Czy 3D w ogóle jest zdrowe?

Jaki wpływ na wzrok mają trójwymiarowe ekrany

Droga technologii 3D nie przebiega gładko. Konsumenci nie opróżniają sklepowych półek z telewizorów, a twórcy filmów często nie wiedzą, jak filmować w 3D, lub na chybcika przerabiają zwykłe filmy na trójwymiarowe. Branża chce jednak, żeby 3D przeniosło się z kin do domów. Przynajmniej od roku na rynku dostępne są telewizory, teraz dochodzą do nich laptopy i konsole do gier. A wraz z nimi obawy zdrowotne: kino to półtorej godziny zwykle raz na tydzień. Sesje przed monitorem trwają dużo dłużej.

Przeciwwskazania

Kiedy więc jeden z prezesów Nintendo na Amerykę powiedział w styczniu, żeby nie sadzać przed takimi urządzeniami dzieci do lat siedmiu, świat się przestraszył. To wymarzony materiał dla zwolenników teorii spiskowych: mają coś do ukrycia i są zapobiegliwi. Tym bardziej że podobne ostrzeżenia zamieściły na swoich stronach Samsung i Sony. Szefowie Nintendo spokojnie odpowiadali: to nasza konsekwentna polityka od wielu lat. Już Virtual Boy, czyli konsola podpięta do hełmu 3D, zalecana była dla dzieci powyżej sześciu lat.
– Przeciwwskazania z pewnością dotyczą dzieci poniżej szóstego roku życia – mówi dr Alicja Barwicka, okulistka – z uwagi na możliwość zaburzenia procesu tworzenia się widzenia obuocznego. Nie chodzi o całkowite wyeliminowanie kontaktu z 3D, a jedynie o ograniczenia czasowe. Ważna jest odległość od oglądanego obrazu (kino tak, bo ekran jest daleko, domowy odbiornik z reguły stoi za blisko). Szczególnie powinno się zwracać uwagę na dzieci z zezem i z wadami wzroku.
Dorośli ryzykują objawy tymczasowe, ustępujące po odejściu od źródła obrazu 3D. Choć potrafią one być dotkliwe: wśród możliwych wymienia się nudności, wymioty, a nawet dezorientację.
Objawy są już znane nauce jako choroba symulatorowa (cybersickness). Naukowcy zwrócili na nie uwagę w latach 90., kiedy branża technologiczna była podekscytowana urządzeniami do tworzenia wirtualnej rzeczywistości. Hełmy zakładane na głowę miały zapewnić rozrywkę, jakiej nie było nigdy wcześniej.
Dr Mateusz Gola, neurokognitywista ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, przyrównuje chorobę symulatorową do lokomocyjnej. Mózg reaguje w nieprzyjemny dla nas sposób, kiedy w danej sytuacji otrzymuje inne bodźce niż te, do których się przyzwyczaił. Dla niektórych mózgów doznanie związane z przyspieszaniem i obrazami migającymi za oknem jest nie do zniesienia. Naukowcy już przystąpili do badań tego zjawiska, bo jego mechanizm jest nie do końca zrozumiały. Laboratoria doświadczalne wypełnia się więc urządzeniami, które mają jeden cel: doprowadzić badanego do nudności.
Pouczające okazało się zwłaszcza doświadczenie z symulatorem lotu. Zwykli ludzie znacznie rzadziej niż profesjonalni piloci czują się w nim źle. Mózg pilota jest przyzwyczajony do specyficznych bodźców za sterami samolotu, a symulator tych bodźców go pozbawia, choć sytuacja jest podobna. Niepilot podchodzi do symulatora bez konkretnych oczekiwań, dlatego rozchorowuje się znacznie rzadziej.

Nie męczy, ale nie pomaga

Warto podkreślić, że nie ma dowodów na trwałą szkodliwość obrazu 3D – nawet obostrzenia w stosunku do dzieci należy traktować jako dmuchanie na zimne, nieznany jest bowiem przypadek malucha, którego wzrok uległby nieodwracalnemu uszkodzeniu na skutek kontaktu z obrazem 3D.
Skoro jednak już wiemy, że 3D może niektórym szkodzić, warto byłoby zadać dodatkowe pytanie: czy może pomagać? Mózg ćwiczony przez różne bodźce to mózg pobudzony, który ma na czym pracować. A 3D to w końcu inny typ bodźca. Niestety rozleniwiający, a nie wspomagający.
– Im bardziej próbujemy odzwierciedlić naturalny obraz, tym mniej będzie się angażował mózg – mówi dr Gola.
– Żeby zrozumieć obraz wiszący w galerii, człowiek musi przyjść, zobaczyć go, zinterpretować, wyobrazić sobie głębię, ruch, dynamikę. Jeśli tego nie robi, mija kolejne obrazy i się nudzi. W telewizji i w kinie podążamy za ruchem kamery – też musimy pewne rzeczy sobie wyobrażać, więc zaangażowanie poznawcze wciąż jest duże. Natomiast jeśli dostaję obraz trójwymiarowy, nie muszę pracować nad wyobrażeniem głębi. Ona już tam jest.
Ci, którzy lubią trójwymiar, mogą potraktować go jako grzeszną przyjemność – dobrą, jeśli dawkowaną w umiarze. Reszcie pozostaje nadzieja, że to kolejny eksperyment, który się nie przyjmie – tak jak nie przyjęły się hełmy 3D. I że płaski obraz, przy którym głowa musi popracować, nie wyjdzie z mody.

Wydanie: 10/2012

Kategorie: Zdrowie

Komentarze

  1. graby
    graby 25 maja, 2019, 10:48

    A co z obrazami płaskimi, gzie nie używa się okularów 3D, tylko za pomocą wpatrywania się, robienia zeza, rozmazywania obrazu, przybliżania i oddalania wzroku od obrazu uzyskuje się efekt 3D? Czy jest to szkodliwe? A może jest to dobre ćwiczenie dla mózgu, gdyż mózg tutaj nie jest bierny, a musi się skupić? Czy w takim przypadku no nie współpracują ze sobą obie półkule, co być może pozytywnie wpływa na rozwój mózgu?

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy