, dziennikarze nie mają pamięci. Poza tym zaczynam wątpić w prasę drukowaną. Woda się leje z tekstów. Spróbuj wycisnąć jakikolwiek tekst z gazety codziennej przez sitko. Jakieś drobiazgi na nim zostaną. Resztki po faktach, po informacjach. Wodolejstwo. Byle oddalić robotę i sprzedać. Już się najwidoczniej popracować nie chce („Wolne”).

Anna Sobór-Świderska, autorka książki „Jakub Berman. Biografia komunisty”, wydanej przez IPN, i córka Bermana, Lucyna Tychowa, zarzucały Teresie publikację nieautoryzowanego wywiadu, ponieważ Teresa zakończyła go informacją, że Jakub Berman umarł podczas autoryzacji rozmowy.

Jednak w archiwum Teresy znalazłem maszynopis rozmowy z odręcznymi zmianami Bermana. Nie można uznać, że wywiad w ogóle autoryzowany nie był. Berman na pewno znał znaczną część jego treści.

Tuż po publikacji „Onych” mówiła Torańska w londyńskim kwartalniku „Puls” (zima 1985/86), że Berman zaczął mówić serio, dopiero kiedy dała mu do lektury sporządzony na podstawie wcześniejszych rozmów, fragmentaryczny tekst. – Miał charakter luźny, niezobowiązujący. Tego było ponad 100 stron. Dopiero od tego momentu zaczęła się rozmowa na ostro. I od tej pory dawałam mu do autoryzacji dłuższe fragmenty z rozmów poprzednich. Ostatnich już nie zdążyłam, bo umarł.

Lucyna Tychowa w książce „Tak, jestem córką Jakuba Bermana” mówiła: „A gdyby rzeczywiście były mu zadawane takie pytania – toby skończył rozmowę, wywiadu by nie było. I to nie jest tylko moje zdanie – pani Sobór-Świderska ma podobne wątpliwości”.

Teresa przeczytała książkę Sobór-Świderskiej i pod koniec lipca 2010 r. napisała do niej długi list, protestując przeciwko postawionym supozycjom. Uznała, że godzą w jej uczciwość i dziennikarską wiarygodność. Tłumaczyła, że starała się weryfikować każdą informację, zarówno w rozmowach z innymi uczestnikami opowiadanych przez Bermana zdarzeń, jak i w archiwach, a wówczas, w połowie lat 80., nie mając dziennikarskich uprawnień, bo przecież odmówiła zawodowej weryfikacji, nie miała dostępu ani do archiwum historii partii, ani archiwów zagranicznych. Przypomniała, że nie istniał Instytut Pamięci Narodowej, więc nie mogła mieć dostępu do zbiorów z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.

Sobór-Świderska w swojej książce z 2009 r. zaleca szczególną ostrożność w czytaniu wywiadu z Bermanem, bo „zmarł w trakcie autoryzacji”, a „w kilku miejscach można odnieść wrażenie, że autorka postawiła pytania post factum”. Torańska pyta więc, czy istnieją na to jakieś dowody i czemu miałoby to służyć.

Sobór-Świderska sugeruje też, że Torańska korzystała z relacji Bermana przechowywanej w Archiwum Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Bo i ona, i wywiad są dość podobne, co podważa jego wiarygodność.

Torańska prosi o udowodnienie postawionych zarzutów albo sprostowanie.

Anna Sobór-Świderska odpowiedziała trzy miesiące później grzecznym listem, uznając za swój błąd brak dowodu na stawiane zarzuty. Nie chciała podważać uczciwości czy zawodowej wiarygodności Torańskiej. Zaproponowała dokonanie zmian w kolejnym wydaniu książki, dziękując równocześnie za wskazanie nieścisłości, nieadekwatnego słownictwa i nieudokumentowanie zarzutów. Na tym ich spór się zakończył.

Roman Werfel autoryzował wywiad siedmiokrotnie, bo nie był pewny, co nie spodoba się cenzurze, a co dawnym kolegom. – Na siódme spotkanie w sprawie autoryzacji przyniosłam wersję pierwszą. Nie miał uwag.

Kontrowersje były również wokół rozmowy ze Stefanem Staszewskim, którego Teresa Torańska nazywała rozmówcą idealnym. Po publikacji książki „Oni” przez podziemny Przedświt Staszewski napisał do wydawnictwa, że zamieszczony wywiad nie był przez niego autoryzowany, a jego odpowiedzi są częściowo prawdziwe, częściowo zniekształcone lub zmyślone, podobnie jak pytania, które w czasie rozmowy nie padły. Informował, że nie został powiadomiony o publikacji rozmowy w książce. Protest Staszewskiego dotarł do Teresy, będącej wówczas w Paryżu, i jeszcze w listopadzie 1985, czyli tuż po jego liście do Przedświtu, napisała, że przecież miesiącami ponaglała o autoryzację i że uwzględniła przekazane jej ustnie poprawki. Dodała też, że sprawa zmian jest otwarta, i prosi, by Staszewski, jeśli nadal ma jakieś uwagi, przesłał lub przekazał je jej siostrze w Warszawie (podała jej numer telefonu). Staszewski w tym czasie zaczął kontaktować się z zagranicznymi dziennikarzami. Zachował się list belgijskiej dziennikarki do Jerzego Giedroycia, w którym informuje o stanowisku Staszewskiego i załącza jego oświadczenie. Giedroyc lojalnie przesyła całą korespondencję Torańskiej, dodając, że nie zamierza jej publikować. W swoim oświadczeniu, tłumaczonym na francuski, Staszewski powtarza zarzut, jaki przesłał wydawnictwu Przedświt, zaznacza, że Torańska rozmawiała z nim przez wiele miesięcy, nagrywając to na taśmę magnetofonową, a potem przyniosła mu 90 stron tekstu, który w całości odrzucił, kategorycznie zabraniając publikacji. Ponieważ nie podobała mu się całość, nie zamierzał tego ani autoryzować, ani redagować. Tłumaczy, że nigdy nie został poinformowany o planach publikacji w książce ani o jej pozostałych rozmówcach. Dodaje, że „starała się przyprawić mu gębę”. Jego list ukazał się w biuletynie „Komunikat”.

Staszewski napisał też do Torańskiej, że uznał za żart jej zdanie, jak dodał, „horrendalne”, jakoby była właścicielką tego tekstu. Zgodnie jednak z prawem prasowym dziennikarz jest właścicielem tekstu, również wywiadu.

Torańska tłumaczyła to zimą 1985/1986 w londyńskim kwartalniku „Puls”: Nie mogłam zmusić go, by usiadł i popracował. Było tego prawie 100 stron i wymagało pracy co najmniej na tydzień. Więc mnie zwodził, przekładał terminy, odkładał na potem. Raz przyniosłam mu tekst – zabrano mu podczas rewizji. Dostarczyłam kopię i znowu upłynęło kilka miesięcy. Raz mówił, że przysiądzie po świętach, innym razem, że właśnie wyjeżdża na wczasy i tam będzie pracował itd. Czułam, że coś kręci, więc dlatego kopię wywiadu zaniosłam mu ze swoim przyjacielem, żeby mieć świadka. Muszę jednak dodać, że jego opory dotyczyły tylko wyrażenia swoich opinii na piśmie, bo rozmawiał dalej ze mną chętnie, dogrywając swoje uzupełnienia na magnetofon. Oburzył się dopiero wtedy, gdy ukazał się tekst w druku, nakładem Przedświtu. Słowem, prowadził złożoną grę, której sensu nie mam zamiaru dociekać.

Rozdział z książki Remigiusza Grzeli Podwójne życie reporterki. Fallaci. Torańska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2017

CZĘŚĆ PIERWSZA W POPRZEDNIM NUMERZE

Wydanie: 52/2017

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy