Grzechy wykształciuchów

Termin „wykształciuchy” przyjął się i urósł. Nie jest już tylko inwektywą, lecz także czymś w rodzaju kategorii socjologicznej. Nie obejmuje ona ogółu osób z wyższym wykształceniem – pan prezydent np. ma wyższe wykształcenie, ale z całą pewnością pod względem obyczajowym i intelektualnym nie jest wykształciuchem – lecz grupę ludzi wykształconych, o zabarwieniu liberalno-postępowym, zachowującą pewną wzajemną solidarność, sznyt europejski i skłonność towarzysko-kawiarnianą.
Komuna nazywała wykształciuchy „kawiarnią” i odnosiła się do nich z lękliwą atencją. PiS wykształciuchami gardzi, uważając je za szumowinę na wierzchu narodowego kotła, element napływowy, nierdzenny, niekatolicki, niepatriotyczny, niepotrzebny. A chodzi tu przecież o tę samą warstwę, która w innych krajach uważana jest wręcz za naukową, artystyczną, intelektualną, a wreszcie obyczajową elitę narodu. Oczywiście nie znaczy to, że wszystkie państwa i rządy wsłuchują się w opinie i rady swoich elit. Często uważa się, że elity snują baśń zbyt idealną, podczas gdy rządzenie jest zajęciem topornym i brudnym, sądzi się jednak, że odrobina idealizmu, a także trochę perspektywy intelektualnej potrzebne są także premierom, policjantom i spekulantom giełdowym.
U nas inaczej. W dodatku nasze wykształciuchy same są winne swemu losowi. Taką opinię wyczytać można w dwóch wyróżniających się publikacjach na ten temat, za które uważam wywiad poety Adama Zagajewskiego pt. „Polska wiecznie pijana” („Gazeta Wyborcza”, 11-12.07.br.) oraz artykuł „Wina wykształciuchów” Janusza A. Majcherka (tamże, 13.07.br.).
Wspólnym założeniem obu publikacji jest zarzut, że warstwa wykształciuchów oderwała się od społeczeństwa, straciła swoją funkcję przywódczą i wzorotwórczą, co z kolei pozwoliło na objęcie steru przez żywioły ciemne, zacofane i kołtuńskie. „Nie da się ukryć – mówi Zagajewski – że Radio Maryja, które jest przerażająco kołtuńskie, odpowiada jednak na autentyczne i niezaspokojone potrzeby społeczne – jest karykaturą czegoś, czego zabrakło”. Jest to, zdaniem autora, wina inteligencji polskiej, która ma skłonność do wyniosłości wobec społeczeństwa, co objawia się głównie w tym, że Polska jest według Zagajewskiego wielkim katolickim narodem, natomiast „z drugiej strony jest inteligencja i kultura, które w małym stopniu reprezentują ten wielki naród”, a „nieszczęsny Jan Dobraczyński ma zastąpić na liście lektur kogoś, kogo w Polsce nie było – wielkiego pisarza religijnego”.
Słowem, wykształciuchy winne są temu, że nie prowadzą narodu w stronę podniosłej kultury religijnej i nie zdołały sprawić, aby przez Radio Maryja przemówił wielki polski pisarz religijny, którego nie ma, nie zaś „nowy Rasputin” z Torunia, do którego przymilają się premierzy.
Otóż nie mogę wykluczyć, że Zagajewski ma rację, tak jak nie mogę wykluczyć inteligentnego życia na innych planetach. Jego myśl jednak jest dla mnie tak egzotyczna, że nie potrafię dalej za nią podążać.
Nieporównanie więc jaśniej – co nie znaczy prawdziwiej – rysuje mi się „wina wykształciuchów”, którą stara się zdefiniować Janusz Majcherek. Majcherek jest publicystą częściej niż jego koledzy posługującym się rozumem i w jego przekonaniu wina polskich wykształciuchów polega na tym, że przez lata transformacji ustrojowej podnosiły one sztuczny gwałt, twierdząc, że ogromna część polskiego społeczeństwa popada w nędzę, że rosną dramatycznie kontrasty społeczne, że następuje pauperyzacja warstw dotąd utrzymujących się jakoś na powierzchni, że bieda zagląda do domów emerytów i rencistów, że rośnie bezrobocie. To czarnowidztwo obudziło, zdaniem Majcherka, postawy roszczeniowe, co skapitalizowało politycznie PiS, obiecując państwo solidarne i szczując motłoch przeciwko liderom transformacji, a więc przeciw polskiemu kapitalizmowi, polskiej raczkującej klasie średniej, a przy okazji też przeciw samym wykształciuchom.
Przyznam, że nie bardzo pamiętam, aby większość wykształciuchów naprawdę wyrażała tak surowy krytycyzm wobec zachodzących w Polsce przemian. Przypisywałbym im raczej potulną lękliwość i ostrożne chowanie głowy w piasek. Tak czy owak Majcherek twierdzi stanowczo, że Polska się rozwija, PKB systematycznie rośnie, bezrobocie się kurczy, a legendarna nędza emerytów jest fikcją, co zresztą jest o tyle prawdziwe, że w wielu rodzinach emeryci są jedynymi osobami o stałych dochodach. I na tym tle wykształciuchy odrzucane są przez społeczeństwo jako kłamliwe Kasandry.
Rozumowanie Janusza Majcherka przypomina mi błogie czasy PRL, kiedy jako odpowiedź na alarmy dotyczące poziomu życia warstw pracujących podnoszone przez różne środowiska opozycji – zarówno antypartyjnej, jak i wewnątrzpartyjnej – usłyszeć można było niepodważalne statystyki wzrostu wydobycia węgla, wytopu stali czy wydajności z hektara. Podobnie hektolitry atramentu wypisano już, dowodząc, że PKB nie jest jedynym i prawidłowym miernikiem postępu społeczeństwa, a na postęp składają się także stosunki społeczne, poczucie więzi, poczucie bezpieczeństwa, wzrost przekonania o wartości życia w kraju itd. Gdyby Majcherek ze swoją wizją postępu miał rację, nie mielibyśmy strajku pielęgniarek i lekarzy, nędzy oświaty i nauczycieli, anarchicznych spazmów gniewu górników, makabrycznych pomysłów rządzących, aby emerytury umierały razem z emerytami, pozostawiając ich niepracujące żony – do czego się je przecież namawia! – na łasce opieki społecznej, wreszcie masowej emigracji zarobkowej.
W jednym natomiast Majcherek się nie myli. W tym mianowicie, że niewątpliwą winą wykształciuchów jest to, iż nie spełniły one swojej roli przywódczej, ostrzegając w porę społeczeństwo przed dającymi się przewidzieć konsekwencjami tego modelu transformacji ustrojowej, który w roku 1989 przyjęliśmy jako obowiązujący. Ówczesna anegdota mówi, że Tadeusz Mazowiecki, pierwszy niekomunistyczny premier, po objęciu władzy zażądał biletu do Niemiec, aby uczyć się społecznej gospodarki rynkowej Ludwiga Erharda. Zamiast tego jednak prof. Balcerowicz kupił mu bilet na Wall Street.
Niewiele wykształciuchów zauważyło wówczas tę fatalną pomyłkę i podniosło z tej racji raban. Nieżyjący już Aleksander Małachowski napisał później, że zasiadając w Sejmie, dał się wtedy wraz z innymi prowadzić „jak stado baranów”. Karol Modzelewski twierdzi, że gdyby etos pierwszej „Solidarności” nie został złamany, polska transformacja wyglądałaby inaczej. Zbigniew Bujak „przepraszał za »Solidarność«”. Gorzka świadomość popełnionych błędów składa się na spuściznę Jacka Kuronia.
Były to jednak – i są nadal – głosy odosobnione i na tym polega grzech wykształciuchów. Teraz czytam jednak, że Janusz Głowacki odwiedził protestujące pielęgniarki w ich białym miasteczku, a przecież kto jak kto, lecz Głowacki wie, gdzie i kiedy powinien znaleźć się wykształciuch.
Może więc coś się odmienia?

Wydanie: 30/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy