Człowiek z teczki

Człowiek z teczki

W „Krecie” wszystko jest jak z „Bolkiem” – oficer bezpieki przechowuje w domu teczkę kompromitującą bohatera Solidarności


Rafael Lewandowski
 – reżyser i scenarzysta filmowy (ur. w 1969 r. we Francji). Studiował na Sorbonie, potem na wydziale reżyserii państwowej szkoły filmowej La Fémis. We Francji i w Polsce nakręcił kilka nagrodzonych filmów dokumentalnych. Jego debiutem fabularnym był „Kret”.

Pięć lat temu na ekrany wszedł „Kret”, w którym opowiedział pan o bohaterze solidarnościowej opozycji uwikłanym we współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa. Pan się urodził we Francji, a mimo to wykazał się niezwykłą wrażliwością na problemy moralne, o których dzisiaj mówi cała Polska. Choć to nie Lech Wałęsa jest pierwowzorem bohatera pańskiego filmu, wszystko jest jak z „Bolkiem” – współpraca z SB, bohaterstwo w czasach Solidarności. A po 30 latach okazuje się, że były oficer bezpieki ma w domu teczkę z kompromitującymi bohatera dokumentami.

– „Kret” jest przede wszystkim filmem o tym, jak system polityczny, który panował w Polsce w latach 1945-1989, potrafił niszczyć ludzi, i w jaki sposób jego konsekwencje są odczuwalne w naszym dzisiejszym życiu. To „zatrute dziedzictwo przeszłości” psuje teraz naszą teraźniejszość i zagraża przyszłości. Zygmunt, ojciec mojego bohatera, grany przez Mariana Dziędziela, przywódca strajku w kopalni w 1981 r., stał się ofiarą Służby Bezpieczeństwa i reżimu komunistycznego, gdyż musiał wybierać między bohaterstwem a chronieniem rodziny. Chciał za wszelką cenę uratować chorą żonę i dlatego zgodził się na współpracę z SB. „Kret” jest filmem o rodzinie, a szczególnie o relacjach ojca i syna na tle polityki oraz narodowej historii. Podpisując lojalkę, Zygmunt miał nadzieję, że nie spowoduje ona tragicznych skutków, że szybko się z niej wycofa i poświęci się aktywnej działalności przeciwko ustrojowi komunistycznemu. Nie miał jednak świadomości, że współpraca z SB to pakt z diabłem, rzucenie się pod pociąg, który nie przejechał go w czasach solidarnościowych, lecz o wiele później, we współczesnej Polsce.

A dlaczego po 1989 r. ojciec mojego bohatera przemilczał swoje postępowanie? Moim zdaniem, dlatego że nigdy nie powstała w naszym kraju żadna przestrzeń publiczna do spokojniej debaty na ten temat. W RPA po upadku apartheidu stworzono komisję Prawda i Pojednanie. W Polsce była gruba kreska, zamknięcie archiwów, dzika i ohydna lustracja. Dlatego zamiast rzetelnej dyskusji o najnowszej historii Polski mamy oskarżenia, pomówienia, lapidarne stwierdzenia i czarno-biały obraz przeszłości. Poziom agresji w publicznych rozmowach o lustracji jest tak duży, że są tylko bohaterowie i szuje. Dla wielu osób teczki stały się bronią w ideologicznej wojnie o władzę, a dla byłych ubeków i szefów dawnego aparatu bezpieczeństwa – narzędziami ohydnych szantaży. Smutne to wszystko.

„Kret” jest pierwszym filmem o „człowieku z teczki”?

– Opowiada o wielkim dramacie ludzi, którzy kiedyś podjęli się współpracy z bezpieką. Ten film nie usprawiedliwia domniemanych agentów, ale pozwala inaczej na nich spojrzeć, zrozumieć powody ich postępowania. Nie chodzi mi o usprawiedliwianie tych, którzy donosili na kolegów. Chcę powiedzieć, że w większości przypadków za każdym „człowiekiem z teczek” kryje się jakiś dramat – również za Wałęsą. Dla mnie Zygmunt był i jest przede wszystkim ofiarą systemu politycznego.

Dlaczego żaden polski reżyser nie zrobił takiego filmu?

– Jestem Polakiem, a może dokładniej pół-Polakiem i pół-Francuzem. W Paryżu skończyłem studia filmowe, ale od prawie 15 lat mieszkam w Polsce i uważam się za reżysera polsko-francuskiego. Ta podwójna tożsamość daje mi przewagę patrzenia z dystansu na polskie sprawy polityczne i społeczne. Może zauważam to, czego Polacy starają się nie widzieć? Nie obchodzą mnie stereotypowe opinie, uciekam od radykalnych poglądów. Postanowiłem przypatrzyć się człowiekowi oskarżonemu po latach o współpracę z bezpieką, pokazać, jakie mogą być konsekwencje takiego postępowania i jak do dziś można być z tego powodu szantażowanym. Tego w polskim kinie dotychczas nikt – poza Michałem Rosą w „Rysie“ – nie zrobił. Pokazuję, jak poprzedni system stawiał ludzi przed nieprawdopodobnie trudnym wyborem. Uczestniczenie w kreciej robocie nie musiało oznaczać sprzedania się reżimowi. Wielu tajnych współpracowników było przede wszystkim zakładnikami systemu totalitarnego. O tym nie powinniśmy nigdy zapominać. Tworząc scenariusz „Kreta”, chciałem z siebie wyrzucić to, co myślę o wewnętrznych polskich konfliktach. A są one bardzo ostre, bolesne i niszczycielskie.!

Czy Zygmunt, przywódca strajku i równocześnie współpracownik SB, miał jakieś wyjście? Umiera mu żona, bezpieka zabrania lekarzom przeprowadzenia operacji, bo mąż jest działaczem Solidarności. Czy mógł postąpić inaczej?

– Sam nie wiem. Może powinien pójść do kopalni i powiedzieć, że jest przez esbecję szantażowany? Czy to uratowałoby jego żonę od śmierci? Nie wiem. Zygmunt wybrał współpracę, bo rodzina była dla niego wartością najwyższą. „Kret” jest filmem o moralnej odpowiedzialności za rodzinę, o miłości do najbliższych, do żony, do syna. Współpracę z bezpieką Zygmunt podjął w imię tych celów.

O tym, że Zygmunt współpracował z bezpieką pod pseudonimem „Kret”, dowiadujemy się 30 lat później. Jeden artykuł w gazecie niszczy całe jego życie. A więc jest tu też o odpowiedzialności dziennikarzy.

– O dramatach dzikiej lustracji, o tym, do jakich tragedii może dojść po ujawnieniu przez dziennikarzy domniemanej zawartości teczek. Chciałem pokazać to, czego nie widać w mediach, w czasie gdy dana osoba jest publicznie oskarżana o współpracę, wskazać związane z tym konsekwencje w jej życiu rodzinnym. Niełatwo zadecydować, czy ważniejsza jest prawda, czy dobro najbliższych.

Po pięciu latach okazuje się, że „Kret” jest nadal aktualny. Śledzi pan to, co obecnie dzieje się wokół Lecha Wałęsy?

– Tak, ale muszę przyznać, że do tego stopnia boli mnie poziom obecnej debaty politycznej nad tą sprawą i innymi problemami związanymi z naszą najnowszą historią, że coraz bardziej boję się czytać krajowe informacje. Czy do końca świata chcemy się babrać w przeszłości i niszczyć teraźniejszość? Każdy chce coś zyskać na tych rozliczeniach, a tymczasem wszyscy tracimy. Ubeckie teczki otwiera się nie po to, aby poznać mechanizmy minionego systemu i jego perfidnej złożoności, ale by komuś przyłożyć. Nasze społeczeństwo dzieli się coraz mocniej, radykalizuje się w wyniku dyskusji o tych kwestiach, a populiści są górą.

Jak długo w Polsce będą straszyły demony przeszłości?

– Okazuje się, że są coraz liczniejsze i coraz wyraźniej obecne w naszej codzienności. Nie ma teraz tygodnia bez afery, oskarżeń lub rewelacji o stanie wojennym, o okresie stalinizmu albo o II wojnie światowej. Przeszłość ciąży na nas w sposób zdumiewający. Sam czuję się jak bohaterowie „Kreta”, którzy noszą ciężkie worki przepełnione używanymi ubraniami. Zamiast je wreszcie otworzyć i uczciwie powiedzieć, co w nich się znajduje, tworzymy teorie spiskowe i zastanawiamy się, co może w nich być. Mam niestety wrażenie, że w dzisiejszej Polsce coraz większa liczba ludzi dąży do tego, aby historia była pisana i opowiadana w sposób jednoznaczny i traktowana jako instrument polityki, a nie wiedzy. Przeszłość naszego kraju, jak każdego innego, nigdy nie była ani nie będzie czarno-biała. Inaczej pogłębiamy podziały, otwieramy kolejne fronty wojny polsko-polskiej, uniemożliwiamy prowadzenie dialogu i nie przestrzegamy zasad tolerancji.

Należy obronić Wałęsę?

– Powinniśmy poznać okoliczności, w jakich prosty robotnik stał się liderem największego ruchu oporu przeciwko systemowi komunistycznemu w naszej części Europy. Trzeba też zrozumieć, jakiej presji i manipulacji był poddawany, jak próbowano go zniszczyć, jakie przeżywał załamania. Bohaterowie zawsze mają jakieś rysy, ciemne strony, momenty zagubienia, są istotami ludzkimi, a nie mitycznymi stworami. Należy jasno powiedzieć całemu społeczeństwu, że mimo dokumentów, które najprawdopodobniej Wałęsa podpisał na początku lat 70., i wielu błędnych decyzji, które podjął w latach 90., człowiek ten miał ogromny wpływ na to, że żyjemy dzisiaj w wolnym kraju.

fot. Dawid „Bilans” Galiński 

Wydanie: 9/2016

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. jacek Nadzin
    jacek Nadzin 11 marca, 2016, 05:57

    Racja, racja….a potem już klaszczne: „Zyjemy dziś w WOLNYM KRAJU”.
    A ja mam ochotę zawsze zapytać, naprawdę? Wolność to krzyki na stadionach, Zydzi do pieca? Wolność to Młodzież Wszechpolska? Wolność to Korwin Mikke?Wolność to udział Wojska Polskiego w wojnach USA? Wolność to Radio Maryja?
    Dla mnie ta WOLNOSC duzo nie znaczy.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy