Cztery grupy radykałów

Cztery grupy radykałów

Dlaczego w Polsce rośnie zapotrzebowanie na hasła naprawy Rzeczypospolitej

Szlagier nr 1 obecnego sezonu politycznego – „lista” (zasobów IPN?, konfidentów? agentów? kandydatów na agentów?) – wylansowany przez Redaktora Bronisława Wildsteina rozsławił jego imię. Sądząc po zawartości dzienników, tygodników, programów TV można odnieść wrażenie, że Redaktor Wildstein, jego lista, lustracja i teczki to główny problem Rzeczypospolitej. Wszakże nie kwestionując doniosłości całego wydarzenia ani też nie podważając opinii o wybitnej w nim roli wspomnianej osoby, warto zwrócić uwagę na dwie ważne okoliczności.
Po pierwsze, na to, że sposób myślenia, który doprowadził do wybuchu „afery z listą”

i rozkwitu idei lustracji

jako królewskiej drogi do naprawy Rzeczypospolitej, nie jest wcale niczym wyjątkowym. Przeciwnie, liczne grono polityków, publicystów, naukowców, duchownych, a także zwykłych obywateli uznaje go za trafny.
Po drugie, ów sposób myślenia nie pojawił się znikąd – istniał w Polsce od dawna, a jego główni propagatorzy wcale się z nim nie kryli. Wszakże powinno nas zastanowić, że właśnie teraz wpisał się na czołowe miejsce naszej politycznej agendy.
Główne elementy tego sposobu myślenia można przedstawić następująco:
– Sprawy w Polsce idą źle. Państwo jest moralnie niszczone od środka. Korupcja, bezprawie, rozkradanie majątku narodowego, prywata, ciemne machinacje rządzących osiągnęły zastraszający poziom.
– Podstawowym źródłem owego zepsucia moralnego jest przeniknięcie do elit władzy – zarówno na najwyższym szczeblu, jak i na niższych – ludzi starego reżimu. Dotyczy to nie tylko systemu władzy, a także innych znaczących dla społeczeństwa instytucji. Co gorsze, do owych elit przeniknęli nie tylko jawni funkcjonariusze reżimu, lecz także wielu tajnych jego agentów. To oni opletli swymi mackami różne ważne urzędy, organizacje gospodarcze, organy wymiaru sprawiedliwości, sferę nauki, kultury i edukacji. Swym perfidnym postępowaniem przyczynili się do demoralizacji części środowisk dawnej opozycji, która znalazła się w kręgach elit.
– Naprawa Rzeczypospolitej wymaga wytoczenia bezwzględnej walki owemu zepsuciu moralnemu. Jednym z głównych celów tej walki jest oczyszczenie życia publicznego z ludzi zdemoralizowanych i skorumpowanych, a wprowadzenie na to miejsce ludzi uczciwych. Oznacza to konieczność zdemaskowania ukrytych agentów, a więc tych, którzy reprezentują prawdziwe dno moralne. W tym kontekście ujawnienie „listy” to czyn prawdziwie patriotyczny, ponieważ będzie on stanowił potężny impuls do oczyszczenia państwa.
– Likwidacja macek agentury i powiązanej z nią nomenklatury, które

oplatają nasz kraj,

to wielkie zadanie polityczne i moralne. Jego realizacja nie może się obejść bez ofiar – także niewinnych. Ale jaki wielki cel udało się zrealizować bez ofiar?
– Realizacja takiego zadania musi pociągnąć za sobą gruntowną zmianę stosunków, które ukształtowały się po obaleniu poprzedniego ustroju („komunizmu”) i przybrały formę Trzeciej Rzeczypospolitej. Dlatego powstaje konieczność zbudowania Czwartej.
Przedstawiony tu sposób myślenia zawiera diagnozę sytuacji w kraju i program zmian. Jego główne składniki są dobrze znane, ponieważ pojawiały się już w wielu innych podobnych konstrukcjach z naszej własnej historii, jak też z doświadczenia innych krajów. Jest to połączenie pewnej wersji spiskowej teorii życia społecznego, moralnej frazeologii i politycznego radykalizmu. Radykałowie różnych politycznych wyznań miewają podobną wizję rzeczywistości: panujące zepsucie, ukryta siatka agentów (np. imperializmu, syjonizmu, komunizmu), konieczność zburzenia istniejących stosunków dla zbudowania nowych, moralnie czystych.
Fakt, że opisany tu sposób myślenia zdobył obecnie w Polsce znaczny rozgłos, a także znaczny stopień poparcia, nie jest przypadkowy. Sądzę, że przebieg zmian, jakie następowały w Polsce w trakcie ubiegłego 15-lecia, stworzył w różnych kręgach społecznych zapotrzebowanie na „myślenie radykalne”. Można wskazać co najmniej cztery takie kręgi.
Pierwszy to krąg ludzi, którzy czują się

poszkodowani i zawiedzeni

tym, czego w Trzeciej Rzeczypospolitej doświadczyli. Jest to bardzo liczna zbiorowość. Ma ona przeświadczenie, że obietnice składane na początku transformacji, a także przez każdą nową ekipę rządową nie są realizowane, owoce zwycięstwa zaś zawłaszczyła wąska grupa uprzywilejowanych. Od dawna wielu naukowców i publicystów zwracało uwagę na to, że związane z tym przeświadczeniem poczucie krzywdy jest glebą politycznego radykalizmu. Ostrzeżenia te i sygnały zbywane były lekceważeniem. W rzeczywistości nie powstał żaden projekt polityczny zaadresowany do problemów grup pokrzywdzonych. Wygląda na to, że egoizm „dobrze urządzonych” w nowym systemie znieczula ich na problemy tych, którzy doznali niepowodzenia. Dla tych ostatnich „myślenie radykalne” może się okazać bardzo pociągające. Daje ono pewne wyjaśnienie przyczyn zawodu, który ich spotkał, i proponuje prostą receptę naprawy obecnej złej sytuacji.
Drugi krąg ludzi otwartych na radykalny sposób myślenia to rzesze tych, którzy z przykrością i wstrętem przyglądają się temu, co się dzieje na scenie publicznej w naszym kraju. Z obrad specjalnych komisji sejmowych i sesji plenarnych parlamentu, z prokuratury, od dziennikarzy śledczych, z posiedzeń rad nadzorczych korporacji dochodzi do nich nieustanny strumień informacji o oszustwach, manipulacjach, kłótniach, kłamstwach, milionowych przekrętach itp. Nie wiadomo, które z tych oskarżeń są prawdziwe i na ile są prawdziwe, na ile trafnie opisują one główny nurt politycznego i gospodarczego życia w naszym kraju, a w jakim stopniu są one przejawem bezwzględnych walk, które toczą między sobą różne ośrodki władzy politycznej i gospodarczej. A także co w tym wszystkim jest faktem rzeczywistym, a co medialną kreacją tworzoną zgodnie z logiką rywalizacji na rynku mediów. Wszakże wszystko to razem budzi głęboki niesmak i podważa nadzieję, że w tej Sodomie można będzie znaleźć dziesięciu sprawiedliwych. Skoro zaś nie można, to niech już ją raczej ogień pochłonie. Tak więc podkładanie ognia pod Trzecią Rzeczpospolitą wydaje się działaniem usprawiedliwionym.
Trzecim kręgiem podatnym na „radykalne myślenie” są liczne grupy młodzieży. Młodzież, która pojawiła się na rynku pracy w ostatnich latach, znalazła się w zupełnie innej sytuacji niż młodzież poprzedniej dekady. Na początku lat 90. świat

przed młodzieżą stanął otworem

– 20-latkowie robili błyskawiczne kariery. Teraz, po 15 latach transformacji, wiele dróg awansu jest już zamkniętych. Wprawdzie sytuacja nie wygląda tak beznadziejnie jak kiedyś (choćby w latach 80.) – teraz gospodarka się rozwija, a otwarcie granic Europy stwarza nowe możliwości dla wielu młodych ludzi. Ale jest niemało takich, którzy nie widzą dla siebie perspektyw życiowych. Dla nich wizja radykalnej zmiany społecznej i związanych z nią czystek na wszystkich szczeblach hierarchii społecznej może tworzyć obiecującą perspektywę.
Wreszcie wypadałoby wspomnieć o jeszcze jednym kręgu ludzi, dla których radykalne zmiany wydają się atrakcyjne. Są to osoby, które w swoim czasie były związane praktycznie lub tylko duchowo z ruchem „Solidarności”, ale nic z tego nie mają (a w każdym razie nie na miarę swoich aspiracji). Wielu z nich patrzy z oburzeniem na to, że w ich otoczeniu ludzie związani z dawnym systemem mają się lepiej niż oni. Toteż nie mogą darować swoim dawnym przywódcom, że wymiana elit dokonana po Okrągłym Stole nie była dość gruntowna. Dlatego z wielką nadzieją oczekują na drugi etap rewolucji.
Powyżej starałem się uzasadnić tezę, że we współczesnej Polsce jest zapotrzebowanie na radykalne myślenie i radykalną politykę. Przez pewien czas na to zapotrzebowanie odpowiadała formacja polityczna

o charakterze plebejskim

zorganizowana w ruchu Samoobrony. Obecnie jesteśmy świadkami szybkiego rozwoju i konkretyzacji ideologii radykalnych zmian, zaadresowanej do środowisk bardziej zróżnicowanych – do inteligencji, mieszczaństwa i do kręgów robotniczych, a także biznesowych. Partie polityczne rywalizują między sobą o to, która z nich potrafi lepiej zagospodarować ów potencjał radykalizmu istniejący w społeczeństwie. Ale chodzi nie tylko o podział tego, co jest. Chodzi także o powiększenie politycznych zasobów. Temu powinny służyć działania, które ów potencjał radykalizmu poszerzą. A także w określony sposób ukierunkują.
To, co się obecnie dzieje, można więc rozpatrywać jako społeczny proces mobilizacji radykalizmu. W tym procesie ważną rolę odgrywają politycy, media oraz inne instytucje lub ich przedstawiciele. Są też pewne postacie – politycy, dziennikarze, naukowcy – które szczególnie zaangażowały się w ten proces. Na proces ten składa się przede wszystkim kształtowanie katastroficznego obrazu stosunków panujących w naszym kraju i jego sytuacji. Nawet wtedy, gdy pojawiają się jakieś dobre wiadomości, można usłyszeć chór głosów powątpiewających lub kwestionujących ową wiadomość – tak było np. wtedy, gdy się okazało, że wykorzystujemy fundusze unijne lepiej niż wiele innych krajów. Ważna jest także waga, jaką przypisuje się zjawiskom negatywnym. W wielu wypadkach można odnieść wrażenie, że politycy i media posługują się specjalnym szkłem powiększającym wtedy, gdy opisują takie zdarzenia.
Bardzo ważnym składnikiem owej kampanii mobilizacji radykalizmu jest psychoza wszechobecności agentów. Psychozie tej dobrze służą afery wokół teczek. A już szczególnie wielką zasługę w jej umacnianiu ma owa „lista”, o której mówiliśmy na początku. Kampanii tej towarzyszą gromkie wezwania do „rozliczeń”.
Kampania ta jest całkiem skuteczna. Jak wynika z badań PBS, na zlecenie Rzeczpospolitej, w styczniu 2005 r. za powszechnym

dostępem do teczek

opowiadało się 43% respondentów, miesiąc później – blisko 61%!
Podstawowym efektem takiej kampanii jest narzucenie pewnej optyki na polskie sprawy i wytworzenie pewnych reguł wypowiadania się na ich temat, innymi słowy, tworzenie nowych norm poprawności politycznej. Normy te mają obezwładniać przeciwników. I obezwładniają. Widać to np. w programach telewizyjnych, w których spotykają się zwolennicy i przeciwnicy tego sposobu myślenia. Ci pierwsi są pewni siebie, dominujący, przekonani o swej słuszności. Ci drudzy jacyś nieśmiali, dający się zakrzyczeć. Nawet wtedy, gdy są to osoby o uznanym autorytecie.
Mówiąc o kampanii, można tworzyć mylne wrażenie, że istnieje jakiś ośrodek nią sterujący. Tak było w systemach monocentrycznych, autorytarnych. W społeczeństwie pluralistycznym taki proces dokonuje się spontanicznie. Mechanizmy takiego procesu są opisywane w literaturze socjologicznej (np. jako teoria wylania się norm Turnera i Kiliana) i w literaturze psychologicznej. Obserwacje i analizy pokazują, że głośna, pewna siebie, stanowcza mniejszość może zdominować dyskurs publiczny, co sprawia, że przyłącza się do niej coraz więcej zwolenników. Wygląda na to, że ten właśnie proces obserwujemy obecnie w naszym kraju.
Potrzeba poważnych zmian w funkcjonowaniu państwa i w sposobach uprawiania polityki z pewnością nie jest

wymysłem lustracyjnych radykałów.

Gołym okiem widać, że mamy w Polsce do czynienia z poważnymi schorzeniami. Kwestią istotną jest jednak pytanie, czy diagnoza tych schorzeń jest trafna i czy terapia ma szanse przynieść oczekiwane ozdrowieńcze rezultaty. Zastanówmy się, jakie są podstawy głównych składników owej diagnozy.
Oto, jak wyżej mówiliśmy, diagnoza ta zwiera tezę, że podstawową przyczyną „psucia” państwa jest siatka ukrytych agentów powiązanych z „przefarbowaną” nomenklaturą. Na jakich faktach opiera się ta teza? Jakie przedstawiono na jej poparcie dowody – dowody dostatecznie rzetelne, aby mogły przekonać niezależnych ekspertów.
Czy tym dowodem mogą być nieprawości ludzi, którzy objęli różne stanowiska z ramienia SLD? Ale wtedy powstaje pytanie: na co miałyby być dowodem nieprawości ludzi nominowanych przez AWS i przez wcześniejsze wcielenia tej samej formacji? Że ci ostatni ulegli demoralizującym wpływom tych pierwszych? Albo, jak napisał niedawno jeden z uczestników owej kampanii, że w rzeczywistości byli już dawniej agentami, ale nie zostało to ujawnione z powodu braku lustracji. Śmiały domysł. Warto by jednak sądy o rzeczywistości budować na mocniejszych – intelektualnych i empirycznych podstawach, a nie tylko na własnych domysłach.
Co się tyczy złowrogiego wpływu tajnej agentury na życie polityczne w Polsce, to w tej sprawie nasz sąd możemy oprzeć na mocniejszych faktach. Ich źródłem są dane pochodzące z najbardziej wiarygodnej w tej mierze instytucji – z Urzędu Rzecznika Interesu Publicznego (a nie spod dużego palca zaangażowanych politycznie naukowców).
W jego sprawozdaniu przedstawionym w ubiegłym roku podaje on, że otrzymał około 26 tys. oświadczeń lustracyjnych, z czego rozpatrzył ok. 15 tys. Na koniec 2003 r. znalazł 496 przypadków osób, które figurowały w materiałach operacyjnych byłych służb specjalnych, a nie przyznały się do związków z nimi. Jak stwierdza cytowany dokument, „Najliczniejszą wśród nich grupę stanowią adwokaci (300 osób), następną parlamentarzyści (50 osób), sędziowie (46 osób) i prokuratorzy (22 osoby); innych osób publicznych poza wymienionymi było 78”.
Już same proporcje przedstawionych tu liczb (ok. 500 na 15 tys. – zaledwie 3%) wskazują na skalę zjawiska, przy czym, jak się okazuje, chodzi przede wszystkim o adwokatów. Ale i te liczby mogą nas zmylić, ponieważ występowanie w materiale operacyjnym nie jest żadnym

dowodem tajnej współpracy.

Dowody takie rzecznik musi zebrać. Pozwoliło mu to w roku 2003 skierować do Sądu Lustracyjnego 27 spraw. Ale w dokumencie dodane jest następujące zastrzeżenie: „Przesłanką, jaka obliguje Rzecznika do wystąpienia do Sądu z wnioskiem o wszczęcie postępowania lustracyjnego, jest już sama możliwość złożenia… niezgodnego z prawdą oświadczenia, co nie jest równoznaczne… z wnoszeniem przez prokuratora aktu oskarżenia”.
Każdy powinien zadać sobie pytanie, jak te fakty przedstawione przez rzecznika mają się do wizji najważniejszych instytucji kraju przesyconych komunistyczną agenturą odpowiedzialną za zepsucie państwa.
Informacje powyższe dotyczą centralnego szczebla władzy. Ale może na niższych szczeblach jest inaczej? Może. Ale na czym, oprócz anegdot i domysłów, te dowody się opierają?
Rozpowszechniania jest teza, że i życiem gospodarczym zawładnęły w Polsce nomenklatura i agentura. Tak na oko można stwierdzić, że wiele ludzi związanych z dawnym systemem umiało dobrze się przystosować do warunków gospodarki rynkowej. Ale czy daje to podstawę do stwierdzenia, że nią „zawładnęli”? Przyjrzyjmy się liście najbogatszych Polaków publikowanej przez tygodnik „Wprost”. Ilu znajdziemy na niej ludzi, którzy mieli jakieś prominentne stanowiska w dawnym systemie i przekształcili je na ekonomiczny kapitał?
A jeśli weźmiemy główne media w Polsce: dzienniki, tygodniki, stacje telewizyjne – które z nich są zarządzane przez ludzi dawnego systemu?
Promotorzy radykalnej ideologii powiedzą, że być może są, ale my o tym nie wiemy, bo nie przeprowadziliśmy lustracji. Są nawet na to pewne „dowody” – np. fakt, że w „Gazecie Wyborczej” pracował jako redaktor agent bezpieki, Lesław Maleszka. I o zgrozo! Mimo zdemaskowania pracuje nadal, tylko jako adiustator i w swoim własnym mieszkaniu. Cóż to jednak jest za dowód? Czy ktoś będzie na serio twierdził, że fakt ten mógł mieć jakikolwiek wpływ na linię gazety i rolę, jaką odegrała i odgrywa w naszym kraju? Że „hipoteza agentury” może mieć tu jakiekolwiek sensowne zastosowanie?
Jeśli już chcemy puścić wodze fantazji, możemy wymyślić niejedno. Np. że wśród najgorętszych zwolenników lustracji są ludzie, którzy będąc kiedyś agentami,

nie boją się zdemaskowania,

ponieważ wiedzą, że ich teczki zostały zniszczone. Jest to oczywiście podła insynuacja. Niestety, rzecz polega na tym, że w tym kręgu myślowym z insynuacjami mamy do czynienia co krok.
Obrońcy toczonej obecnie kampanii teczkowej i „listy Wildsteina” odrzucą całkowicie przedstawione wyżej rozumowanie. Nie chodzi bowiem, jak twierdzą, o jakąś akcję polityczną, lecz o coś zupełnie innego. O co mianowicie?
Jak się dowiadujmy, chodzi tu o cele moralne: o ustalenie prawdy, o naprawienie krzywd, o zadośćuczynienie elementarnemu poczuciu sprawiedliwości. Wszakże trudno sobie wyobrazić, aby cała akcja miała rzeczywiście wiele wspólnego z tymi celami. Może takie były intencje jej inicjatora i jego zwolenników? Fakty, z którymi mamy tu do czynienia, nie dają nam wielkich szans na taką interpretację.
Mowa jest o dążeniu do prawdy – chodzić ma o pełne ukazanie mechanizmów zniewolenia właściwych poprzedniemu ustrojowi. Nasuwa się pytanie: kto może wyobrażać sobie, że prawdę historyczną, prawdę o ludzkich losach, prawdę o mechanizmach działania systemu odkrywa się nie przez staranne dociekania historyków, lecz

w zgiełku publicznych awantur,

oskarżeń rzucanych na ślepo, przez uruchamianie podejrzeń, których nie ma komu sprawdzać i prostować? Że wiedzę o przeszłości można pogłębić dzięki włączeniu w proces ustalania prawdy walczących ze sobą frakcji i grup, konkurentów i rywali, dając im do ręki dokument, który można czytać, jak się komu podoba? Albo dzięki temu, że dostęp do zapisów sprzed 20, 30 czy 40 lat umożliwi się ludziom nieposiadającym wiedzy o okolicznościach, w których te zapisy były dokonywane? I to ma być właśnie służenie prawdzie?
Mowa jest o naprawieniu krzywd. Powstaje pytanie: jaki sens moralny ma naprawianie czyichś krzywd, jeśli ceną takiego naprawiania jest krzywda znacznej, choć trudnej do oszacowania liczby niewinnych ludzi? Na cenę taką łatwo godzą się ludzie, którzy uznają, że to, co dotyczy „moich” (czy „naszych”) krzywd, ma bezwzględny priorytet wobec wszelkich innych. Dlatego z dezynwolturą mogą się wypowiadać o kosztach (moralnych, materialnych, psychologicznych) ponoszonych przez inne osoby. Jest to dobrze znana postawa wszelkiego typu „mścicieli”, którzy głoszą, że działają w imieniu wyższych wartości.
Mowa jest o realizacji zasad sprawiedliwości. Czy to wyjaśnienie można przyjąć za dobrą monetę? Jak wiadomo, w dość długim historycznym procesie kraje cywilizowane wypracowały bardzo staranne procedury, które mają zapewnić sprawiedliwy osąd ludzkich czynów. Te procedury utrwalone są w systemie prawnym każdego praworządnego państwa. Afera z listą, odwołując się do „ludowej sprawiedliwości”, za nic ma te procedury.
W dyskusjach publicznych pada jeszcze jeden argument w obronie „listy”. Powiada się, że jakoby większość społeczeństwa opowiada się za lustracją. Jest to dość mylący argument.
W latach 1994-2002 CBOS pięciokrotnie zadawał swoim respondentom pytanie: „Czy Pana(i) zdaniem, powinno się obecnie przeprowadzić w Polsce lustrację, to znaczy sprawdzać, czy osoby pełniące ważne funkcje w państwie nie współpracowały w przeszłości ze Służbą Bezpieczeństwa, czy też nie powinno?”. Na to pytanie we wszystkich badanych latach z wyjątkiem roku 1997 otrzymano

tę samą niemal proporcję odpowiedzi:

56 lub 57% respondentów odpowiedziało: „Zdecydowanie tak” lub „Raczej tak”. Czy dane te można zinterpretować jako poparcie dla nieograniczonej lustracji? Jest to interpretacja nieuprawniona przez cytowane tu dane.
Po pierwsze, pytano nie o powszechną lustrację, lecz o „osoby pełniące ważne funkcje w państwie”. W roku 2002 pytano także o wyłączenie spod lustracji pewnych kategorii osób (współpracowników wywiadu, kontrwywiadu PRL i służb ochrony granic) – było temu przeciwnych tylko 31% badanych osób. Nie wynika z tego poparcie powszechnej lustracji.
Po drugie, każdy kto interpretuje wyniki badań społecznych musi się zastanowić, jakie znaczenia przypisują respondenci zadawanym pytaniom. W tym przypadku dotyczy to m.in. następującej kwestii: czy respondenci pytani o poparcie dla lustracji mówią o tym samym, co politycy?
Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że dla ogromnej większości zwykłych ludzi fakt składania donosów na swoich kolegów czy przyjaciół jest podłością. Jeszcze większą, gdy w wyniku tych donosów osoby z otoczenia zostały poddane prześladowaniom. Dlatego donosiciel spotyka się z powszechną pogardą i żadna grupa społeczna nie chce mieć donosicieli w swoim gronie. Jeśli więc lustracja ma oznaczać ujawnianie donosicieli, to z pewnością wielu ludzi uzna ją za potrzebną i sprawiedliwą. Wszakże ta postawa nie musi być tożsama z chęcią kompromitowania ludzi, którzy znalazłszy się pod presją aparatu przemocy, mieli chwilę słabości. Ani takich, którzy złożyli jakiś podpis, ale nigdy na osoby ze swego otoczenia nie donosili. Ani takich, którzy kiedyś się załamali, ale odkupili to później swoim życiorysem.
Otóż rzecz w tym, że w rękach wielu polityków lustracja jako narzędzie polityczne pozbawiona jest tego rodzaju rozróżnień. Posługują się kategorią „współpraca z..” jako twardą pałką do rozbijania głów swym przeciwnikom politycznym. Jest nader wątpliwe, czy wielu z tych obywateli, którzy popierają lustrację, rzeczywiście chciałoby wyposażyć polityków w ową „twardą pałkę”. Zresztą warto byłoby o to się dowiedzieć. Ale wtedy pytanie o ujawnianie teczek i ujawnienie tajnych współpracowników musiałoby być zadawane inaczej.
Zresztą warto zauważyć, że według danych PBS na pytanie: „Jakie są najważniejsze sprawy, jakie powinny być rozwiązane w Polsce w 2005 roku?” „dokończenie lustracji” znalazło się na 20. miejscu wymienione przez 4% badanych. Może to świadczyć o tym, jaką wagę przypisują Polacy całej tej sprawie.
Oceniając znaczenie wypowiedzi dotyczące stosunku do lustracji, trzeba jeszcze pamiętać o trudności ujawniania krytycznych wobec niej ocen. Krytyka taka może być bowiem poczytana jako

wyraz obawy przed prawdą

dotyczącą postawy własnej lub postawy ważnych dla nas ludzi. Mówiąc zatem, iż popieramy lustrację, mówimy tym samym – ja jej się nie boję, ja nie mam nic na sumieniu. Nie można wykluczyć, że moralny szantaż, jaki w tym się kryje, powstrzymuje wiele osób od otwartego wyrażenia swoich poglądów na tę kwestię.
Główną tezą tego wywodu jest pogląd, że „afera z listą” nie może być rozpatrywana jako kolejny burzliwy etap sporu o historię i moralność. Jest to w istocie spór o los polskiej demokracji. A właściwie nie tylko spór. Wprowadzenie na porządek dzienny życia politycznego w Polsce „sprawy listy” odgrywa ważną rolę w konsolidacji i upowszechnieniu „radykalnej ideologii”. Ma pomagać w zdobywaniu przez nią „rządu dusz”. Dlatego uważam za nietrafne sprowadzanie tego np. do sporu czy rywalizacji między „Gazetą Wyborczą” a dziennikiem „Rzeczpospolita”. Ani też do lekceważącego stwierdzenia, że krytyka, z jaką na łamach „Gazety” spotkała się „lista”, wynika z dążenia tej ostatniej do zachowania pozycji wyroczni w sprawie politycznej moralności.
W rzeczywistości chodzi o stosunek do nowych pomysłów na Polskę, przedstawianych przez ugrupowania polityczne szykujące się do objęcia w niej władzy. Niemała część tych pomysłów stanowi twórcze zastosowanie narzędzi wypracowanych w innych systemach niż demokratyczne. Zastosowanie tych narzędzi może okazać się realne tylko wtedy, gdy „ideologia radykalizmu” zdobędzie w opinii publicznej zdecydowaną przewagę. Oznaczałoby to odwrót od demokracji.
Zarzut taki może niejednego obruszyć. Jak można się dopatrywać antydemokratycznych intencji w środowiskach, które ofiarnie

przeciwstawiały się autorytarnej władzy,

u ludzi, którzy mają wielkie, niezaprzeczalne zasługi w walce o demokratyczną i niepodległą Polskę?
Otóż rzecz w tym, że przeszłe ofiary i zasługi nie stwarzają żadnych gwarancji co do polityki, jaką prowadzić będą te osoby, kiedy już zdobędą władzę. Pouczają o tym cudze, a także nasze własne historyczne doświadczenia. Tak np. ludzie, którzy ofiarnie walczyli z caratem o Polskę niepodległą i sprawiedliwą, kiedy zdobyli władzę, prześladowali mniejszości narodowe, bezwzględnie i krwawo likwidowali przejawy sprzeciwu społecznego wobec swej polityki. Komuniści i socjaliści polscy, którzy głosząc idee wyzwolenia ludzi pracy, narażali się w Drugiej Rzeczypospolitej na prześladowania i więzienia, kiedy doszli do władzy, przyczynili się do tworzenia opresyjnego systemu, tłumiącego demokratyczne aspiracje ludzi pracy.
Musimy przyjąć do wiadomości, że udział w walce o demokrację nie daje automatycznie patentu na demokratyczne poglądy i demokratyczną politykę. Zresztą i teraz widać gołym okiem, jak niektórzy „patentowani” demokraci głoszą idee bardziej pasujące do państwa policyjnego niż demokratycznego.
Wszystko to, co tu napisałem nie jest skierowane przeciw opinii, że w Polsce pod wieloma względami dzieje się źle i radykalna naprawa jest niezbędna. Problem w tym: na czym polegać ma radykalna naprawa? Wiarę w to, że winę za niedobry obrót spraw ponoszą grzeszni ludzie, a wyplenienie „grzechu” nastąpi dzięki zamianie „grzesznych” na „sprawiedliwych”, trudno uznać za racjonalnie uzasadnioną. Wiarę taką podziela wprawdzie część obywateli, ale, jak sądzę, pozostaje ona w sprzeczności z tym, co wiadomo na temat mechanizmów życia społecznego. A wiadomo przynajmniej tyle, że funkcjonowanie ludzi w systemie zależy w ogromnym stopniu od cech systemu. Dlatego głównym problemem, przed jakim stoimy, jest prawidłowa diagnoza tych defektów w instytucjach Trzeciej Rzeczypospolitej, które „grzech ułatwiają”, „grzesznych” promują i walkę z „grzechem” utrudniają. Afera z listą i inne pomysły radykalnej ideologii z taką diagnozą mają bardzo mało wspólnego. Dlatego można się spodziewać, że naprawią niewiele, a zepsują bardzo dużo.

Autor jest psychologiem społecznym, profesorem w Instytucie Psychologii PAN, przewodniczącym Rady Programowej Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, członkiem Akademii Europejskiej i prezydentem Międzynarodowego Towarzystwa Psychologii Politycznej.

 

Wydanie: 11/2005

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy