SLD – dryfująca wydmuszka?

SLD – dryfująca wydmuszka?

Ludzie lewicy sami doprowadzili do tego, że trzeba się zastanowić, jak ją odrodzić. A raczej, z kim

Sprowokował mnie komentarz redaktora naczelnego „SLD – dryfująca wydmuszka”. Niestety, jest w nim dużo racji. Nigdy nie zdarzyło mi się napisać krytycznego tekstu z SLD. Ten jest krytyczny, ale brutalnie prawdziwy.
Ciągle słyszę pytania: jak odrodzić lewicę? Postawmy sobie pytanie: nie jak, ale z kim! To znacznie trudniejsze i skuteczniejsze. Jeśli dowiemy się, z kim, to będziemy też wiedzieli jak. Odwrotnie zawsze będzie wyglądać to tak.
Podzielona, a tak naprawdę rozbita lewica to skutek indywidualnych działań ludzkich, a nie bliżej nieokreślonych zjawisk. I nie są to także działania ówczesnej opozycji i mediów nas atakujących. To ludzie lewicy sami doprowadzili do tego, że trzeba się zastanowić, jak ją odrodzić. Odrodzić?? A po co?? Po to, żeby te same twarze i ta sama ekipa indywidualistów chorobliwie dbająca o własny interes o własny image mogła ponownie dostać szansę?
Lewica tylko w pierwszej kadencji Sejmu była grupą oddanych sobie ludzi, scalało ich to, że byli praktycznie na politycznym dnie, bez perspektywicznej szansy politycznego sukcesu. Mieli wszystko do zyskania, a nic do stracenia. Nie mogli na nic liczyć i niczego oczekiwać. To właśnie łączy.
W drugiej już wzięli się za łby, ale to był dopiero przedsmak tego, co miało nastąpić w czwartej kadencji Sejmu.
Zawsze, kiedy byliśmy w opozycji, taktyka polityczna sprowadzała się do prostych i, trzeba przyznać, skutecznych środków i działań. Kiedy dochodziliśmy do władzy,

zawsze zaczynał się bój o wpływy

i szlag trafiał nie tylko idee, ale i całą pokazywaną publicznie rzekomą jedność i zdyscyplinowanie lewicy.
Walka polityczna o wpływy jest w pewnym sensie naturalna, ale jeżeli odbywa się ona przy pomocy opozycji, opozycyjnych mediów, czy wręcz awantur o to, że dostało się propozycję bycia sekretarzem stanu, a nie ministrem, przestaje być naturalna i pokazuje głęboko skrywane chore ambicje, a u wielu ogromne kompleksy, leczone wiarą w uzdrowicielską moc władzy. Mam na to niepodważalne przykłady. I nie są to pierwszoplanowe osoby. Przyglądałem się wielu, także tym, którzy są obecni dziś w Sejmie, i to widziałem. W SLD mamy postacie modelowe, których po prostu należy unikać, nie mówiąc o możliwości oddania im władzy. To są postacie, które za cenę realizacji swoich ambicji sprzedadzą wszystko… idee i ludzi.
Od wzajemnej nienawiści w wyborach parlamentarnych (bo kandydaci do Sejmu to nie ekipa, to zbiór często przypadkowych ludzi wzajemnie czasowo wręcz ostentacyjnie nienawidzących się partnerów) do powyborczej miłości zwycięzców przechodzi się jednego dnia, czyli w dniu wyborów. Ci, którzy wygrali, kochają się… do pierwszej rundy, czyli do dnia pierwszego posiedzenia Sejmu. Potem wszystko wraca do normy. Walczą między sobą o występy w telewizji, o łaskę sekretarza klubu, aby przyznał pilotowanie jakiejś ustawy czy o jakąś fuchę w komisji sejmowej. Ktoś pewnie powie: sam nie dostał, więc teraz pisze o innych. Uspokajam: dostałem, dostałem – oficjalną propozycję od Leszka Millera, aby zająć jedno z najwyższych stanowisk w policji. Nie wyraziłem zgody. Dziś chyba żałuję, bo mogłem wówczas coś dobrego zrobić. Jednak dochodzą nowe postacie, już nie konkurujący posłowie, ale członkowie rządu.
Ministrowie, sekretarze stanu, podsekretarze stanu wkraczają do urzędów i zaczyna się rozgrywanie swoich indywidualnych partii. Ta gra sprowadza się do kilku charakterystycznych ruchów:
1. Uwiarygodnić się za wszelką cenę u podwładnych urzędników poprzez zamknięcie problemu wymiany kadry, dzięki czemu pan minister zapewnia sobie chwilowy brak ataków ze strony mediów.
A media mają to gdzieś i tak

atakują za byle ruch kadrowy

lub nawet plotkę o nim.
2. Zapewnić sobie kilkumiesięczną szczelność informacyjną, bo podwładni z poprzedniej ekipy jeszcze się boją ewentualnej wymiany i siedzą jak myszy pod miotłą. Ale niech no tylko zobaczą, że notowania spadają.
3. Odseparować się od posłów SLD, bo jedynie zawracają głowę, ciągle czegoś chcą, a i tak wniosku o wotum nieufności nie złożą, a głosować – bez łaski – przyzwoicie muszą.
4. Przytulić się do posłów opozycji i robić do nich oko, przyjmować ze sprawami, a jak się da, to coś załatwić, bo w taki sposób można ich zneutralizować, a sobie zapewnić brak ataku z ich strony.
5. Nawiązać kontakty z dziennikarzami i spotykać się szczególnie z opozycyjnymi redaktorami naczelnymi, którzy w razie czego o czymś uprzedzą albo poinformują, że ktoś inny czegoś szuka. Można im ewentualnie dać coś na kogoś innego z SLD jako podziękowanie za opiekę. (Mam konkretne przykłady).
6. Olewać własną prasę, „Trybunę” i „Przegląd”, bo i tak nic złego nie napiszą, a jak coś dostaną, to opozycyjne media będą to neutralizować albo kompletnie pominą. Zapytajcie redaktorów naczelnych tych pism, jaki mają o tym zdanie. Oni, kiedy my jesteśmy u władzy, mają najbardziej przechlapane. Ale inne gazety i owszem, piszą, oczywiście to, co usłyszeli od naszych.
7. Pod żadnym pozorem nie wykorzystywać własnego zaplecza SLD w ruchach kadrowych (a prasa i tak z powodu byle odwołanego komendanta policji rozdziera szaty). Za to szczerze pokazywać, że działa się w białych rękawiczkach i pozostawia np. w MSWiA prawicowego dyrektora, który – jak się okazuje później – dokonuje przekrętów, a dla mediów nieważne, czy ktoś jest prawicowy, czy nie; jak można walnąć w SLD, to walą i wcale nie muszą pisać, że człowiek jest z innego zupełnie świata politycznego niż nasz. Mało tego, po prostu o tym nie napiszą. Taki człowiek nie ma przynależności partyjnej. A pan minister gęsto się tłumaczy, ale nie przed własnym klubem parlamentarnym… bo przecież nie musi.
8. Być przekonanym o własnej, jedynie słusznej i skutecznej strategii. Jest paru polityków, którzy nieźle wprowadzili nas w maliny, i to są ci, którzy dziś organizują w stosunku do SLD partie lewicowe, konkurencyjne. Oj, pamiętam, jak nas przekonywali, co jest dobre, a co złe. Ale dobrze jest też zorganizować własną rachityczną platformę, aby utrzymać chociaż odrobinę władzy, kiedy tej władzy zostałem właśnie demokratycznie pozbawiony.
Dbaliśmy o wszystko, o NATO, o UE, o Ukrainę (i słusznie), tylko nie o własny elektorat. I nie chodzi tu o spełnienie jego życzeń, lecz o pokazanie, że

nadęta twarz własnego ministra

uciekającego jak najdalej od polityków SLD to zły sen, a nie rzeczywistość. Oczywiście nie wszyscy tacy byli, ale niestety zbyt wielu.
Dostaliśmy po pysku w wyborach. Po pysku, bo wprowadziliśmy mniej posłów, niż wprowadziła SdRP w pierwszej kadencji Sejmu. Ale w oczach kierownictwa widzę zachwyt. Bo przecież mogliśmy w ogóle nie wejść.
Dostaliśmy po pysku i nagle znowu zmiana frontu, zapowiadamy walkę z bezrobociem i z czym tam jeszcze chcecie… do następnych wyborów. A naród wyje i mówi, panowie mieliście swoje pięć minut. Teraz zastanawiamy się, jak odrodzić lewicę. Sporządzimy program, w którym i tak już nic nowego i ciekawego nie da się zapisać. Pójdziemy do wyborów i przejdziemy przez etap wzajemnej nienawiści kandydatów na posłów, potem chwilowej miłości wybranych, utworzymy rząd, jak pozwoli elektorat, i będzie jak w punktach od 1 do 8. I tak zatoczymy kolejne koło.
Czy tego naprawdę chcemy? Powtórki? Bo jeżeli nie, to zaczynajmy nie od odrodzenia, ale od ludzi, którzy mają je tworzyć.
Jeżeli dziś dostaliśmy w wyborach szansę na 58 mandatów, to tylko dzięki trwałemu elektoratowi. Elektoratowi, który co prawda nienawidzi nas za sposób uprawiania polityki, ale musi na nas głosować, bo nie ma innego wyjścia. Ten elektorat chce widzieć twardych, walczących o swoje racje polityków, a nie sflaczałych, poddających się byle krytyce cienkich bolków o gumowych kręgosłupach.
A więc panowie, nie jak, ale z kim. Chyba już bez mojego udziału!!!!

Autor był posłem w latach 1991-2005, doradcą prezydenta ds. bezpieczeństwa w latach 1995-1997.

 

Wydanie: 10/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy