Z czym my do tej Europy

Z czym my do tej Europy

Polityka kulturalna nie musi być represją ani jałmużną

Kongresy nadają się na ogół do wyśmiania, ale nie ten. Odbywa się bowiem w ponurej chwili, gdy wzmożona presja procesu jednoczenia Europy i integracji kulturowej zbiega się ze wzmożonym w Polsce lekceważeniem kultury i brakiem woli politycznej, aby kulturę potraktować serio. Świadczy o tym komiczny ułamek procenta przeznaczonego na kulturę w budżecie. Sprawa jest poważna i dotyczy całości tego obszaru życia polskiego, który nazywa się kulturą. Skoro Kongres Kultury Polskiej w tej właśnie sytuacji się odbywa, powinien stanowić reprezentację współczesnej kultury polskiej w jej całości. Ale czy stanowi? W końcu każde zebranie może się nazwać kongresem kultury. Dlaczego nie? Tylko że opinia takiego kongresu o sprawach publicznych funta kłaków nie będzie warta. Rząd z uczuciem ulgi mógłby wówczas potraktować ją tak, jak w ogóle traktuje kulturę. I nie domagać się, aby taki Kongres Kultury odpowiedział na pytanie w obecnej chwili podstawowe, a mianowicie, w jaki sposób kultura polska chce stawić czoło wyzwaniom europejskim. Bo może nie warto? Tym bardziej że “stawić czoło” to w tym wypadku znaczyłoby prowadzić jakąś politykę kulturalną. Tymczasem w Polsce nawet samo pojęcie polityki kulturalnej uległo całkowitej deprecjacji, bo to symbol ucisku i przemocy politycznej oraz policyjnej. Praktyka zaś została zdewaluowana w myśl doktryny liberalistycznej, że im mniej państwa w kulturze, tym dla niej lepiej.
Kongres Kultury musiałby więc postulować nowe rozumienie polityki kulturalnej. Musiałby przekonywać, że polityka kulturalna nie musi być represją bądź jałmużną. Że nie musi polegać na pilnowaniu tzw. środowisk twórczych, że odnosząc się do twórców, dając im godziwe warunki pracy, musi jednocześnie odnosić się i do odbiorców, dając im wykształcenie, czyli zdolność do odbioru dzieł kultury i umożliwiając im dostęp do nich. Żadna bowiem twórczość nie może kwitnąć, kiedy nikt jej nie rozumie, ani nie potrzebuje. A jeżeli nie kwitnie, to z czym my do tej Europy? Z naszymi stereotypami, traktowanymi jako święta tradycja polska? Najgroźniejszy wśród nich to stereotyp martyrologiczny. Martyrologia bowiem likwiduje krytycyzm, potrzebę trzeźwego myślenia, likwiduje odpowiedzialność za klęski, uzasadnia pretensje do innych narodów. Jest ukrytym źródłem nacjonalizmu we wszelkich jego postaciach. Łącznie z tymi, dla których potwierdzeniem własnej wartości jest dyskryminacja, a nie zdolność współżycia. Tego rodzaju postawa stanowi największą przeszkodę na drodze procesu europejskiej integracji kulturowej. Toteż skoro mamy jej sprzyjać, polska polityka kulturalna musi być wymierzona przeciw rodzimym, ale także i obcym nacjonalizmom. W praktyce oznacza to przede wszystkim radykalną reformę naszych programów szkolnych. Trzeba je przebudować tak, aby licea każdej specjalności dawały wykształcenie ogólne, czyli humanistyczne, na tym samym wysokim poziomie. Tylko wtedy technik będzie zdolny do rozumienia systemów wartości odmiennych od własnego.
Trzeba, aby to wykształcenie humanistyczne pozbyło się swego obecnego, tradycyjnego charakteru polonocentrycznego i dawało umiejętność porównania kultury własnej z kulturami obcymi. Na tej podstawie budziło i rozwijało zmysł krytyczny, bo tradycja wtedy tylko jest żywa, kiedy podlega krytyce, a nie uwielbieniu na kolanach. Tylko tak usposobieni ludzie mogą być zdolni do współżycia z obcymi. Integracja kulturowa od tego przecież zależy. Tak oto niełatwy problem naszego udziału w procesie europejskiej integracji kulturowej to przede wszystkim zadanie naszego systemu oświatowego, zacofanego od zawsze, a obecnie zrujnowanego przez nieudolną, biurokratyczną reformę. Oczywiście, Kongres Kultury Polskiej roku 2000 nie musi odnosić się do tego wszystkiego. Może poprzestać na spóźnionym nieco (bo o sto lat zaledwie), odkrywaniu tzw. praw wolnego rynku, na którym kultura nasza nie umie się znaleźć. Może także, jak każe tradycja, zająć się kolejną apologią kultury polskiej w nadziei, że zrobi to odpowiednio silne wrażenie na pertraktujących z nami dyplomatach Unii Europejskiej, a także wpłynie łagodząco na naszych własnych patriotycznych fanatyków. Jednakże przemilczany problem o podstawowym znaczeniu przez to nie zniknie. A chowanie głowy w piasek szkodzi, jak wiadomo, przede wszystkim głowie.

Wydanie: 49/2000

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy