Ani ugryźć, ani strawić

Najczęściej powtarzanym cytatem z Jana Pawła II jest zdanie, że „prawda nas wyzwoli”. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ ludzie zawsze marzą o tym, czego mają najmniej. Niedosyt prawdy dotyczy zwłaszcza polityków, publicystów, historyków i innych konstruktorów polskiej „polityki historycznej”.
Niedawno prof. Andrzej Romanowski, historyk z UJ, opublikował artykuł „Historia, kłamstwo, banał” („GW” 15-16.07), w którym pisze, że ma „niechętny stosunek” do wysuwanego przez „polityków historycznych” postulatu, aby spreparować historię narodową tak, by kapała z niej duma. Ale jeśli jest to niezbędne, to dlaczego, zapytuje profesor, akurat powstanie warszawskie – największa, tragiczna klęska Polski podczas II wojny światowej i największa zbrodnia polityczna polskiej polityki tamtych czasów – ma być większym powodem do dumy niż Okrągły Stół na przykład, wzorcowy model pokojowego przekazania władzy i bezkrwawej zmiany ustroju? Dalej też pisze prof. Romanowski, że nie można sensownie mówić o Piłsudskim, na którego powołują się Kaczyńscy, przemilczając jego związki z socjalizmem, a nawet że nie można patrzeć na Wojciecha Jaruzelskiego tylko przez pryzmat stanu wojennego.
Tyle że gdyby rzeczywiście pójść drogą, którą proponuje profesor, trzeba by posunąć się znacznie dalej, niż znieść by to mogła nawet „Gazeta Wyborcza”, w której prof. Romanowski opublikował swój artykuł. Bo jak można mówić o Okrągłym Stole, nie zauważając, że siedziały przy nim jednak dwie strony, z których jedną wykreowała tzw. reformatorska frakcja w PZPR, tym różniąca się od frakcji niereformatorskiej, jaka także istniała, że wolała podzielenie się władzą z „Solidarnością” od narodowej jatki. A skoro wspomniałoby się już o tej frakcji, to trzeba by też zauważyć, że nie narodziła się ona znienacka, lecz istniała w takiej lub innej formie przez cały okres PRL i ze zmiennym szczęściem wspomagała ewolucję naszego kraju w stronę form bardziej liberalnych, kulturalnych i otwartych.
I nieszczęście gotowe. Nieszczęście, ponieważ trzeba by w tym celu pisać od początku całą historię Polski powojennej, całkowicie odmienną od tej, która obowiązuje dzisiaj urzędowo. Niedawno minęła na przykład 50. rocznica robotniczego powstania w Poznaniu w czerwcu 1956 r. i z tej racji ogłoszono nam oficjalnie, że był to w istocie początek „Solidarności”. Pech chce jednak, że byłem wówczas w Poznaniu, pojechaliśmy tam tuż po pierwszych strzałach z Bogdanem Czeszką, Romanem Bratnym, Stefanem Kozickim i kimś tam jeszcze. Pamiętam też artykuły, które napisaliśmy po powrocie i które wszystkie poległy w cenzurze wraz ze swymi autorami, ale na krótko, bo zaraz nastąpił prawdziwy owoc tragedii poznańskiej, którym był gomułkowski Październik, a nie „Solidarność”.
W świetle obecnej historiografii polskiej są to jednak wszystko opowieści o żelaznym wilku. W świetle tej samej historiografii możliwy jest także zdumiewający apel „Gazety Wyborczej” do prezydenta Kaczyńskiego w obronie Doliny Rospudy, w którym wśród słusznych argumentów, aby ocalić ten niezwykły fenomen przyrody, czytamy, że została nam już tylko przyroda, ponieważ „dwie wojny światowe i pół wieku komunizmu wyniszczyły w Polsce zabytki kultury materialnej”.
Nie będę oczywiście wymieniał zabytkowych budynków, z Zamkiem Królewskim na czele, zabytkowych dzielnic, z gdańską Starówką, zabytkowych miast, z Sandomierzem na przykład, które „komunizm” odbudował i na które chuchał. Nie wspomnę też wielkich profesorów: Zachwatowicza, Lorenza, Gieysztora, którzy kolaborowali z komuną przy rekonstrukcji i zachowaniu tych zabytków, bo takich oczywistości nie mówi się w przyzwoitym towarzystwie.
Prof. Romanowski, który heroicznie podważył małe kłamstewka obecnej „polityki historycznej” i jej historiografii, zdaje się wiedzieć równie dobrze jak ja, że nawet przy sprostowaniu owych małych kłamstewek nad współczesną wizją historii Polski wisi wielkie kłamstwo. Jest nim wykreślenie 45 lat historii polskiego społeczeństwa, a w najlepszym razie sprowadzenie tych lat do sterty IPN-owskich teczek, które telewizje pokazują nam przy każdej okazji, a „polityka historyczna” uważa je za swój największy skarb.
Tych 45 lat powojennych historiografia polska po 1989 r. nie potrafi ani ugryźć, ani strawić. A przecież każdy uczciwy historyk wie, że historia jest ciągłością i nie znosi amputacji, „białych plam” ani „czarnych dziur”.
Prof. Romanowski cytuje zdanie Jerzego Giedroycia, że nie ma narodu o historii tak zakłamanej jak Polacy. Pokazuje to na małych manipulacjach, dokonywanych przez chętnych historyków, którzy teraz starają się udowodnić, że Trzecia RP odcinała się od badania historii, którą odkryje nam dopiero Czwarta. Paradoks polega jednak na tym, że ten nowy obraz dziejów odkryją nam ludzie, którzy urodzili się i wykształcili w PRL, raczej jednak nie w celach więziennych. Prawdomówność historii, jak przypuszczam, ma bowiem pewien związek nie tylko z jakością i dostępnością materiałów źródłowych, ale także ze zwykłą prawdomównością ludzi.
Myślę, że niejeden jeszcze z czytelników pamięta tę zdumiewającą scenę sprzed 17 lat, kiedy to na ekran telewizora wchodzili czcigodni artyści i intelektualiści polscy, kawalerowie orderów, laureaci nagród, niekiedy nawet posłowie i wznosząc kieliszek szampana, ogłaszali, że są wreszcie „we własnym domu”, jakby dotychczas przebywali w sierocińcu. Wspominam te gesty nie dlatego, abym nie rozumiał szansy, jaka wówczas naprawdę otworzyła się przed Polską, lecz dlatego, że z biegiem czasu ów radosny toast okazał się po prostu upoważnieniem do niepamięci o własnym życiu. Czy możliwa jest jednak uczciwa, prawdomówna historia przy wymazanej pamięci uczestniczących w niej ludzi?
Nie jestem przeciwko temu, aby upowszechnianie historii miało na względzie również podnoszenie samopoczucia Polaków, które jest obecnie szczególnie marne, o czym świadczy masowa fala wyjazdów nie tylko przecież za chlebem, ale za normalnością. Mamy jednak dwie możliwe drogi upowszechniania historii. Albo chlubić się możemy naszymi ranami, klęskami, także kazamatami bezpieki, do których daliśmy się zapędzić, a więc podsuwać światu przed oczy urwaną nogę, kikut ręki lub przetrącony kręgosłup, wzbudzając tym litość, która szybko zamienić się może w obrzydzenie. Albo też możemy przypomnieć sobie, że na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci należeliśmy jednak do zwycięskiej koalicji wojennej, całkiem udatnie przeprowadziliśmy się ze wschodu na zachód, zagospodarowaliśmy jakoś swój kraj, na koniec zaś zmieniliśmy jego ustrój, nie wyrzynając się przy tym co do nogi.
Pierwszą wersję właśnie uprawiamy. Dla spełnienia drugiej musielibyśmy jednak rozgryźć brakujące nam 45 lat historii i przyzwoicie je przetrawić.
Na co się nie zanosi.

Wydanie: 30/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy