Liczba ujemna

Liczba ujemna

Najwłaściwszym momentem na zawiązanie koalicji SLD z partią, która się nazywała Unią Wolności, był rok 1993, po wyborach. Przywódcy Unii Wolności już zdawali sobie sprawę, a w każdym razie mieli dość przesłanek, żeby sobie zdawać, że z prawicą solidarnościową niedługo będzie im po drodze i że wrogość, jaka ich z tamtej strony spotyka, nie da się załagodzić. Formalni i nieformalni przywódcy UW – Jerzy Turowicz, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń i inni – wygłaszali poglądy socjaldemokratyczne z odchyleniem liberalnym, prawie takie same jak czołowi liderzy ówczesnego SLD z Aleksandrem Kwaśniewskim na czele. Jednakże zbliżenie partii rzadko dokonuje się na podstawie poglądów. Są ważniejsze przyczyny podziałów na swoich i obcych, wrogów i sojuszników niż różnice poglądów, zwłaszcza gdy te poglądy są ogólnikowe, przejęte z przeszłości lub innych krajów i nie wyrażają aktualnych, silnie przeżywanych namiętności ani twardych interesów. Co z tego, że Aleksander Kwaśniewski i jego koledzy z czołówki SdRP byli gotowi podpisać się obiema rękami pod socjaldemokratycznymi poglądami Jerzego Turowicza. Gdy wygrali podwójne – sejmowe i prezydenckie – wybory, Turowicz powtarzał, że nie mieli do tego moralnego prawa. Diagnoza Adama Michnika mówiąca o zagrożeniu ze strony nacjonalistycznej, katolickiej prawicy, została teraz, po latach, w pełni potwierdzona. Jednakże wnioski z niej wynikające były dla Unii Wolności tak dalece niewygodne, że aż nie do przyjęcia. Domagały się one w istocie, choć Michnik może tak nie myślał, rezygnacji z solidarnościowej tożsamości (tak jak „Wyborcza” zrezygnowała ze znaczka) i tego, co ona dawała, a mianowicie poczucia, że znaleźliśmy się w niebie. Kto z takiej wysokości chciałby dobrowolnie zejść na ziemię? W niebie jednakże zrobił się tłok i Unia Wolności już pod nazwą Partii Demokratycznej została z niego wypchnięta. Znalazła się na niechcianej ziemi i dopiero teraz jest gotowa paktować z cały czas ziemską lewicą. To, co w 1993 roku mogło być siłą zdolną zagrodzić drogę pomylonej prawicy i popchnąć Polskę w stronę istotnej europeizacji, dziś musi walczyć o utrzymanie się przy życiu. W roku 1993 mogło się wydawać, że między SLD a UW zachodzi dysproporcja sił na korzyść solidarnościowej partii liberalnej. Dziś SLD ciągle jeszcze jest czymś z widokiem na więcej, podczas gdy demokraci wprawdzie nie spadli do zera, ale są już bardzo małym ułamkiem. LiD daje demokratom szansę zwiększenia tego ułamka z setnego na dziesiętny. Rachunek trzeba jednak skorygować, uwzględniając to, czym ułamek Unii Wolności jest dla wyborców SLD. Otóż jest on liczbą ujemną. Wyborca, który bez wahania mógłby głosować na SLD, będzie się zastanawiał, czy głosować na listę, na której znajduje się na przykład Jan Lityński, współtwórca Instytutu Pamięci Narodowej i gorliwy lustrator.
Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący Stowarzyszenia Ordynacka, rozważa przystąpienie do LiD. „Ale dla LiD-u Czarzasty na pewno atutem nie jest – mówi wiceprzewodniczący rady programowej koalicji Jan Lityński” („Gazeta Wyborcza”).
Jedną z przyczyn upadku Unii Wolności był ekskluzywizm, traktowanie członkostwa tej partii jako przywileju. Najważniejszą jej polityką była polityka personalna, a dokładniej mówiąc, nazwiskowa. Dopiero na drugim miejscu stawiano pytanie, kto się do czego nadaje, najpierw brano pod uwagę, jak się kojarzy nazwisko. Jan Lityński chce zawlec tę chorobę do LiD-u. Czarzasty się nie nadaje, bo Ziobro wpisał jego nazwisko do swojego raportu przyjętego przez Sejm. Ja jednak pamiętam, że Czarzasty bardzo się spodobał na lewicy. Na liście wyborczej lewicy nazwisko Czarzastego przyciągnie tych wyborców, których odstręczy nazwisko Lityńskiego. Lityński sam nie zje i drugiemu nie chce dać. Łączenie się liderów różnych partii nie zawsze pociąga za sobą sumowanie się wyborców. Partia Lityńskiego wyborców nie ma, więc co tu może się sumować.
LiD ma tę słabość, że nie widać w nim czynnika spontanicznego, oddolnego. Jest kombinacją liderów, obliczoną na byt medialny; na razie nie udało mu się dotknąć na tyle ważnych problemów, żeby wśród ludzi zrodziło się przynajmniej pytanie, co zacz jest ów LiD. Mimo Lityńskiego na pozycji przegranej nie stoi, bo obecny rząd kompromituje się w kraju i za granicą, a na kogoś głosować przecież trzeba.
Wybór Jana Lityńskiego na wiceprzewodniczącego rady programowej LiD-u nasuwa pytania, dlaczego on się na to zgodził i dlaczego inni na to się zgodzili. Dla gazety „Dziennik” mówi: „tego typu koalicja dla mnie, z moim życiorysem, jest trudna”. Poglądy przewodniczącego rady są mu teraz bliskie, ale „nie jestem miłośnikiem życiorysu Kwaśniewskiego”. Ponieważ życiorysy są dla niego ważniejsze od poglądów, można sobie wyobrazić, jak trwała będzie lojalność Lityńskiego wobec Kwaśniewskiego. Jako nałogowy lustrator zapewnia: „Gdybym usiadł ze Zbigniewem Romaszewskim, Piotrem Niemczykiem (?) i Markiem Biernackim, to można byłoby napisać taką ustawę lustracyjną, która byłaby do zaakceptowania…”. I żeby zakończyć ten felieton wesołym akcentem, jeszcze jeden cytat z Jana Lityńskiego, wiceprzewodniczącego rady programowej LiD: „Bez nas SLD pozostałby anachronicznym, bezideowym tworem, który szermuje przestarzałymi, głupimi hasłami”. Tako rzecze liczba ujemna w LiD.

Wydanie: 27/2007

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy