Szantaż

Z niecierpliwością czekam na rozstrzygnięcie procesu w Strasburgu, w którym pewna pani pozwała państwo polskie o to, że panujące tu prawa i przepisy uniemożliwiły jej przerwanie ciąży, urodzenie zaś – trzeciego już – dziecka, do czego została zmuszona, pozbawiło ją wzroku, przed czym ostrzegali ją lekarze. Nie ukrywam też, że chciałbym, aby państwo polskie ten proces przegrało.
Jest to oczywiście postawa godna potępienia. Życzenie własnemu państwu przegranej przed trybunałem międzynarodowym jest czymś okropnym, niezależnie od tego, że przypadek owej pani – która w dodatku nazywa się Tysiąc, ponieważ jej historia może być historią tysięcy kobiet w Polsce – pokazuje wadliwość i bezwzględność polskiego prawa, które kierując się względami ideologicznymi i religijnymi, doprowadza do ludzkich tragedii.
Przegrana Polski w Strasburgu oznaczałaby także, że Unia Europejska i jej trybunał, do którego odwołała się poszkodowana, nie tylko odnosi się krytycznie do polskiego prawa w zakresie regulacji urodzeń, uważając je za zacofane, ale w dodatku, że Unia stoi ponad naszym prawem, a więc ogranicza naszą suwerenność. Życzenie własnemu państwu, aby jego suwerenność została ograniczona, po prostu nie mieści się w głowie, mimo że ograniczenie to mogłoby wyjść na dobre obywatelom polskim, a więc nam wszystkim.
Oto jeden z licznych dylematów, przed którymi stajemy dzisiaj codziennie.
Prof. Jerzy Bralczyk, znakomity językoznawca, a przy tym świetny i dowcipny autor, co rzadko idzie w parze – ponieważ językoznawcy zazwyczaj wiedzą, jak należy używać języka, ale rzadko to potrafią – powiedział niedawno w wywiadzie, że nasza władza posługuje się językiem Marii Konopnickiej, w którym litość nad „piwniczną izbą” splata się z „nie będzie pluł nam w twarz”, a jedno i drugie, zarówno litość dla pokrzywdzonych, jak i duma narodowa, należą do niekwestionowanych świętości.
Trzeba by jednak chyba dodać, że jest to także język moralnego szantażu, który każe zamilknąć rozumowi. Wiemy więc, że nasze prawo antyaborcyjne jest błędne i szkodliwe, ale niegodne jest życzenie mu międzynarodowej porażki. Wiemy, że do Unii Europejskiej wstępowaliśmy nie tylko po to, aby wyrwać z unijnej kasy pieniądze, ale żeby wspólnie tworzyć zasady życia na naszym kontynencie, co siłą rzeczy, jak każde przystąpienie do jakiejkolwiek organizacji czy klubu, ogranicza suwerenność jego członków. Ale powiedzenie tego na głos jest naganne.
Twierdzę, że szantażowy charakter wielu używanych dzisiaj pojęć i haseł paraliżuje debatę publiczną i ogromna liczba rozsądnych skądinąd ludzi kładzie uszy po sobie, uginając się przed szantażem.
Sejm pracuje pełną parą nad ustawą o Centralnym Biurze Antykorupcyjnym, z czego powstać ma organizacja policyjna o niesłychanych uprawnieniach do inwigilowania i ciemiężenia obywateli, większych, niż mają wywiad i kontrwywiad razem wzięte. Ale być przeciwnym CBA, w dodatku podporządkowanemu bezpośrednio rządowi, znaczy tyle, co popierać korupcję albo, co gorsza, mieć samemu coś na sumieniu. Ten szantaż knebluje gęby wszystkim, którzy we władzy CBA widzą niebezpieczeństwo dla wolności obywatelskich.
Powstaje także Narodowy Instytut Wychowania, którego głównym zadaniem będzie nadzorowanie wychowania patriotycznego w szkołach. Każdy rozsądny człowiek wie, że pojęcie patriotyzmu jest najbardziej dyskusyjnym pojęciem w całej myśli i historii polskiej. Patriotą czy zdrajcą był król Stanisław August Poniatowski? Patriotą czy zdrajcą był margrabia Aleksander Wielopolski? Patriotami czy szaleńcami politycznymi byli dysponenci powstania warszawskiego? Patriotami czy zdrajcami byli ludzie, którzy starali się rządzić Polską w warunkach takich, jakie zaistniały po wojnie, aby podnieść ją z gruzów i aby nie stała się po prostu siedemnastą republiką ZSRR?
Można takimi pytaniami sypać jak z rękawa, ale kto się odważy sprzeciwić instytutowi, który w założeniu ma uczyć patriotyzmu według z góry przyjętej partyjnej miary ? Szaleniec, desperat, antypatriota?
Szantaż, którego coraz więcej, dotyczy nie tylko jaskrawych problemów politycznych, ale i wielu innych zjawisk masowych, na przykład sportu. Przeżywamy właśnie zimowe igrzyska olimpijskie w Turynie i przez cały czas pompowano w nas nadzieje związane z osobą Adama Małysza, o którym wciąż pisano, że właśnie zbiera siły, dochodzi do szczytu formy, zaraz wszystkim pokaże itd., itp. A więc jak by wyglądał na tym tle ktoś, kto już wtedy miałby odwagę powiedzieć: -A dajcie wy wreszcie spokój Adamowi Małyszowi, człowiek ten naskakał się już dosyć, zrobił z naddatkiem to, co miał do zrobienia, i nie gorsi od niego mistrzowie po jednym czy dwóch sezonach odchodzą do drugiego rzędu albo idą do domu, w czym nikt nie widzi żadnego dramatu ani narodowej tragedii.
Ów odważny desperat mógłby powiedzieć także znacznie więcej, a więc że wiązanie szczególnych nadziei nie tylko z Małyszem, ale w ogóle z igrzyskami zimowymi jest w wypadku Polaków nie tylko utopijne, lecz także demoralizujące. Ponieważ wygrywać zawody zimowe mogą i powinny kraje, które na to zapracowały, w których dzieci i młodzież masowo jeżdżą na nartach, gdzie istnieją dziesiątki skoczni i setki tras narciarskich, gdzie państwo i prywatne osoby ładują w sporty zimowe ciężkie pieniądze, a nie zaś takie, gdzie całkiem przypadkiem zjawia się jeden znakomity skoczek, jedna dziewczyna, która świetnie biega, lecz pada zemdlona przed metą, i jeszcze jedna, która z czystego szaleństwa naraża swój kręgosłup na snowboardzie. Gdyby ci ludzie mieli swoimi wynikami podnosić samopoczucie i usprawiedliwiać tych, którzy sprawili, że dzieci nie jeżdżą dziś na zimowe kolonie i obozy, oraz tych, którzy zaniedbali przez lata zimowe ośrodki rekreacyjne i wykłócają się w dodatku w związku narciarskim o jakieś swoje niejasne interesy, byłoby to po prostu niemoralne.
Nie tak dawno prof. Jerzy Jedlicki, zabierając głos w dyskusji o inteligencji, napisał, że w sumie nie jest z nią aż tak źle, jak się o tym pisze, bo także ludzie, którzy nami rządzą, są przecież inteligentami, niektórzy nawet z tytułami naukowymi. Nawet gdyby była to cała prawda, a nie tylko częściowa, nie usprawiedliwia ona jednak w niczym tej części środowiska inteligenckiego, które po prostu boi się moralnego szantażu, zawartego w coraz śmielej używanych, podstępnych, a nawet „diabelskich”, jak chce Bralczyk, sloganach i hasłach . Niektórzy ukrywają swój lęk pod maską ironicznej wyniosłości – że to niby bez znaczenia jak każdy bełkot – niektórzy po prostu chowają się pod szafę razem ze swoim rozumem.
„Odwaga staniała, rozum zdrożał” mówił w 1956 r. Sandauer. Czas zauważyć, że właśnie robi się odwrotnie. Rozum przechowywany na własny użytek jest bez znaczenia, odwaga mówienia prawdy potrzebna jest od zaraz.

 

Wydanie: 9/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy