Pejzaż literacki 2005

Pejzaż literacki 2005

W polskiej literaturze ubiegłego roku wyłoniły się nowe, ciekawe trendy

Linia frontu biegnie przez banki, markety, restauracje zachodnich sieci. Tutaj wschodzące pokolenie rodaków, głodne sukcesu i pieniądza, bywa formatowane zgodnie ze standardami zachodnich korporacji. Co odbywa się w atmosferze poniżenia i ciężkich strat na polu godności własnej. Dla gorącej literatury materiał, jak znalazł. Pokazowy użytek zrobił z niego Dawid Bieńkowski powieścią „Nic”. Krok po kroku udokumentował upokorzenie dumnego nauczyciela historii, któremu wydawało się, że złapał Pana Boga za nogi, gdy sieć zachodnich hamburgerowni zaproponowała mu skromne stanowisko na swym polskim przyczółku. Z czasem okazało się, że to nic innego tylko tzw. złote kajdanki. Poczucie godności się ulotniło, a został neurotyczny lęk, że dziś na dyżurze nie dopełniło się któregoś tam paragrafu z obszernego „manuala” firmy. Ale bohater Bieńkowskiego i tak miał szczęście. Bo już bohaterowie „Ballady o dobrym dresiarzu” Marka Kochana – nie. Plączą się od jednego castingu do drugiego, co tylko wzmaga ich frustrację. A ta panoszy się również na prowincji, gdzie kapitalistyczna gorączka ledwo się zaznacza. „Pan Staszek trzepie dywan i jest wkurwiony” – tak syntetyzuje stan ducha milionów rodaków Sławomir Shuty, kronikarz rodzimego dorobkiewiczostwa, w najnowszym tomie „Cukier w normie z ekstra bonusem”.
Pan Staszek nie zgłusza się tanią nalewką pod wiejskim sklepem, ale też nie aspiruje do stanowiska kierownika hurtowni. Trzepie dywan pilnie i z oddaniem, ale z telewizji wie, że te cwaniaki w Warszawie stąpają po takich dywanach, jakich jego trzepaczka nigdy nie dotknie. To powoduje ból i udrękę. Nie stwierdza się bardziej trafnego obrazu Polaka 2005 niż wkurwiony pan Stasiek przy trzepaku.
Ale to pół biedy, bo mamy również przypadki niemoty inteligenta po przejściach. Bohatera powieści Zbigniewa Mentzela „Wszystkie języki świata” formalnie zatkało. Urodzony w zaduchu lat 50., wzrosły w gęstej atmosferze gomułkowszczyzny, przyduszony Gierkiem i stłamszony Jaruzelskim nie umie teraz wydobyć głosu. A przecież jego otchłanne doświadczenia PRL-owskie zalegają głęboko w psychice i gwałtownie domagają się ujścia w formie powieści. Tyle że niedoszłego pisarza paraliżuje solidnie uzasadniona trema. No bo napisać – pół biedy, ale skąd wziąć czytelnika, który dzisiaj znajdzie czułość dla sieroty po Polsce Ludowej. Więc powieści nie będzie, ale co komu szkodzi, wydać sążnisty tom o tym, że się nie udało. Haftował tak Andrzej Kijowski, haftował Wilhelm Mach i znajdowali swoich cmokierów. Może – da dobry Pan Bóg – wrócą cudem tamte czasy.

Panie do poduszki

Piętro niżej panie uprawiają literackie bilanse do poduszki. Jedna zżyna z drugiej, a wszystkie razem – z „Bridget Jones”. „W wieku lat 30. nie miała jeszcze ani jednego męża, spała tylko z czterema facetami, była zaledwie na trzech balach i nie zmieniła pracy ani razu, odkąd ją podjęła” – takie CV wystawia swojej bohaterce („Jestem nudziarą”) Monika Szwaja, dziennikarka telewizyjna, reklamowana przez wydawcę jako autorka powieści „dowcipnych i zakręconych”. W minionym roku ukazało się blisko 50 pozycji literatury tego typu. Jedne wydawca zachwala jako towar z przesłaniem: „Szczęście jest nieraz tuż obok nas, wystarczy po nie tylko sięgnąć („Upoważnienie do szczęścia” Katarzyny Grocholi). Drugie się czyta, bo kalkują poczciwego Fredrę i bohaterkom każą zakładać „Agencje złamanych serc” jak w fabułce Ireny Matuszkiewicz. Ta autorka pozazdrościła zresztą pisarskich rekordów Stanisławie Fleszarowej-Muskat i Krystynie Siesickiej, ponieważ w zeszłym roku umieściła na rynku aż cztery damskie powieści. Tyle samo zresztą co inne producentki, Monika Szwaja i Izabela Sowa. Kpinkujemy sobie z tych seryjnych smuteczków polonistek zatrudnionych na pierwszym etacie i wegetujących w wynajętych kawalerkach, ale też nie mamy złudzeń. To z tej prozy, a nie z roztrząsań zawiedzionych inteligentów przyszłe pokolenia poznawać będą dzień powszedni III RP. Więc odrobina respektu! Zwłaszcza że na strony tej prozy znienacka się można dostać samemu. Bo zdarzyło się, że miłe dziewczę nazwiskiem Natasza Socha, które przez lata pokornie wykonywało pod zwierzchnictwem tu podpisanego co podlejsze obowiązki redakcyjne, rzuciło w tym roku na rynek już drugi bestseller o nazwie „Ketchup”. Jego czarnym charakterem jest wredny szef pewnej uroczej panienki. Z zemsty autorka nadała mu nazwisko Jebutko. Czy to czasem nie…

Klasycy w przeszłości

Osobną półkę zaludniają klasycy. Godni, stylistycznie nienaganni, szkoda tylko, że cali wychyleni w przeszłość. Ryszard Kapuściński w „Podróżach z Herodotem” sumuje wyprawy reporterskie sprzed półwiecza. Hanna Krall w „Wyjątkowo długiej linii”, rewitalizuje pamięć o polskich Żydach zupełnie jak w pięciu poprzednich książkach. Tylko ze znacznie mniejszym wzięciem u publiczności. Wisława Szymborska tegorocznym tomikiem „Dwukropek”, zaledwie drugim po Noblu sprzed 10 lat, też nie wykroczyła poza rejestr niepokojów sprzed lat 10, 20, 30… Henryk Grynberg po staremu gawędzi o Polakach i Żydach w Ameryce (uchodźcy), ale nie udaje mu się wyjść poza to, co ujął w powieści „Kadisz”, ozdobie sezonu 1987. Tadeusz Różewicz („Wyjście”) funduje sobie autolustrację: „w roku 1945 / w październiku / wyszedłem z podziemia / (…) razem z Przybosiem szukałem / miejsca na ziemi / razem ze Staffem zacząłem / odbudowę od dymu / z komina / razem z profesorem Kotarbińskim / głosowałem 3 x tak”. Do tego grona dopisał się Andrzej Stasiuk podróżniczą summą „Jadąc do Babadag”, w której zakonserwował obyczaj Europy Środkowej na chwilę przed tym, zanim przetoczy się przez te tereny walec wolnego rynku i show-biznesu. Powstała więc opowieść – formalina, dla estetów i historyków.
Znalazł się jednak pisarz, który zleżałą historię wcisnął milionom – z ogromnym komercyjnym szwungiem. Janusz Głowacki. Te wszystkie anegdoty ze SPATiF-u, z Obór, ze ZLP-u kursowały już od dziesięcioleci i publiczność zna na pamięć, co powiedział Słonimski o Iwaszkiewiczu, Janusz Wilhelmi o Bohdanie Czeszcze i nawzajem, Mętrak o wódce, a Iredyński o barmanach. Ale Głowacki przyrządził z tego monolog kabaretowego solisty, puenty rozstawił co trzy zdania, paradoksy co cztery, a zabawne cytaty co pół strony. I jego „Z głowy” setki tysięcy czytelników przełknęło na jednym ślizgu. Co świadczy, że inteligent potrafi.

 

Wydanie: 51-52/2005

Kategorie: Kultura
Tagi: Wiesław Kot

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy