Rozliczenia i trupy z szafy

Rozliczenia i trupy z szafy

To w Niemczech powstają jedne z najlepszych filmów ostatnich lat

Po słabszej dekadzie lat 90. na początku XXI w. kino niemieckie znowu stanęło na nogi, a Niemcy stały się jednym z najważniejszych miejsc na mapie Starego Kontynentu, w których powstają ciekawe produkcje filmowe. To już nie tylko psychologiczno-transcendentalne dzieła zafascynowanego Krzysztofem Kieślowskim Toma Tykwera („Biegnij Lola, biegnij”, „Niebo”, „Trzy”), ale również szerokie spektrum zjawisk społecznych, politycznych i – oczywiście – historycznych, do których niemieckie kino nierzadko odnosi się z artystycznym polotem.
Z jednej strony, Niemcy nadal rozliczają się z własną przeszłością, nazistowską i NRD-owską, o czym świadczą tak znakomite dzieła jak dramatyczno-komiczny „Good bye, Lenin!” Wolfganga Beckera, „Barbara” Christiana Petzolda czy „Życie na podsłuchu” Floriana Henckela von Donnersmarcka (laureat Oscara). Z drugiej – poruszają problemy ważkie, np. kwestię imigrantów jak w znakomitym melodramacie „Głową w mur” Fatiha Akina albo tematykę żydowską jak w oscarowym „Nigdzie w Afryce” Caroline Link.
Problem w tym, że wiele interesujących dzieł naszych zachodnich sąsiadów polscy widzowie mogli obejrzeć co najwyżej na festiwalach: podczas Nowych Horyzontów, Transatlantyku bądź Warszawskiego Festiwalu Filmowego (ostatnio np. psychologiczny film drogi „Opuścić Marrakesz” w reżyserii Caroline Link, historyczno-­biograficznego „Ludwiga II” Marie Noëlle i Petera Sehra czy też kryminalną „Banklady” Christiana Alvarta), albo sporadycznie na przeglądach organizowanych m.in. w Krakowie czy we Wrocławiu. Niestety, rzadko trafiają one do kinowej dystrybucji.

W oparach historii i współczesności

Koniec ubiegłego roku oraz pierwsze miesiące 2014 r. przynoszą raptem cztery tytuły. Jeden z nich to mające premierę już kilka tygodni temu „Dwa życia”. Najnowszy film Georga Maasa, wpisujący się w długoletnią tradycję rozliczeń niemieckiej kinematografii z wojenną i powojenną historią, jest kandydatem do nagrody amerykańskiej Akademii Filmowej. Główna bohaterka, Katrine Evensen (w tej roli znana m.in. z „Weisera” Wojciecha Marczewskiego znakomita niemiecka aktorka Juliane Köhler), jest wojennym dzieckiem romansu Norweżki (świetna kreacja Liv Ullmann) z niemieckim oficerem. Po wojnie zostaje wywieziona do Niemiec i umieszczona w sierocińcu. W latach 70. XX w. samotnie ucieka w szalupie ze wschodnich Niemiec do Norwegii.
Z czasem dowiadujemy się jednak o jej podwójnej tożsamości, która na początku lat 90., po upadku muru berlińskiego, staje się dla niej balastem. Katrine była bowiem przede wszystkim agentką Stasi, która pod przybraną tożsamością wyjechała do Oslo, by tam wykonywać powierzone jej zadania. Po latach szczęśliwego życia, również rodzinnego, niewygodna prawda o jej pochodzeniu powoli zaczyna wychodzić na jaw… W obrazie Georga Maasa okrutna przeszłość miesza się z nie mniej skomplikowaną współczesnością. Demony historii jak na złość objawiają się tu co chwila niczym trupy z szafy.
Drugim filmem, który zobaczymy w polskich kinach, również reprezentującym nurt rozliczeniowy, jest „Hannah Arendt”. Najnowsze dzieło jednej z najbardziej znanych niemieckich reżyserek, Margarethe von Trotta, opowiada o kilku latach z życia wybitnej filozofki żydowskiego pochodzenia. Przypadają one głównie na czas słynnego procesu Adolfa Eichmanna, który Arendt relacjonowała dla amerykańskiego magazynu „New Yorker”. Ów proces miał ogromny wpływ na późniejsze życie głównej bohaterki. Stał się źródłem jej dalszych poszukiwań filozoficznych, ale równocześnie jej przekleństwem, szczególnie po napisaniu przez nią słynnej książki „Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła”. W filmie pojawiają się również reminiscencje z młodości Hannah Arendt, związane przede wszystkim ze znajomością i romansem z innym wybitnym filozofem i zarazem zwolennikiem nazizmu, Martinem Heideggerem.
Tytułową rolę zagrała Barbara Sukowa, dla której był to już siódmy film zrealizowany wspólnie z Margarethe von Trotta. Poprzednio pracowały na planie m.in. „Czasu ołowiu”, „Afrykanki” i przede wszystkim „Róży Luksemburg”, pierwszego naprawdę wielkiego dzieła w dorobku niemieckiej reżyserki. Ich ponowne spotkanie po przeszło ćwierć wieku było nie mniej udane. Arendt w wykonaniu Sukowej to kobieta nietuzinkowa. Świadoma swojej wartości, przekonana do głoszonych poglądów i potrafiąca ich bronić, a równocześnie niezwykle kobieca i oddana mężowi. Wielka filozofka z nieodłącznym papierosem w ustach, borykająca się z syndromem samotności intelektualistki, a jednocześnie niestroniąca od życia towarzyskiego i dysput akademickich. Szczególnie dotyczących okrucieństwa wojny i nazistów, ale także… współodpowiedzialności niektórych przywódców żydowskich za Holokaust. Z ostatnim z tych tematów oraz z kwestią „banalności zła” zmagała się aż do śmierci.

Historycznie i uniwersalnie

Z II wojną światową związany jest także film „Biegnij, chłopcze, biegnij” – opowieść o żydowskim chłopcu, który po wyrwaniu się z warszawskiego getta przez całą wojnę musi uciekać przed nazistami. Laureat Oscara za krótki metraż „Schwarzfahrer” (1993), Pepe Danquart, zekranizował przetłumaczoną na kilkanaście języków, opartą na faktach powieść Uriego Orleva. W konwencji swoistego kina drogi śledzimy losy Srulika vel Jurka, syna biednego piekarza (w tej roli Zbigniew Zamachowski) z podwarszawskiego Błonia. Jego wstrząsające przeżycia, chłopięca odwaga godna dorosłego, spryt i poczucie humoru po prostu chwytają za serce. W postać Jurka wcielają się bliźniacy, Andrzej i Kamil Tkaczowie (ten drugi ma już na koncie znakomicie przyjętą przez krytykę i publiczność rolę małego Mateusza w dramacie Macieja Pieprzycy „Chce się żyć”). Jako że trudno rozpoznać, który jest który, reżyser z powodzeniem mógł obsadzać ich w różnych scenach. W filmie wystąpili też inni polscy aktorzy: Mirosław Baka, Olgierd Łukaszewicz, Grażyna Szapołowska i Przemysław Sadowski. W obsadzie znalazła się również znana z emitowanego dekadę temu programu „Europa da się lubić” francuska aktorka polskiego pochodzenia Elisabeth Duda. Za dekoracje odpowiadał Andrzej Haliński („Aimée i Jaguar”, „Cudowne dziecko”, „Ogniem i mieczem”). Film zdobył już nagrodę publiczności na festiwalu w Cottbus, a prapremierę miał 8 stycznia w stołecznym Muzeum Historii Żydów Polskich.
Jedynym kinowym wyjątkiem potwierdzającym nieco zachowawcze czy wręcz sztampowe podejście polskich dystrybutorów do niemieckiej kinematografii będzie zapowiadana na kwiecień premiera „Oh boy”. Komediodramat Jana Olego Gerstera opowiada o 30-latku, który rzucił studia prawnicze i włóczy się po Berlinie. Trudno mu znaleźć jakiś cel, który wyrwałby go z marazmu i nadał głębszy sens codziennej egzystencji. Temat współczesny i uniwersalny. Aktualny pod wieloma szerokościami geograficznymi, również u nas. I kolejny dowód na to, że wbrew temu, co mogą sądzić niektórzy widzowie, kinematografia niemiecka to nie tylko historyczne filmy rozliczeniowe (nierzadko świetnie zrealizowane), ale także obrazy dotyczące problemów ogólnych.
Przy okazji wypada zachęcić polskich dystrybutorów, aby odważniej sięgali po twórczość zachodnich sąsiadów, nie tylko z uwagi na zbierane przez nich nagrody festiwalowe, ale i na tematy, jakie coraz częściej z powodzeniem poruszają. Polscy widzowie chyba jednak ciągle zbyt słabo znają te filmy, a jest co oglądać.

Wydanie: 3/2014

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy