Czysty Goebbels

Czysty Goebbels

Antysemityzm w Niemczech sięgnął politycznego centrum

„To najostrzejszy przypadek antysemityzmu w ostatnich dziesięcioleciach”, oburzał się przewodniczący Rady Żydów w Niemczech, Paul Spiegel.
„Tego jeszcze nie było. Po raz pierwszy (w RFN) parlamentarzysta przedstawił antysemityzm jako spójny system myślowy”, oświadczył renomowany historyk, Wolfgang Benz. Uczony ten wie, o czym mówi. Kieruje przecież Centrum Badań nad Antysemityzmem w Berlinie. Liderzy CDU desperacko usiłują skłonić swych szeregowych członków, aby nie mówili głośno tego, co myślą o Żydach.
Aferę rozpętał Martin Hohmann, chadecki deputowany z okręgu Fulda we wschodniej Hesji. Wcześniej był to okręg Alfreda Dreggera, matadora nacjonalizmu i szefa tzw. frakcji stalowych hełmów w CDU. Hohmann przewyższył radykalnymi poglądami swego poprzednika. Już w 2000 r. Karl Brozik, przedstawiciel Konferencji Roszczeń Żydowskich (Jewish Claim Conferency) w Niemczech, skarżył się na jego antysemickie wypowiedzi. Przewodnicząca CDU, Angela Merkel, zadbała, aby kontrowersyjny deputowany i major rezerwy nie stawał zbyt często na parlamentarnej mównicy. Ale na lokalnych imprezach i na łamach skrajnie prawicowych pisemek

otwarcie dawał wyraz swym poglądom.

Władze partii patrzyły na to przez palce – w swym okręgu Hohmann zdobył przecież imponującą liczbę głosów. Nacjonalistyczny parlamentarzysta domagał się, aby w armii RFN wprowadzić „odznaczenie podobne do Żelaznego Krzyża”. Hymn śpiewał najchętniej z zabronioną oficjalną pierwszą zwrotką („Deutschland, Deutschland über alles”). Być może, marzył o rozpętaniu kolejnej wojny światowej, gdyż oświadczył w 1998 r., że „wypędzenie” (ludności niemieckiej z dawnych terenów wschodnich Rzeszy) było takim bezprawiem, że podnosi się krzyk za odwetem. Budowany pomnik ofiar Holokaustu w Berlinie określił jako kainowe piętno i żalił się: „Już prawie trzy pokolenia Niemców czynią pokutę. Nie powinno ich być sześć czy siedem”.
3 października w Dzień Jedności Niemieckiej Hohmann przemawiał zazwyczaj w Domu Obywatelskim w Neuhof we wschodniej Hesji. Grzmiał przeciwko lewicy, homoseksualistom, oszustom azylantom oraz rządom Polski i Czech, które nie chcą wypłacić odszkodowań „niemieckim robotnikom przymusowym”. W bieżącym roku obok swego zwykłego repertuaru przedstawił absurdalną, ale spójną ideologicznie tezę o Żydach, którzy odegrali wielką rolę w rewolucji bolszewickiej i w Czeka, zabili cara Mikołaja, mają setki tysięcy ofiar czerwonego terroru na sumieniu. Hohmann pracowicie wyliczał Żydów w partii bolszewickiej (Zinowiew, Kamieniew, Trocki), w rewolucji bawarskiej i węgierskiej, powoływał się na wydany w 1920 r. osławiony antysemicki pamflet magnata przemysłu samochodowego, Henry’ego Forda, „Wieczny Żyd”. Parlamentarzysta doszedł do wniosku, że „z pewną racją można by określić Żydów jako naród sprawców”. Łaskawie jednak stwierdził, że żydowscy bolszewicy wyrzekli się Boga i swego narodu, a więc Żydzi narodem sprawców (Tätervolk) nie są. Ale także naziści byli bezbożnikami, zatem także Niemcy na miano narodu sprawców nie zasługują. Posługując się antyżydowskimi argumentami, Hohmann rozgrzeszył Niemców z odpowiedzialności za wojenne zbrodnie.
Przemówienie było skandalicznie antysemickie. „Toż to czysty Goebbels”, napisał magazyn „Stern”. Minister propagandy III Rzeszy przedstawiał przecież Żydów jako siewców rewolucji i śmierci, zasługujących z tego powodu na wytępienie.
Spośród słuchaczy w Neuhof nie zaprotestował nawet przedstawiciel socjaldemokratów. Miasteczkowi notable najwidoczniej nie chcieli psuć nastroju. Trudno wszakże uwierzyć, że CDU z Neuhof zamieściła tekst przerażającej mowy na swej stronie internetowej. Aż do 30 października

każdy mógł zapoznać się z antysemickimi urojeniami deputowanego.

Skandal wybuchł dopiero wtedy, gdy sprawę nagłośniły media. Angela Merkel uznała, że wystarczy, jeśli szowinistyczny polityk zostanie zrugany i przeniesiony z komisji spraw wewnętrznych do ochrony środowiska. Ale nie udało się powstrzymać burzy. Z zagranicy napływały wyrazy protestu i gniewu. Wiceprzewodniczący Rady Żydów w Niemczech, Salomon Korn, oświadczył, że Hohmann stracił prawo do reprezentowania narodu w parlamencie. Kiedy 9 listopada w rocznicę nocy kryształowej przewodniczący heskiej CDU, Wolfgang Koch, przemawiał we frankfurckiej synagodze, działacze żydowscy wyszli z sali. Poważna przecież „Süddeutsche Zeitung” natychmiast zwietrzyła spisek: działacze żydowscy „pragmatycznie przebiegle” zaprosili Kocha, aby zamanifestować swój gniew.
Dopiero po tygodniu Merkel doszła do słusznego wniosku, że tylko usunięcie notorycznego antysemity z frakcji parlamentarnej uratuje partię przed gigantyczną kompromitacją, a może nawet rozpadem. Jak to ujął lewicowy magazyn „Jungle World”, powołując się na informatorów z CDU, „większość parlamentarzystów głosowała przeciw Hohmannowi, zaciskając bezsilnie pięści w kieszeni, ze świadomością, że w przeciwnym razie Merkel będzie musiała odejść i rozpadnie się cały kram”. Szowinista z Neuhof został usunięty z frakcji chadeckiej głosami 195 deputowanych, ale w tej sytuacji przymusowej aż 28 było przeciw, zaś 16 wstrzymało się. Hohmann nie poczuwał się do winy – głosił, że w jego mowie fakty się zgadzają. Jako dowód, że nie jest sam, pokazał w telewizji ZDF list z wyrazami gorącego poparcia od generała Bundeswehry, Reinharda Günzela, dowódcy 450-osobowej jednostki antyterrorystycznej, operującej m.in. w Afganistanie. Günzel napisał, że Hohmann „mówił z duszy większości narodu”. Rozsierdzony szef resortu obrony, Peter Struck, natychmiast wysłał Günzela na emeryturę. Usiłował też zbagatelizować sprawę, mówiąc, że nastąpił wybryk „samotnego, zwichrowanego generała, który dał się nabrać samotnemu, jeszcze bardziej zwichrowanemu deputowanemu CDU”. Ale nie sposób powstrzymać się od pytania: jaka to armia, która stawia na czele oddziału komandosów zwichrowanego generała? Amerykański tabloid „New York Post”, stwierdził złośliwie, że Günzel „zbyt publicznie wyraził to, co dziesiątki milionów Niemców myślą w domowym zaciszu”.
W aferze Hohmanna osłupienie budzi znaczne poparcie, z którym spotkał się tropiciel „żydowsko-bolszewickich spisków” z Neuhof. W swych rodzinnych stronach były już parlamentarzysta CDU (pozostaje w Bundestagu jako niezrzeszony) został przyjęty jak bohater. Przeciętny Hinz i Kunz we wschodniej Hesji głoszą: „Martin miał rację. Także Żydzi nie są święci. My, Niemcy, i tak płacimy za dużo”. Podobnie uważa wielu partyjnych funkcjonariuszy. Hans Knoblauch, chadecki członek rady miejskiej w Recklinghausen, wywiesił w gablocie CDU fragmenty mowy Hohmanna z podpisem: „W Niemczech nie wolno już mówić prawdy”. Ponad tysiąc członków CDU zamieściło na łamach „Frankfurter Allgemeine” i „Süddeutsche Zeitung” półstronicowe ogłoszenia, wzywające do krytycznej solidarności z Martinem Hohmannem. W końcu listopada

zatrwożone władze chadeckie

zaczęły przeprowadzać „rozmowy dyscyplinujące” z członkami partii solidaryzującymi się z antysemitą. Magazyn „Die Zeit” napisał, że antysemityzm zaczyna wżerać się w polityczne i społeczne centrum w Niemczech. Zjawisko to jest częścią innego fenomenu, niepokojącego zwłaszcza dla Żydów, Polaków i innych narodów, które padły ofiarą bezprzykładnych zbrodni popełnionych przez „naród panów”. Niemcy na nowo interpretują historię – nie chcą być sprawcami wojny, lecz jej ofiarami, ofiarami „wypędzeń”, alianckich bombardowań czy brutalności Armii Czerwonej. Nie chcą już dłużej pokutować za winę popełnioną przecież dawno temu. „New York Post”, który wezwał z powodu afery Hohmanna do bojkotu niemieckich aut, napisał: „Sorry, Fritz. To nie było dawno temu. Ci, którzy uratowali się z Holokaustu, właśnie spotkali się w Waszyngtonie. Jeśli wieje właściwy wiatr, wciąż czuć dym z krematoriów. III Rzesza miała trwać tysiąc lat. Nie ma powodów, aby niemiecka wina nie trwała lat 500. To i tak 50-procentowy rabat”.

 

Wydanie: 49/2003

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy