Debata alla polacca

Debata alla polacca

Czy żaba może jeść kiełbasę, pić piwo i tańczyć disco? Na szczęście nie. I bardzo dobrze, bo zostanie w swoim naturalnym otoczeniu. W przeciwieństwie do wielu kandydatów, którzy okupując listy wyborcze, mają głębokie wewnętrzne przekonanie, że kraj czeka właśnie na nich. W Ameryce Łacińskiej znane jest pojęcie gorączki mangowej, na którą zapadają zbyt łakomi konsumenci tych skądinąd bardzo smacznych owoców. U nas też powinno się medycznie zdiagnozować przyczyny masowego pędu do foteli sejmowych. Normalne to przecież nie jest, gdy obserwujemy wysyp kandydatów, którzy choć nie mają życiowych zalet, to namolnie zawracają nam głowę. Robią to z przytupem, na miarę swoich gustów i portfeli. Swoje usługi proponują nam też ludzie mający w życiorysach bardzo bliskie kontakty z wymiarem sprawiedliwości, i to z tej drugiej strony. I co szczególnie bezczelne, całkiem spora grupa funkcjonariuszy PiS, nad którymi wiszą bardzo poważne oskarżenia. Sporo wiemy o tych najbardziej znanych. A kto jest na listach lokalnych? Ile pikantnych opowieści można wysłuchać o kandydatach, którzy zwycięsko przeszli przez morderczą partyjną selekcję? Przegrani wzbogacają naszą wiedzę o kulisach decyzji kadrowych, wojenkach dworów otaczających liderów i słabostkach wodzów partii. Media to kupują, bo przecież plotki i sensacje lepiej się sprzedają niż programy gospodarcze.
Znakiem rozpoznawczym obecnej kampanii jest to, że wszystko można ośmieszyć i sprowadzić do absurdu. Nawet rzecz tak oczywistą przed wszelkimi wyborami jak debaty rywali politycznych. Jesteśmy chyba jedynym krajem w Europie, gdzie miesiąc przed wyborami pada hamletowskie pytanie: być albo nie być? Będą te debaty czy nie? Gdyby gdzieś w cywilizowanym świecie kandydaci do władzy nie chcieli stanąć do publicznej dyskusji, to zostaliby obśmiani i byliby politycznie skończeni. A u nas? Zwolennicy PiS rozpaczliwie tłumaczący wygibasy prezesa Kaczyńskiego dopatrują się w jego unikach i fortelach nie wiadomo jakiego geniuszu. Tak jakby Platforma dysponowała jakimś nadzwyczajnie sprawnym zespołem ekspertów, a jej liderzy świecili jak najjaśniejsze gwiazdy w ciemną noc. Jak daleko odbiega to od realiów, widzieliśmy w ubiegłym tygodniu co najmniej dwa razy. Raz, gdy posłowie PO musieli wykonywać jakieś żałosne wygibasy w sprawie postawienia przed Trybunałem Stanu Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry. Wiele razy członkowie komisji z PO wypowiadali się publicznie i popierali stanowisko Ryszarda Kalisza, a teraz ich partia odmawia skierowania sprawy do Trybunału. Niełatwo być posłem PO, a jeszcze trudniej jej zwolennikiem. Ciekaw jestem, co o takim kunktatorstwie PO myślą świeżo przez nią pozyskani politycy lewicowi. Haniebna gra śmiercią niewinnej i zaszczutej przez pisowski układ posłanki SLD nie może być przedmiotem przedwyborczych kalkulacji. A jeśli jest, trzeba to nazywać po imieniu. To, że PiS boi się ujawnienia pełnej prawdy o okolicznościach tej tragedii, wiemy. Ale dlaczego prawdy nie chce PO, wyborcy o poglądach lewicowych nie potrafią pojąć. Kokietowanie przez PO wyborców lewicowych boleśnie zderzyło się również w sprawie głosowania nad całkowitym zakazem aborcji i badań prenatalnych. 15 posłów partii Tuska poparło ten absurdalny projekt zgłoszony przez fundamentalistów.
Gdy tak się uprawia politykę i tak traktuje wyborców, to skutek łatwo przewidzieć. Nie dość, że do bram władzy puka partia antysystemowa, po której nie można się spodziewać niczego sensownego, to jeszcze ci, którzy chcą przedłużenia mandatu, wiele robią, by wyborca powiedział: A niech was wszyscy diabli! To ŕ propos okładki naszego tygodnika.

Wydanie: 36/2011

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy