Czy banki mają ojczyznę?

Czy banki mają ojczyznę?

Jak bankowe spółki matki wysysają pieniądze z naszej gospodarki

Wygląda na to, że w Polsce zaczyna się społeczny bunt przeciw zagranicznym bankom. W styczniu pracownicy zakładów mięsnych Duda bis protestowali przed siedzibami banków Raiffeisen (austriacki) oraz ING (holenderski) przeciw „destrukcyjnej polityce zagranicznych banków”, zagrażającej bytowi polskich firm. W 2007 r. zakłady mięsne zaczęły mieć problemy ze spłatą kredytów (zaciągnęły prawie 140 mln zł). Zaczęły się rozmowy, firma przedstawiła najpierw jeden, a potem drugi plan restrukturyzacji. Oba zostały odrzucone przez banki, a w styczniu tego roku Raiffeisen wystąpił o upadłość Dudy. Pretekst był, bo wartość zobowiązań firmy przekroczyła 10% jej wartości bilansowej. Jak mówi Piotr Czarnecki, prezes Raiffeisena, trzeba potrząsnąć przedsiębiorcami, którzy są w trakcie potężnych inwestycji, by przejrzeli na oczy i zrozumieli, że nie wszystko, co wyprodukują, będą w stanie sprzedać.
Już wcześniej skutecznie potrząsnął przedsiębiorcami bank Pekao SA (włoski Unicredito), który najpierw zakręcił kurek kredytowy wytwórni makaronów Malma, a potem Intrallowi, producentowi samochodów Lublin i Honker. Obie firmy upadły.
Teraz zatrzęśli się, ale ze złości, klienci mBanku i Multibanku, należących do BRE (niemiecki Commerzbank), prawie 20 tys. osób, którym w przeszłości podniesiono oprocentowanie kredytów we frankach, bo rosły stopy procentowe. Gdy jednak Szwajcarzy zaczęli stopy obniżać, kredyty wcale nie staniały. Oprocentowanie kredytów wziętych przed wrześniem 2006 r. jest bowiem w tych bankach ustalane decyzją zarządu, a nie na podstawie wysokości stóp procentowych. Zarząd miał więc formalnie pełne prawo, by najpierw podnieść dowolnie oprocentowanie kredytów – a potem go nie obniżać.
Ludzie nie chcieli płacić zawyżonych rat, władze BRE zaproponowały więc rozmowy – i spotkanie z pożyczkobiorcami w Łodzi, w walentynki. Część klientów pojechała, choć z oporami, bojąc się swoistej powtórki masakry w dniu św. Walentego, zorganizowanej w Chicago przez Ala Capone. BRE Bank żądał bowiem od protestujących, by przed spotkaniem podali dokładne dane z PESEL-em, co rodziło wśród nich obawę, iż będzie to wstęp do późniejszych represji i „odstrzelenia” najbardziej niepokornych klientów przez rozwiązanie z nimi umowy kredytowej pod byle pretekstem. Okazja nawet by była, bo do wspomnianej gangsterskiej rozprawy z oponentami, zaproszonymi na rozmowę przez Ala Capone, doszło dokładnie 80 lat temu. Przedstawiciel BRE Banku złożył jednak stosowne gwarancje, wytłumaczył, iż żądanie podania pełnych danych to normalne procedury bezpieczeństwa, i zapewnił, że bank nie będzie stosował żadnych represji wobec uczestników rozmów. Swoją drogą ciekawe, że bankowość, gdzie królują stonowane garnitury, symbolizujące spokój i zaufanie, stała się od pewnego czasu miejscem zdarzeń gwałtownych i zgoła gorszących, co widać w wielu krajach…
Sytuacja klientów BRE nie jest wyjątkowa, bo kredytów oprocentowanych na podstawie swobodnej decyzji zarządu udzielały w Polsce np. banki Raiffeisen i Santander (hiszpański). Bankowcy tłumaczą, iż wysokie oprocentowanie pożyczek jest uzasadnione, gdyż rośnie ryzyko i koszt utrzymania płynności. Trzeba więc szukać wszelkich sposobów na zdobycie pieniędzy. Ich metody bywają jednak mocno wątpliwe. Klienci żalą się już nie tylko na zawyżone marże i prowizje oraz duże opłaty za każdą czynność (od sporządzenia wyciągu czy zaświadczenia, przez wydanie karty, do spłaty kredytu przed terminem), ale i – co stanowi pewną nowość – na oszukańcze machinacje kursem. Chodzi np. o zawyżanie kursu franka i euro przy przeliczaniu rat kredytów walutowych na złotówki albo nawet – na to także są skargi – o podawanie lipnych, znacznie wyższych kursów na początku miesiąca, akurat wtedy, gdy bank ściąga ratę kredytu.
Klienci mają oczywiście do podobnych praktyk stosunek jednoznaczny, dlatego więc w internetowej sondzie na pytanie: „Czy odniosłeś wrażenie, że twój bank cię oszukuje?”, padło 100% odpowiedzi twierdzących. Odpowiedzi „nie” i „nie wiem” nie udzielił nikt. Rośnie też popularność – zwłaszcza w okresach wydatków przedświątecznych – internetowych serwisów pożyczkowych (Fair Rates, Kokos, Monetto czy Finansowo), konkurencyjnych wobec banków. Nie pobierają one prowizji ani opłat bankowych, a pożyczyć można z reguły do 25 tys. zł, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by wziąć nawet cztery takie pożyczki. I choć Polacy nie ufają sobie nawzajem, to bankom nie ufają jeszcze bardziej, więc o dziwo znajdują się ludzie i instytucje, skłonni do udzielania pożyczek poprzez sieć.

Ostrożności nigdy za wiele

Banki w Polsce od kilku miesięcy wyraźnie zaostrzyły politykę kredytową, podnosząc marże, żądając większych wkładów własnych, skracając okresy spłat, a przede wszystkim surowiej oceniając zdolność kredytową potencjalnych dłużników. Nikt nie ma wątpliwości, że to dopiero początek takich działań, większość banków już zapowiedziała, że w tym roku jeszcze bardziej zaciśnie pasa swoim pożyczkobiorcom.
Wydawać by się mogło, że jest to przesadna ostrożność, dmuchanie na zimne czy wręcz próba utrzymania gigantycznych zysków kosztem interesów polskich klientów. Przecież bankowość należy w Polsce do najbardziej dochodowych dziedzin gospodarki – w 2007 r. zysk netto sięgnął niemal 13%, a ubiegły rok będzie nawet lepszy (ostatecznych danych jeszcze nie ma), bo po III kwartale 2008 r. zysk netto banków był o 20% większy niż rok wcześniej.
Z drugiej jednak strony, pojawiły się niekorzystne tendencje. Po III kwartale koszty działalności operacyjnej banków zwiększyły się o 56%, a ich rentowność netto spadła z ponad 12% do niespełna 10%.
Ostatnie cztery miesiące, niełatwe dla całej polskiej gospodarki, były trudniejsze także dla banków, 2009 r. na pewno nie zakończy się takim wynikiem jak dwa ostatnie lata. Już zresztą pod koniec ubiegłego roku przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Stanisław Kluza uznał, że należy zaostrzyć kryteria przyznawania kredytów, a banki nie powinny stosować dotychczasowej zasady, iż dochód do dyspozycji kredytobiorcy, po odjęciu spłaty rat, może sięgać zaledwie poziomu minimum socjalnego.
Zdaniem szefa KNF, dochód powinien być obciążany spłatą kredytu w stopniu mniejszym niż 50%. Z drugiej wszakże strony, przewodniczący nadzoru finansowego stwierdził jednoznacznie: „Zagrożeń dla naszych instytucji finansowych po prostu nie ma”. Jeżeli jednak jest dobrze, to po co te obostrzenia kredytowe?

Dobry zwyczaj nie pożyczaj

Wśród przyczyn wprowadzenia surowszych norm udzielania pożyczek bankowcy wymieniają pogarszającą się sytuację gospodarczą i wzrost ryzyka w kredytowanych branżach, własne kłopoty kapitałowe, zwiększający się odsetek złych kredytów. To tylko częściowo prawda.
Nie dlatego zagraniczne banki nie udzielają w Polsce kredytów, że sytuacja gospodarcza naszego kraju jest coraz gorsza. Odwrotnie, sytuacja kraju się pogarsza, bo banki nie chcą zasilać gospodarki pożyczanymi pieniędzmi. Wielkie banki, ratując się z opresji we własnych krajach, nie mają oporów przed rujnowaniem ekonomiki słabszych państw.
I właśnie dlatego w tym roku ogólna suma udzielonych w Polsce kredytów, zamiast zwiększyć się o 140 mld zł jak pierwotnie przewidywano, najprawdopodobniej wzrośnie zaledwie o 40 mld zł. A nie brakuje opinii, że wartość kredytów dla przedsiębiorstw wręcz spadnie. Sygnały są aż nadto wyraźne – tylko w grudniu wartość kredytów udzielonych polskim firmom zmniejszyła się prawie o 4,5 mld zł. Pożyczki są kosztowne i trudno dostępne, mimo że Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe.
Istnieje bowiem jeszcze jedna przyczyna zaostrzenia polityki kredytowej, bodaj najważniejsza, rzadko wymieniana oficjalnie, a zawsze nieoficjalnie – czyli polityka kredytowa zagranicznej centrali banku i polecenia stamtąd płynące (a raczej przekazywane już tu, na miejscu, na ogół przez zagranicznego, formalnego wiceprezesa, służącego za kanał transmisyjny między spółką matką a jej polską córką). Wbrew pozorom bowiem kapitał, także bankowy, ma narodowość.
Ponad 80% łącznych udziałów w 70 bankach komercyjnych należy do właścicieli zagranicznych. W Polsce funkcjonują wprawdzie odrębne spółki bankowe, liczące własne straty i zyski, mające własne zarządy i rady nadzorcze – ale decyzje o zaostrzeniu polityki kredytowej i przykręceniu kurka z pieniędzmi, zapadające w centralach banków macierzystych, zwykle dotyczą i naszego kraju. Dyspozycje płynące z zagranicy mówią zaś wyraźnie „nie pożyczaj”.
Jeśli więc spółki matki mają kłopoty u siebie – a w ostatnich miesiącach często je miały – to nie mogą pozwalać na rozwijanie akcji kredytowej, choćby na peryferiach swojego obszaru działania. Kredyty zawsze są przecież obarczone jakimś niebezpieczeństwem niespłacenia, a ryzyko trzeba ograniczać. Środki z polskich banków mogą zaś być transferowane do centrali, więc powinny być jak najwyższe, by skutecznie pomagać „matkom”.

Matka jest tylko jedna

Najprostszy i najpopularniejszy sposób bankowych transferów z Polski do ojczystych krajów banków znad Wisły to dywidendy wypłacane akcjonariuszom Ich wysokość zależy tylko od decyzji władz banku. Inna metoda to założenie przez polską spółkę bankową konta w jej zagranicznej spółce matce, co „krajowemu” bankowi bynajmniej nie musi się opłacać, jeśli oprocentowanie za granicą jest niższe. Chodzi jednak o to, by to centrala mogła dysponować tymi środkami. Dla spółki matki może to być ogromnie pomocne, jeśli ma np. kłopoty z zachowaniem płynności i potrzebuje jak najszybszego zastrzyku finansowego.
Takie działania mogą naturalnie wywołać zainteresowanie Komisji Nadzoru Finansowego, która monitoruje operacje bankowe związane z przekazywaniem środków za granicę.
KNF w rzeczywistości ma dość ograniczone uprawnienia. Nie może np. zablokować transferu pieniędzy do innego kraju (chyba że wiadomo, iż środki te na pewno pochodzą z przestępstwa – ale takiej wiedzy praktycznie nigdy się nie posiada). Może jednak, powołując się na prawo bankowe, nakazujące zarządzanie bankiem w sposób stabilny i bezpieczny, odmówić udzielenia rękojmi zarządowi banku, nałożyć karę, a nawet odebrać licencję i zawiadomić prokuraturę o podejrzeniu przestępstwa na szkodę spółki. Wszystko to brzmi groźnie, tyle że każdą taką decyzję trzeba gruntownie uzasadnić, można się od niej zawsze odwołać, a sądowe udowodnienie działania na szkodę spółki to na ogół syzyfowa praca. Banki w Polsce w rzeczywistości nie mają więc czego się obawiać. Jeśli jednak na wszelki wypadek chcą uniknąć zainteresowania KNF, to zawsze mogą stworzyć łańcuszek lokat na wzór spółek zakładanych kiedyś przez Fundusz Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, mających teoretycznie wykupywać polski dług. Pieniądze z Polski w macierzystej centrali ulokuje więc dopiero trzeci czy czwarty kolejny bank – i tego już nikt nie rozgryzie.

Płynność odpływa do krajów macierzystych

„Jako ryzyko, można wskazać możliwość znacznego pogorszenia sytuacji finansowej podmiotów dominujących wobec krajowych banków, na skutek pogłębienia się zaburzeń na światowych rynkach finansowych. Dla krajowych instytucji finansowych, które pozyskują znaczną część finansowania od spółek matek, taka sytuacja mogłaby oznaczać konieczność ograniczenia akcji kredytowej (…). Dodatkowym zagrożeniem mógłby być brak możliwości uzyskania wsparcia płynnościowego ze spółki matki. Nie można wykluczyć wystąpienia zjawiska odpływu płynności ze spółek zależnych instytucji zagranicznych do ich krajów macierzystych. Skala i prawdopodobieństwo materializacji tego ryzyka są jednak trudne do oceny”, oceniał NBP w swym komunikacie z końca 2008 r.
Dziś widzimy już, że te czynniki ryzyka wystąpiły w rzeczywistości. Jak wielkie są jednak rozmiary wspomnianego przez NBP zjawiska odpływu płynności, czyli transferu środków z bankowych spółek córek w Polsce do ich zagranicznych matek? Okazuje się, iż rzeczywiście jest to „trudne do oceny”.
Wprawdzie KNF ma kontrolować przepływy środków z polskich placówek bankowych za granicę, ale Marta Chmielewska-Racławska, rzecznik komisji, nie podaje ogólnej wielkości sum wypływających z naszego kraju do państw będących siedzibami central banków działających w Polsce. Twierdzi, że Komisja Nadzoru Finansowego nie udostępnia takich liczb. Zapewnia jednak, że w ostatnich miesiącach nie zauważono zwiększonych, nieuzasadnionych transferów środków z banków w kraju. Nie występują też nadmierne lokaty spółek córek na kontach zagranicznych matek ani wzrost liczby pożyczek podporządkowanych. – Nic nie wskazuje na to, żeby banki macierzyste szukały finansowego wsparcia w swoich polskich spółkach córkach – mówi Marta Chmielewska-Racławska.

Gdzie ta kasa?

Jeśli, zdaniem KNF, pieniądze nie wypływają za granicę i zostają w kraju, to dlaczego w Polsce nasila się załamanie kredytowe? Co się dzieje z tą kasą? Przecież, jak powiedział prezes austriackiego Raiffeisen Banku w Polsce na łamach „Gazety Wyborczej”, w majestacie prawa bankowego i z należytą starannością bankową przestaniemy finansować polskie przedsiębiorstwa, bo nie będziemy mieć na to pieniędzy.
Podobnie myślą prezesi innych komercyjnych banków zagranicznych, działających w naszym kraju. Taka polityka spowodowałaby natychmiastowy, potężny kryzys gospodarczy, zatrzymanie inwestycji, skokowy wzrost bezrobocia – czyli doprowadzenie Polski na skraj bankructwa i załamanie jej pozycji ekonomicznej w Unii, zjazd na koniec stawki państw europejskich.
Wszystko to oczywiście nie jest żadnym zmartwieniem dla menedżerów z zagranicznych banków. Warto jednak zauważyć, że komercyjne banki w Polsce pieniądze mają. Słusznie premier Donald Tusk stwierdził, iż jego rząd nie jest zainteresowany, żeby dawać kasę jakiemuś bankowi. Zakłada bowiem, że to one są od tego, żeby udzielać pomocy i pożyczek, a nie odwrotnie. Zwłaszcza że w ostatnich kilku tygodniach banki zagraniczne w Polsce dostały potężny zastrzyk gotówki. NBP przed terminem wykupił z banków swe obligacje, co oznaczało, że przybyło im ponad 8 mld zł. Podwyżki oprocentowania lokat sprawiły, że klienci zanieśli do okienek kasowych prawie 19 mld zł.
Banki uważają że to wszystko za mało, dlatego domagają się obniżenia wskaźnika rezerw obowiązkowych, przechowywanych w NBP, oraz wprowadzenia państwowych gwarancji nie tylko dla pożyczek udzielanych sobie nawzajem przez banki, ale i dla kredytów przyznawanych przedsiębiorstwom (taka gwarancja oznaczałaby w praktyce, że kredytów firmom udzielałoby państwo polskie, ale zyski z tytułu odsetek płynęłyby do akcjonariuszy zagranicznych banków).
Z drugiej strony, banki reagują ostro na wszelkie próby rozłożenia odpowiedzialności za skutki kryzysu finansowego. W ostatnich dniach z ich nadzwyczaj negatywną oceną spotkał się projekt Waldemara Pawlaka, przewidujący pod pewnymi warunkami możliwość rozwiązania umów dotyczących opcji walutowych. Opcje te, zakładające, iż wymiana euro na złotego dokonywana będzie po stałym, ustalonym kursie, niezależnie od jego wahań, były chętnie kupowane przez przedsiębiorstwa, bo pozwalały stabilizować ich dochody. Nieprawdziwe prognozy przygotowywane przez banki i współpracujących z nimi „niezależnych analityków” przewidywały, że w tym roku złoty raczej nie stanieje – i opcje na taki właśnie kurs były wykupywane przez firmy. Później jednak zagraniczne instytucje finansowe i banki rozpoczęły masową wyprzedaż złotego, by sztucznie obniżyć kurs polskiego pieniądza. Z tytułu opcji za granicę wypływa dziś, jak twierdzi Zbigniew Przybysz ze Stowarzyszenia na rzecz Obrony Polskich Przedsiębiorstw, prawie 400 mln zł dziennie (aczkolwiek trudno zweryfikować wysokość tych kwot). Banki zarabiają – polskie firmy tracą zaś miliardy.
Jerzy Bańka ze Związku Banków Polskich uznał, że propozycje Waldemara Pawlaka to protekcjonizm wobec hazardzistów i pokerzystów, którym noga się powinęła. Nie dodał jednak, że reprezentowane przez niego banki nader ochoczo wzięły udział w tym hazardzie i pokerze.

Róbta, co chceta

Niestety, zgromadzonych przez siebie pieniędzy zagraniczne banki nie chcą przeznaczać na rozwój akcji kredytowej, co byłoby z pożytkiem dla polskiej gospodarki. Kupują za nie obligacje skarbu państwa i NBP. Banki lokują więc swoje środki całkowicie bezpiecznie, mając pewność, że mogą one tylko rosnąć – razem z dywidendami kierowanymi za granicę. Za ich zyski płaci Polska, w formie wysokiego oprocentowania państwowych papierów skarbowych, czyli praktycznie każdy z nas. Słusznie Sławomir Sikora, prezes Citi Handlowego (amerykański), twierdzi, że polski rząd będzie w tym roku najlepszym klientem banków komercyjnych, kierując na rynek kolejne pakiety bezpiecznych papierów z dobrą marżą. Tyle że kupowanie tych obligacji oznacza ograniczanie rozmiarów kredytów, co zwiększa zagrożenie dla polskiej gospodarki.
Nie ma sposobu, by zmusić zagraniczne banki działające w Polsce do tego, do czego m.in. zobowiązywały się podczas prywatyzacji naszego systemu bankowego, czyli do racjonalnego wspierania rozwoju polskiej gospodarki za pomocą kredytów. Owszem, teoretycznie można zagrozić im rozwiązaniem umów prywatyzacyjnych, wskazać na zobowiązania licencyjne, które trzeba wypełniać z najlepszą wolą. Nikt jednak nawet w najśmielszych teoriach nie może sobie wyobrazić, by rząd ubogiego europejskiego kraju kiedykolwiek mógł i chciał cokolwiek dyktować wielkiej międzynarodowej korporacji, za którą stoi cała siła dyplomacji jej macierzystego państwa, wsparta siłą potężnych kapitałów.

Czy to, że banki swoje centrale mają za granicą, wpływa na ich politykę kredytową?

Prof. Andrzej Kaźmierczak, finanse, bankowość, SGH
Wpływa. Wprawdzie oddziały banków zagranicznych są odrębnymi spółkami, ale formy organizacyjne sprawiają, że jako oddziały całkowicie podlegają nadzorowi central w kraju macierzystym. Filie zagranicznych banków podlegają nadzorowi finansowemu w Polsce i tutaj gromadzą środki i fundusze, ale jako w istocie oddziały zagranicznych central mogą transferować wszystko, co zgromadziły. Choć obsługują klientów w Polsce, w świetle prawa międzynarodowego nie mają obowiązku udzielania kredytów w czasie kryzysu. Nie dość, że rośnie udział banków zagranicznych w Polsce, to jeszcze te, które zachowywały pewną odrębność, przekształca się w oddziały, aby spokojnie transferować środki za granicę. Udział takich oddziałów z możliwością transferu kapitału w Polsce wynosił w 2007 r. 4%, było ich tyle, ile banków spółdzielczych, podczas gdy kilka lat wcześniej mieliśmy zero oddziałów zagranicznych. Na wszystko to się zgodziliśmy, wstępując do Unii Europejskiej.

Dr Agata Gemzik-Salwach, Katedra Finansów i Bankowości WSiZ w Rzeszowie
Fakt, że banki w Polsce mają swoje centrale za granicą, jest jednym z czynników, choć na pewno niejedynym przyczyniającym się do silnego ograniczania podaży kredytów, które obecnie ma miejsce w sektorze bankowym. Wystarczy zauważyć, że placówki banków zagranicznych nie mają pełnej autonomii decyzyjnej, a zagraniczne centrale banków narzucają spółkom córkom limity kredytowe. W 2008 r. dużo mówiło się też o transferach gotówki z oddziałów w Polsce do banku macierzystego za granicą pod postacią otwierania lokat w zagranicznych centralach i dywidend, co automatycznie zmniejsza ilość pieniądza, który mógłby być przeznaczony na akcję kredytową w kraju. Komisja Nadzoru Finansowego badała nawet ten problem, ale nie dopatrzyła się uchybień. Warto jednak zastanowić się nad tym, jak w sytuacji, gdy banki w Polsce gwałtownie domagają się pomocy od NBP i państwa, zadbać o to, aby wsparcie to nie zostało wykorzystane do spłaty zadłużenia wobec zagranicznej centrali grupy czy wręcz do udzielenia pożyczki tej centrali.

Dr Richard Mbewe, analityk
Kilka lat temu poruszałem ten temat w publikacjach prasowych i mówiłem, że nie podoba mi się, że większość banków polskich jest w obcych rękach, ich właściciele kierują nimi bowiem z punktu widzenia własnego, globalnego interesu, który się koncentruje w takich ośrodkach politycznych jak Frankfurt, Londyn, Nowy Jork, i nie mają nic wspólnego z sytuacją gospodarczą w Polsce. Widać to szczególnie wyraźnie dzisiaj. Wówczas mówiłem, że to wstyd, że Polska jako trzeci-czwarty największy kraj w Europie nie ma takiej instytucji. Zasugerowałem nawet połączenie banku PKO BP i PZU w jeden system finansowy, który w przypadku kłopotów mógłby działać wspierająco, oddziaływać korzystnie na polską gospodarkę i działać z punktu widzenia interesów Polski. Nie mam dowodów na to, że zagraniczne banki szkodzą polskiej gospodarce, ale słyszałem wiele razy, że jakoby przyszły polecenia „z góry”, aby nie udzielać kredytów do czasu, aż sytuacja finansowa w świecie się ustabilizuje.

Prof. Bogumił Bernaś, finanse międzynarodowe, Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu
Zawsze to ma jakiś wpływ, jednak jeśli w tych bankach jest samodzielne kierownictwo krajowe, to może ono dużo zrobić dla naszych podmiotów. Z tego, co wiem, nasze oddziały banków zagranicznych mają duże pole manewru, i widać to po tym, że w obecnym kryzysie, który rozgrywa się poza Polską, pewne kłopoty nas omijają. To jest właśnie wynik odrębności i samodzielności.

Dr Ryszard Bugaj, doradca ekonomiczny prezydenta
Nie mam pewności, ale podejrzewam coś, co oczywiście jest chronioną tajemnicą banków, że jeśli w niektórych krajach banki matki są związane np. z sektorem przemysłowym niechętnym konkurencji w Polsce, to dbają o to, by konkurencja nie wzmacniała się. Także instytucje branżowe dla całego układu mogą naciskać, aby wybierano rozwiązania – również kredytowe – korzystne dla nich. Nie jest więc zdrową sytuacją, że 80% rynku znajduje się w rękach banków zagranicznych. Istnieje też wielkie pytanie, czy dochodzi do transferu za granicę zysków osiąganych w Polsce. „Rekiny” finansowe zapewniają, że tak nie będzie, ale kwestia kapitału banków pozostaje. Banki o potężnym kapitale mają z czego udzielać kredytów, nawet jeśli w kryzysie wiąże się to z większym ryzykiem. Natomiast banki, których kapitał jest niewielki, a uzyskane już zyski były transferowane za granicę, nie będą chciały ponosić ryzyka i ich skłonność do udzielania kredytów może zmaleć.

Prof. Wiesława Ziółkowska, b. członek Rady Polityki Pieniężnej
Banki zagraniczne są wyczulone na opinie swoich central, które zwłaszcza obecnie zalecają dużą ostrożność np. w udzielaniu kredytów, i to przenosi się na ich spółki córki. Wyraźnie widać, że tak jest. Obecnie kredytobiorcy trudniej spełnić wszystkie warunki, jest on poddawany ostrzejszym rygorom oceny, czy posiada zdolność spłaty kredytu.
Not. Bronisław Tumiłowicz

Wydanie: 7/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy