Prowadź, wodzu!

Prowadź, wodzu!

I stało się. Jarosław Gowin nie będzie ministrem obrony narodowej. Inny Jarosław wsadził go w drezynę jadącą na boczny tor szkolnictwa wyższego i nauki. Bo kto jeszcze w Polsce się przejmuje wykształciuchami? Krytyczne to, przemądrzałe, kwestionujące wolę ludu… Co z nimi można zrobić? Ostatecznie odebrać dotacje, zmniejszyć budżet, zweryfikować ideologicznie i zapędzić do spowiedzi. A jeżeli nie uzyskają rozgrzeszenia? Jest to pytanie bez odpowiedzi, przynajmniej w najbliższym czasie. Na razie – trzymajmy się faktów – ministrem obrony narodowej został Antoni Macierewicz. A to jest już zupełnie inna bajka.

Położne przyjmujące na świat Antoniego zeznają, że pierwszymi słowami noworodka nie były tata czy mama, ale: pomścimy. Potem hartowała się stal. Ledwie zamienił pieluchy na krótkie spodenki, wstąpił Antek do harcerstwa. Nie dlatego, żeby wierzył w jakieś idealistyczne mrzonki Roberta Baden-Powella (acz jego militarne zapędy nie były mu obce), ale dla munduru i finki za pasem. Szybko przekonał się, w jakiej mierze względne są przepisy. Do szkół – głosiło ówczesne prawo – nie wolno wnosić narzędzi zagrażających czyjemuś życiu lub zdrowiu. Harcerz z finką był jednak dobrze widziany. Dało to Macierewiczowi do myślenia. Skoro można swobodnie paradować ze sztyletami, dlaczego nie wnieść czegoś innego? Spisek i wykorzystanie luk w istniejących rozporządzeniach to nasza szansa. Tak stał się młody Antek wielbicielem i wyznawcą (sam to z jego wąskich ust słyszałem) urugwajskich Tupamaros. Pisał Tadeusz Boy-Żeleński: „Zobaczył pan Styka [malarz, współautor „Panoramy Racławickiej”] / Jak raz mały kondel / Podniósł zadnią łapkę / I spaskudził Rondel. / I przyszła Mistrzowi / Do głowy myśl słodka: / A gdyby to samo / Zrobić ode środka…”. Taki sam był mniej więcej ideowy i taktyczny pomysł Tupamaros. Należy przeniknąć do wewnątrz policji, wojska, organów sprawiedliwości, skompromitować ich przedstawicieli i w decydującym momencie właściwie nie trzeba nawet będzie przejmować władzy, ona już będzie w naszych rękach.

Spróbował tego Macierewicz za rządów Jana Ferdynanda Olszewskiego, ale się nie udało. Na pociechę – plany przywódców Tupamaros Manery i Marenalesa (cóż za dziwna zbieżność – nazwiska wszystkich zaczynają się na Ma, jeszcze chwila, a zacznie człowiek w zabobony wierzyć) też spaliły na panewce. W tej sytuacji, gdy sny o dyktaturze chwilowo się rozwiały, zajął się Antoni Macierewicz katastrofą smoleńską. Najpierw wypowiedział wojnę Rosji. Tyle że to nie takie proste. Jak głosi pradawna opowieść, przychodzi lew do antylopy: proszę przyjść do mnie rano, mam ochotę zjeść panią na śniadanie. Potem do hipopotama: pana życzę sobie na obiad. Wreszcie do małpy: pani przyjdzie na wieczorną zagryzkę. Małpa: nie mam czasu ani ochoty. Zagrzmiał lew: jak śmiesz?! Na to małpa: bo po prostu ja mam ciebie w dupie. Zadrżałby każdy lew, poczuł się upokorzony i uciekł w ostępy sawanny. Nie dotyczy to jednak Antoniego Macierewicza. Ten bowiem znalazł w odpowiedzi rozbitków naszych z zestrzelonych biało-czerwonych skrzydeł. Jest rzeczą oczywistą, że pierwszym zadaniem nowego ministra obrony będzie ocalenie owych trzech (?), trojga (?), za istnienie których ręczył.

Ale tutaj zaczynają się piętrzyć trudności. Skoro Władimir Putin zlekceważył wypowiedzenie mu wojny przez Macierewicza, mała jest szansa, żeby przeląkł się jego kija i połakomił na marchewkę. Innymi słowy, negocjacje dyplomatyczne nie mają szans. Trzeba naszych wyzwolić siłą. Łatwo powiedzieć. Po pierwsze, Rosja to niezbyt mały kraj, w większości, jak to dzicz, porośnięty lasami, co ogromnie utrudnia obserwację satelitarną. Po drugie, większość Rosjan mieszka w wygrzebanych ziemiankach, co jak wyżej. Po trzecie, zimą (a właśnie zbliża się zima) niedźwiedzie, których pogłowie jest wyższe od Sybiraków, zagrzebują się w swoich gawrach, które nie tylko z satelity, ale nawet zupełnie z bliska trudno odróżnić od ziemianek, jak zresztą Sybiraka od niedźwiedzia. Gdzie tu wysadzić desant? Załóżmy jednak nawet, że Aladyn przyszedł z lampą i Macierewiczowi udało się lepiej niż Brzezińskiemu w Iranie. Jak się teraz ewakuować? Z jednej strony Arktyka i niedźwiedzie, tym razem białe, z drugiej Chiny, a jak kto woli, mało nam życzliwe Kazachstan, Korea Północna czy też pustynia Gobi. Tymczasem nasi ocaleni, po latach głodu i tortur, nie są jak Indiana Jones. Bądź tu mądry i pisz wiersze.

A ja sądzę, że właśnie rozwiązanie znalazłem. Kiedy wola ludu dała przyciski rakietowe w ręce Macierewicza, niezależnie od tego, jak bardzo byłyby zdezelowane i przestarzałe (takie nam USA sprzedają), niechaj się Ministerstwo Obrony Narodowej przeniesie do Tworek. Jest to piękna dzielnica Pruszkowa, w której w razie czego nikt by ministra nie rozpoznał.

Wydanie: 50/2015

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy