Między żarówką a triumfem lewicy

Między żarówką a triumfem lewicy

Dramatem felietonisty, usiłującego od czasu do czasu zażartować, jest rewolucja cyfrowa, która pozbawiła nas realnie i definitywnie władzy nad czasem. Trzeba ostatecznie zaakceptować fakt, że życie nie toczy się w rytm wydawanych tygodników i ukazujących się tam felietonów. A kiedyś… Kisielewski, Słonimski – jak coś napisali w poniedziałek, to cała (z tysiąc osób) Polska rżała. Poza wszystkim oni się śmiali z czegoś, o czym inni wcześniej nie słyszeli, więc czytający dostawali zarówno informację, jak i sarkastyczny komentarz. Dzisiaj często o informację samą w sobie bardzo trudno, a i jakość sarkazmu częściej występuje w stanach niskich.

Taka historia jak bredzący o wyższości żarówek żarowych nad ledowymi Andrzej Duda (dla niewtajemniczonych – formalnie osoba pełniąca funkcję prezydenta RP), który z Trumpową logiką małego Jasia wywodził tezę, że rzekoma niedostępność żarówek starego typu doprowadziła do brexitu. Setki, tysiące komentarzyków, memów, rysuneczków zmiotły naszego pucułowatego (Wiem, wiem, nie należy żartować z wyglądu ani nazwiska, ale zaraz, zaraz – czy taka grzeczność przypadkiem nie jest tak powszechnie zwalczaną na Wisłą, choć nigdy tu naprawdę nieobecną, poprawnością polityczną? Nie lubicie poprawności politycznej? To „pucułowaty” zostaje) gawędziarza z „uciocinaimieninach”. Były żarty brutalne: „Jak to? Są stare żarówki w Media Markt! No tak, ale to nie dla idiotów”. Wystarczy. Prezydent został wybrany przez suwerena (po raz 500. powtarzam, że nie wiadomo, po co nam nie tylko Duda, ale w ogóle prezydent) i niech sobie dotrwa, dotoczy się do końca swojej kadencji wśród rechotu z własnych żartów. Większym dramatem jest to, że jest on również autorem kultowej wypowiedzi o prowadzeniu permanentnego procesu autoedukacji: „Ja cały czas się uczę, wszędzie, ja się uczę w samochodzie, kiedy jadę, w samolocie, kiedy lecę…” (akurat nie leci, bo trwa dramatyczny strajk w PLL LOT, firmie, na czele której stoi z partyjnego nadania podobny orzeł intelektu jak prezydent). Na tę nieustanną naukę nasz nieuk ma nawet mocne papiery – doktorat Uniwersytetu Jagiellońskiego, którego profesura niejednokrotnie już musiała zabierać głos, że ich adept nie rozumie, nie doczytał, nie pojął, że łamie, narusza i że w ogóle chyba mocno się go wstydzą. Można się uczyć i nie nauczyć, można się nauczyć uczenia i potem tego się oduczyć, można aż do doktoratu udawać, że czegoś się nauczyło, ale okazuje się, że może i owszem, ale wśród tego ogromu nauczenia się nie było akurat rozumienia. Trudno naszego prezydenta o to winić, nie on jeden, nie pierwszy, nie ostatni. Nie moja partia, nie mój kandydat – nie dziwi nic.

Ale czy uczą się wciąż nasi, moi, ci, z którymi nam po drodze, których wspieramy, za których trzymamy kciuki, zdzieramy gardła, zakreślamy krzyżyki w kwadracikach płacht wyborczych? W terapii uzależnień jest takie fundamentalne pojęcie jak sięgnięcie dna i odbicie się od niego, czyli że dopiero kiedy uzależniony człowiek sięgnie dna, może z takiej otchłani się odbić. Nie czas tu na żarciki Leca: „Najlepiej jest na dnie, niżej nikt nie spadnie”, bo można usłyszeć, także Lecowe, słynne pukanie od spodu.

Łomot wyborczy dla wszelakich lewic – tu raczej sporu nie ma. Łomot. Po równo? Mniej więcej. Jest się czym pocieszać? Nie bardzo. Da się coś z tego wykombinować? No chyba trzeba? Inaczej zostaniemy jednym z niewielu krajów europejskich zupełnie bez lewicy, za to ze starymi żarówkami. Do najważniejszych wyborów parlamentarnych pozostaje jeszcze trochę czasu, wybory do Parlamentu Europejskiego będą przygrywką.

Mocny gest zjednoczeniowy? Tegośmy jeszcze nie grali, pewności nie ma, że piosenka i zespół się podoba, ale technika istnieje, czasami zagra, czasami wybrzmi, trzeba to chyba tym razem odegrać sprawnie, kosztem dobrego samopoczucia. Bliskie mi są pomysły struktur ahierarchicznych, równościowych, horyzontalnych, bez- lub pozawodzowskich. I nic z tego nie wynika, bo wyborcy tego nie akceptują. Wygląda na to, że wciąż musi stać na scenie jeden dyrygent, jednak mężczyzna (mówię to z goryczą, choć znam także niezwykłych mężczyzn). Czy ta nauka po porażce przywróci pierwotny sens słowa kompromis? Przecież na nim opiera się tak naprawdę życie najmniejszych grup społecznych, takich jak rodzina, klasa w szkole, co tam jeszcze.

Mit powszechnej jednomyślności, zgody i akceptacji jest nie do sformalizowania, nie do zinstytucjonalizowania. Wydaje się, że taka świadomość, a nie tylko gra w taką świadomość, powoli dojrzewa i czas na jej wyklucie się z jaja zwanego niebytem skrajnie rozproszonej lewicy. W tym pejzażu, czy komuś to się podoba czy nie, stoi dobrze widoczny i przygotowany na taki scenariusz Robert Biedroń. Po kolejnych koncertach wyborczych musimy mieć choć opuchnięte, jeśli nie obrzękłe, od klaskania ręce (nie prawice). Ale to znaczy, że musi zagrać orkiestra. Zaakceptować i wesprzeć dyrygenta, nie zapominając, że to orkiestra jest wspólnotą wielu głosów na wiele instrumentów. Ważna będzie aranżacja, tonacja jest znana, libretto do napisania, linia melodyczna też.

Inaczej zagłuszy nas na lata oda faszystowsko-żarówkowa. No pasarán!

Wydanie: 44/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy