Czy Niemcy rozliczyli się z przeszłości? – rozmowa z prof. Anną Wolff-Powęską

Czy Niemcy rozliczyli się z przeszłości? – rozmowa z prof. Anną Wolff-Powęską

W Niemczech po wojnie nastąpiło całkowite odwrócenie ról ofiar i sprawców. Skoro przegraliśmy, to my jesteśmy ofiarami

Z prof. Anną Wolff-Powęską rozmawia Paweł Dybicz

Czy Niemcy uznali, że rozliczyli się z przeszłości, z tego, co robili w czasie II wojny światowej?
– Sądzę, że tak. Myśląc oczywiście o Niemcach jako zbiorowości, społeczeństwie. Co do pojedynczych osób nie możemy mieć stuprocentowej pewności, ale opinia publiczna, partie polityczne z pewnością są przekonane, że po 70 latach od wybuchu wojny Niemcy rozliczyły się z własnej przeszłości, z III Rzeszy. W sensie prawnym i politycznym. W sensie moralnym nie byłabym już tego taka pewna.
A w sensie materialnym?
– O tym już się nie mówi. To drażliwy temat, którego nikt nie chce poruszać, bo zawsze znajdzie się grupa ofiar, która nie czuje się usatysfakcjonowana, uznając, że zadośćuczynienie nie było pełne albo ją pominęło.
Albo podniosą się głosy samych Niemców, że nie dość, że mają płacić za III Rzeszę, to jeszcze teraz na Grecję, Hiszpanię…
– Już je słychać. Dlatego jestem przekonana, że przeciętny Niemiec nie będzie sobie zaprzątać głowy kolejną rocznicą wybuchu II wojny światowej, bo on teraz myśli o finansach własnych i kraju. Oczywiście jest spora grupa uwrażliwionych intelektualistów, przeświadczonych o tym, że rozrachunek nigdy się nie kończy, że naród bez pamięci zatraca nie tylko swoją wartość, ale i rozumienie pojęć dobra i zła, a nawet ich rozróżnienie. Dlatego każda nowa generacja musi się skonfrontować z własną przeszłością i na własną rękę, własnym językiem i na swój sposób musi się nią zajmować.

Wersal i Poczdam

Niemcy mieli parę etapów zmagania się z własną historią. Czy w pierwszym, powojennym, słuszna była polityka władz, by nie wychodzić poza denazyfikację, by nie obciążać winą narodu?
– To jest fundamentalne pytanie, które wielu Niemców sobie stawia – głównie historycy, którzy zajmują się tym zagadnieniem, jak również politycy i publicyści. Jednoznacznej odpowiedzi na nie nie ma. Po wojnie oczekiwania ofiar III Rzeszy były takie, że cała praca Niemców nad pamięcią będzie wyglądała jak w rytuale religijnym: wyznanie winy, pokuta, zadośćuczynienie, przebaczenie, pojednanie. Życie pokazało, że były to iluzoryczne oczekiwania, gdyż rozliczenie to przede wszystkim proces rozłożony w czasie. Kiedyś, przed 20, 30 laty, dziwiłabym się, że Niemcy potrzebują tyle czasu, by się oswoić z ciężarem winy. Dzisiaj twierdzę, że cała ich strategia obchodzenia się z przeszłością i własnym uwikłaniem w system nazistowski była nieunikniona. Aby się pochylić nad swoją winą, trzeba było wiedzy i zrozumienia genezy, przebiegu i konsekwencji całego rozmiaru zbrodni. Pamięć zbiorową określa minimum treści i maksimum symboli. Niemcy nie mogli narodzić się nagle obywatelami świadomymi swej odpowiedzialności za konsekwencje polityki III Rzeszy. Do tego potrzebne były dystans czasowy, zmiana generacyjna, nowy język edukacji i nowa świadomość. Niezbędna była również zmiana całego świata wartości, skoro stary legł w gruzach. Jeśli Niemcy wykluczyli Żydów i Słowian jako podludzi, trudno było oczekiwać, by w obliczu klęski zmienili nagle nastawienie wobec swych ofiar. Historia nowożytna nie zna dotąd przypadku obchodzenia żałoby po obcych ofiarach przez naród lub państwo, w imieniu którego dokonano zbrodni. Pozostaje więc pytanie, jak obchodzić żałobę po utracie wspólnych wartości. Jak opłakiwać tych, których wykluczono dużo wcześniej z własnej wspólnoty?
Wcześniej również w ramach polityki weimarskiej Polskę uznawano tylko za wersalskiego bękarta, a Polaków za gorszy gatunek ludzi.
– Nawet jeszcze wcześniej. Kiedy studiowałam XIX-wieczne niemieckie podręczniki do geografii, uderzającym elementem była obowiązująca w nich ideologia wszechniemiecka. Już wtedy rodziły się pojęcia wyższości rasy niemieckiej, koncepcje narodu bez przestrzeni. Korespondowały z tym dzieła twórców, pisarzy. Wracając do tego ważnego pytania, trzeba zauważyć, że dzisiaj wspólnotę milczenia, która miała miejsce po 1945 r. i którą akceptowały wszystkie partie polityczne, uznaje się za niezbędną cenę sukcesu demokracji. Kanclerz Konrad Adenauer postawił na integrację z Zachodem, stanął po stronie zwycięzców. Zresztą podział Niemiec sprzyjał temu, podobnie jak cała zimna wojna. I antykomunizm, który prowadził do myślenia: my jesteśmy lepsi, bardziej demokratyczni, cywilizowani. Komunizm to nasz nowy wróg. Podział na dwa wrogie ideologicznie obozy sprzyjał zmowie milczenia. Ale jak już powiedziałam, nie było wówczas potrzeby zastanawiania się nad własną winą, ponieważ nastąpiło całkowite odwrócenie ról: ofiar i sprawców. Skoro przegraliśmy, w Poczdamie narzucono nam drakońskie warunki, to my jesteśmy ofiarami.
Ale przecież nie było tak, że Niemcy nie wiedzieli, co robili przed wojną i w jej trakcie. Był proces norymberski i inne, w wyniku których wielu nazistów poniosło karę. Nie toczyły się one w końcu za zamkniętymi drzwiami.
– Niemcami wstrząsnął głównie proces norymberski.
I nie przeorał niemieckiej świadomości? Bo było za wcześnie? Bo nie chciano przyjąć zasady, że jeśli była zbiorowa zbrodnia, musi być zbiorowa kara?
– Nie, nie przeorał. Niech pan pomyśli, kto z Polaków bezpośrednio po 1945 r. przyznałby się do sprawstwa w stosunku do żydowskich sąsiadów, do denuncjacji i Jedwabnego, bił się w piersi za pogromy? Niemcy, chociaż wydawałoby się, że do tego nie mają prawa, byli skoncentrowani na własnej klęsce, na utracie Ziem Zachodnich, na podziale Niemiec. Uważali, że są ofiarami wojny. Nikt poza garstką intelektualistów, którzy zresztą wyemigrowali w czasach nazistowskich, nie był w stanie inaczej myśleć. Większość powojennych Niemców uznała proces norymberski (i denazyfikację) za nieuzasadniony, za niesprawiedliwość dziejową i rodzaj zemsty zwycięskich aliantów. Powszechne było żądanie godziny zero i zakończenia okresu powojennego.

Gruba kreska

O to apelowali też duchowni ewangeliccy i katoliccy.
– Wielu hierarchów Kościoła protestowało przeciw praktyce denazyfikacyjnej jako źródłu niesprawiedliwości, wzywało do bojkotu. Wszyscy oczekiwali grubej kreski.
A od kiedy miałaby się ona liczyć? Od 8 maja 1945 r.?
– Nie da się jej jednoznacznie powiązać z tą datą, dokładnie jej wyznaczyć.
Bo 8 maja nie był dla Niemców datą wyzwolenia.
– Nie był, gdyż z bezwarunkową kapitulacją wiązało się upokorzenie. Prezydent Richard Weizsäcker powiedział 8 maja 1985 r., że Niemcy powinni postrzegać ten dzień jako datę symbolizującą „koniec pomyłek niemieckiej historii”, dzień, który wyzwolił Niemców „od gardzącego ludzką godnością narodowosocjalistycznego systemu przemocy”. Na to publiczne wyznanie państwo zachodnioniemieckie potrzebowało jednak 40 lat. Weizsäcker wystąpił w imieniu klasy politycznej i obywateli RFN. Pozostaje jeszcze kwestia wymiaru winy i kary, kategorii, które w obliczu prawa odnoszą się zawsze tylko do jednostki. Teza o winie zbiorowej była jednak wszechobecna. Skoro na procesie norymberskim i podczas innych procesów żaden z oskarżonych nie uznał się za winnego, za zbrodniarza…
…poza Speerem…
– …tak, poza Speerem, to oskarżało się cały naród. Zbrodnie nazistowskie, ludobójstwo były tak niepojmowalne i nieporównywalne z żadnymi dotychczasowymi konfliktami zbrojnymi, że przyznanie się sprawców do winy musiałoby stygmatyzować na całe życie. Powojenna zmowa milczenia wynikała również z potrzeby integrowania społeczeństwa z nowym państwem i nowym systemem politycznym. Państwo musiało sprawnie funkcjonować, a do tego potrzebne były wykwalifikowane kadry we wszystkich dziedzinach życia. Toteż pierwsze władze demokratycznych Niemiec zostały skonfrontowane z podstawowym pytaniem, jak budować nowy ustrój z nazistami, żołnierzami Wehrmachtu, sympatykami Hitlera. Czy można w demokratycznym państwie wykluczyć większość społeczeństwa z udziału w życiu publicznym? Gdyby zarówno w NRD, jak i w RFN odrzucono ludzi czynnie lub biernie popierających nazizm, w wielu branżach zabrakłoby rąk do pracy. Szczególnie drażliwy był problem wojska. Bundeswehrze i jej morale potrzebny był pozytywny bohater. W Niemczech słusznie uznano, że w procesie przechodzenia od totalitaryzmu do demokracji wykluczenie dużej części ludzi nie tylko łamałoby zasady demokracji, lecz także przeczyłoby idei ciągłości państwa, jego tradycji. Można powiedzieć, że namiastkę tego obserwowaliśmy po upadku NRD.
W Polsce też pojawiło się wykluczenie, lustracja.
– W książce wspominam o tym w kontekście, jak to się ma do kardynalnych praw demokracji.
W latach 60. doszło do głosu młode pokolenie, urodzone po wojnie. W jakim stopniu ta rewolta młodych wpłynęła na rodziców zbuntowanych?
– W bardzo dużym. Chociaż w ostatecznym rozrachunku można tej generacji wiele zarzucić, szczególnie w jej zbiorowej ocenie komunizmu, to jeżeli chodzi o sprawy oglądu nazizmu, była to bardzo ważna rewolta, która pomogła socjaldemokratom i Willy’emu Brandtowi. Generacja roku ‘68 postawiła rodzicom pytanie: dlaczego milczeliście?
Ale odpowiedzi z reguły nie otrzymywała.
– Rzeczywiście, generalnie spotykało się to z milczeniem. Wyznań rodzinnych nie było. Który ojciec czy dziadek gotów byłby przy świątecznym stole opowiadać o rozstrzeliwaniach i mordach, o swoim sprawstwie? Liczne badania przeprowadzone już po zjednoczeniu Niemiec, m.in. na marginesie wystawy o zbrodniach Wehrmachtu czy rozgłosu książek Goldhagena, wykazują, że w międzygeneracyjnych rozmowach nie ma szczerości ani wyznania winy. Dominuje strategia usprawiedliwiania, relatywizacji zbrodni, szukania winnych w systemie. Brakuje refleksji nad własną rolą, uczestnictwem i odpowiedzialnością. Wracając do 1968 r., trzeba powiedzieć, że powstał wówczas ferment, klimat, który wzmocniony przez utworzenie koalicji SPD-FDP miał wymierne skutki w postaci traktatów z ZSRR i Polską, a potem z innymi krajami. Układ z Polską z grudnia 1970 r. normalizował stosunki, w jego wyniku rozpoczęła się wymiana kulturalna i naukowa. Jednak dopiero w 1975 r. oficjalnie dostrzeżono w RFN datę 1 września. Przez 30 lat zachowywano się tak, jakby jej nie było.
Czy to ostrożne w stosunku do nazistowskiej przeszłości Niemców postępowanie kanclerza Brandta, a potem Schmidta było pochodną tego, że w 1969 r. tylko 34% ich rodaków opowiadało się za pojednaniem z Polską? To ograniczało liderów socjaldemokratów?
– Pamięć o zbrodniczej naturze i polityce narodowego socjalizmu charakteryzuje stale obecna asymetria między oficjalną, rytualną polityką wobec przeszłości państwa niemieckiego a indywidualnym namysłem i refleksją, między polityczną poprawnością i nakazem moralnym a indywidualną potrzebą zapomnienia. Ten dualizm stanowi źródło napięć i konfliktów. Wyniki badań demoskopijnych potwierdzają tę prawdę. Nie tylko zdecydowana większość przez pierwsze dziesięciolecia nie widziała możliwości pojednania z Polakami. Jeszcze gorzej było z deklarowanym antysemityzmem. A przecież wydawałoby się, że po Holokauście musi dojść do przełomu. Auschwitz w tym względzie nie dokonał rewolucyjnej zmiany nastawienia Niemców wobec Żydów. Do akceptacji nowych realiów politycznych, nowej granicy z Polską nie były gotowe ani władze RFN, ani społeczeństwo. Wiedza na temat Polski i europejskiego wschodu była znikoma. W podręcznikach szkolnych dominował negatywny wizerunek Polski jako kraju, który zaanektował niemiecki wschód i dokonał wypędzenia Niemców. Polsko-niemiecka komisja podręcznikowa powstała dopiero w II połowie lat 70. Miała bardzo duże osiągnięcia, ale wprowadzenie jej ustaleń do podręczników znów trwało prawie 20 lat.

Rycerski Wehrmacht

Niemcy postrzegają II wojnę światową przez pryzmat, po pierwsze, Holokaustu, a po drugie, wojny ze Związkiem Radzieckim. Niemiecki ogląd Holokaustu można wytłumaczyć, ale czemu nie chcieli dostrzec 1 września 1939 r.?
– Data 1 września 1939 r. przypomina Niemcom, kto był w tej wojnie agresorem i okupantem. Tymczasem propaganda niemiecka karmiła swe społeczeństwo mitem wojny obronnej. Zresztą przyczyn pomijania rocznicy wybuchu II wojny światowej było wiele. Dominowało lekceważenie Polski. Była wrogim państwem, we wrogim obozie. „Hańbę” Wersalu rychło zastąpiono „krzywdą” Poczdamu. Nieuznawanie granicy na Odrze i Nysie, poparcie dla hałaśliwych manifestacji organizacji ziomkowskich wypełniło przestrzeń publiczną, ułatwiając tłumienie odpowiedzialności za wyrządzone wschodnim sąsiadom zło i sprzyjając odwróceniu ról sprawcy i ofiary. Politycznym zwycięzcą okazali się Niemcy. Polakom pozostała tylko moralna satysfakcja.
Już po upadku muru berlińskiego ogromnym rezonansem odbiła się w Niemczech wystawa o zbrodniach Wehrmachtu, ale datą początkową był 1941 r. Czyli we wrześniu 1939 r. i potem Wehrmacht był rycerski?
– Wystawa poświęcona Wehrmachtowi nie obejmowała całej historii tej formacji zbrojnej. Obecność Wehrmachtu w Polsce pozostała poza polem zainteresowania organizatorów. Małą satysfakcją była zorganizowana 1 września 2004 r. na Zamku Królewskim w Warszawie wystawa „Z największą brutalnością. Zbrodnie Wehrmachtu w Polsce, wrzesień-październik 1939”. Choć wystawa hamburskiego Instytutu Badań Społecznych pokazywała tylko fragment historii Wehrmachtu, dla Niemców okazała się bardzo znacząca i wstrząsająca, ale… W literaturze naukowej dość późno pojawiła się teza, że napaść na Polskę, stosunek do Polaków i zbrodnie na nich były formą realizacji antysłowiańskiego rasizmu. Najnowsze badania odsłaniają stopniowo cały wymiar zbrodniczej polityki wobec narodów słowiańskich. Pokazują, w jaki sposób niemiecki nacjonalizm ewoluował w stronę rasizmu, jak nazistowska polityka zmierzała do wyrugowania ludności słowiańskiej i zasiedlenia jej ziem przez wyższą rasę germańską i wreszcie jaką rolę odegrał niemiecki Wehrmacht.
Czy wśród Niemców nie zaczyna coraz bardziej funkcjonować relatywizm, a mordercy często stroją się w szaty ofiar?
– O jakich mordercach dzisiaj mówimy? Jeśli myślimy o wnukach czy prawnukach, to oni nie mają nic wspólnego z tym, co było udziałem Niemców w latach 1939-1945. Oczywiście w dziejach powojennych Niemiec są niezliczone przykłady relatywizacji zbrodni. Trzeba przeciwstawić się temu i nie pozwolić, by prawda polityczna dominowała nad prawdą historyczną. Ale nie możemy Niemca, który ma 20 czy 30 lat, obarczać odpowiedzialnością za zbrodnie jego dziadków. Jest odpowiedzialny tylko za to, by wyciągnąć konsekwencje z tragicznej przeszłości, by wiedza o tej przeszłości pozwoliła wziąć pełną odpowiedzialność za teraźniejszość, by wreszcie ta wiedza była rzetelnie przekazywana i popularyzowana.
Czy ten dyskurs nie jest zakłócany inną odmianą relatywizmu, polegającą na porównywaniu nazizmu z bolszewizmem, nierzadko na podkreślaniu, że zbrodnie komunizmu były pierwsze? Czy to nie jest ucieczka od historii, a raczej od własnej przeszłości, albo pokazanie, że nie byliśmy jedyni?
– Badania porównawcze są dla historyka niezwykle przydatne. Pokazują wiele prawidłowości, zmuszają do stawiania nowych pytań. Zawsze jednak istotne jest pytanie, w jakim celu to robimy, jaką funkcję mają spełniać porównania. Jeżeli polityk, który ma świadomość, jak wielkim potencjałem politycznym jest pamięć zbiorowa, porównuje tylko po to, żeby wyeksponować swoją prawdę, jest to próba manipulacji prowadząca często do fałszowania przeszłości.
Kto miał większy wpływ na zmianę poglądów większości społeczeństwa? Elity naukowe, kulturalne czy politycy?
– Trudno wyważyć, kto miał większy wpływ, bo i tak wszystko zależy od odbiorcy. Na człowieka, który czyta, interesuje się historią nie tylko własnego narodu, ma krytyczne podejście do źródeł, oczywiście większy wpływ ma intelektualista, twórca kultury, ale na pozostałych wszechpotężny wpływ mają media i proste interpretacje zawiłych zagadnień. Nie wiem, do ilu Niemców dotarło przełomowe przemówienie prezydenta Weizsäckera. Polityka, w tym historyczna, to nie tylko przemówienia, lecz także to, jak obchodzimy różne święta, jakie pomniki powstają, jakie muzea i wystawy są eksponowane i jakich bohaterów się przypomina. W kształtowaniu tej polityki uczestniczą także obywatele, ich przedstawiciele w miastach i gminach, nauczyciele, ludzie kultury.

Dwie pamięci

Do 1990 r. istniały dwa państwa niemieckie, dwie historie, dwa mity założycielskie tych państw.
– I dwie pamięci.
Czym się różniły w przypadku oglądu II wojny światowej i jaki problem mają z tym dzisiejsi Niemcy?
– W zrozumieniu własnej winy nie różniły się wiele. Różniła je ideologia, ich rozrachunek był nie tylko odpowiedzią na oczekiwanie świata zewnętrznego, ale był skierowany przeciwko drugiemu państwu niemieckiemu. Oba państwa znalazły się w dwóch ideologicznie różnych obozach zwycięskich i w dwóch różnych blokach militarnych. Antyfaszyzm, który stał się ideologią państwową NRD, negował własną winę, ponieważ wynikało to z oficjalnej definicji nazizmu. Uznawano go za produkt imperializmu i kapitalizmu. W związku z tym cała odpowiedzialność spadała na Niemcy Zachodnie, niejako na państwo imperialistyczne. Jeśli chodzi o RFN, to wzięła ona na siebie całą odpowiedzialność, choćby przez politykę odszkodowawczą. Przeświadczenie wielu badaczy, że zjednoczenie Niemiec będzie zjednoczeniem również winy, okazało się iluzoryczne.
Czy to, że tak wielu Niemców nie jest dostatecznie niemieckich, jest z naszego punktu widzenia korzystne?
– Nie tylko dla Polski, ale i dla Europy jest lepiej, jeżeli Niemcy są społeczeństwem wielokulturowym i wieloetnicznym. Często zapominamy, że inspiracją do jednoczenia Europy były nie tylko kwestie gospodarcze, że główną przyczyną jednoczenia się był problem niemiecki. Chodziło o to, żeby tak zintegrować Niemcy w demokratycznym systemie państw europejskich, by już nigdy nikomu nie zagroziły. I ta idea się sprawdziła, okazała się skuteczna.
Jesteśmy w tej samej organizacji militarnej i w związku państw. Czy to w sposób naturalny wpływa na zainteresowanie Niemców Polską, jej przeszłością, a szczególnie II wojną światową?
– Nie. Bądźmy realistami. Dziś Niemców interesuje teraźniejszość i bezpieczna przyszłość. A nade wszystko stan finansów państwa, rynek pracy.
Bo znów słyszą, że muszą płacić, tym razem łożąc na Grecję i inne kraje eurolandu?
– To zrozumiałe, że tak myślą. Nowe pokolenia Niemców, podobnie jak Polaków, niespecjalnie interesują się przeszłością. Natomiast dla strażników przeszłości – historyków, autorów podręczników szkolnych, dla tych, którzy kształtują opinię publiczną – istotne jest to, aby pamięć o przeszłości była żywa. Pytanie tylko, w jaki sposób, w jakiej formie ma być ona przekazywana.
Właśnie, czego się uczą z podręczników młodzi Niemcy?
– Trudno dzisiaj znaleźć w niemieckich podręcznikach szkolnych materiał do zakwestionowania. To m.in. efekt działalności Komisji Podręcznikowej, pracującej od kilku dziesięcioleci. Jej aktywność oraz intensywne debaty polskich i niemieckich historyków spowodowały, że w podręcznikach funkcjonuje poprawny wizerunek dziejów naszego państwa. Przybliżenie Niemcom Polski to także efekt powstałego w latach 70. Forum Polsko-Niemieckiego, wymiany młodzieży, partnerstwa miast, kontaktów świeckich elit chrześcijańskich. Okazało się, że u progu przemian w stosunkach z Niemcami byliśmy o wiele dalej niż Czechosłowacja czy Węgry, nie mówiąc o Bułgarii i Rumunii. W czasach PRL sporo już osiągnęliśmy w wymianie ludzi, myśli i idei. Dlatego w 1990 r. nie zaczynaliśmy od zera. To, co zrobiono wcześniej, było dobrym fundamentem do budowania więzi międzyludzkich i kontaktów partnerskich.
Czy dla zwykłego Niemca z czterech dat, tj. 1918 r., 1 września 1939 r., 8 maja 1945 r. i 9 listopada 1989 r. (obalenie muru berlińskiego), najważniejsza jest ta ostatnia?
– Myślę, że tak, chociaż zależy dla kogo. Rok 1918 r. to już dla zachodnich sąsiadów odległa historia, tak jak dla nas powstanie listopadowe. Rok 1945 to klęska i chce się ją jak najdalej odsunąć. 1 września dla wykształconego człowieka, który czyta, interesuje się historią, coś znaczy, ale przeciętnemu mieszkańcowi np. bawarskiego miasteczka chyba z niczym się nie kojarzy. Zresztą gdybyśmy przeprowadzili badania w Polsce, okazałoby się, że statystyczny Kowalski, który nie interesuje się przeszłością i mało czyta, też niewiele wie o tym, co się wydarzyło 1 września 1939 r. albo 17 września. Dla Niemców więc rok 1989/1990 jest dziś najważniejszy i nie ma co się temu dziwić. Zburzenie muru i zjednoczenie Niemiec stało się dla obywateli tego kraju spełnieniem konstytucyjnego zamierzenia i zwycięstwem wolności. Udział Polski w tym przełomowym wydarzeniu stwarza szanse na lepszy dialog obu pamięci.


Prof. Anna Wolff-Powęska – historyk, specjalistka w zakresie stosunków polsko-niemieckich, profesor na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, w latach 1990-2004 dyrektor Instytutu Zachodniego w Poznaniu. Na rynku księgarskim jest jej najnowsza książka „Pamięć – brzemię i uwolnienie. Niemcy wobec nazistowskiej przeszłości (1945-2010)”.

Wydanie: 35/2011

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy