Demokracja, rzecz zbędna

Demokracja, rzecz zbędna

Skąd u młodych ludzi na całym świecie takie zniechęcenie do systemu demokratycznego i wolnego rynku?

Kiedy świat z niepokojem patrzył na wyniki październikowych wyborów prezydenckich w Brazylii, w największym kraju Ameryki Południowej wielu młodych ludzi po raz pierwszy od lat spoglądało w przyszłość z nadzieją. Jednym z nich był Carlos Lucoli, 34-letni informatyk ze stanu Amazonas i aktywista kampanii Jaira Bolsonara. Siedmiokrotny deputowany do brazylijskiego Kongresu, idol prawicy i samozwańczy pogromca establishmentu, który szedł do wyborów pod hasłami ksenofobii, rasizmu i przywrócenia porządku publicznego za wszelką cenę, bez problemów pokonał w drugiej rundzie kandydata lewicy Fernanda Haddada, zostając nowym prezydentem. Dla Lucolego to znak, że najwyższy urząd objął wreszcie człowiek czynu, a nie słów. „Bolsonaro jest silny, nie da się skorumpować. Chce porządku, tak jak większość z nas. I dba o dobre imię służb mundurowych”, powiedział informatyk w wywiadzie dla dziennika „Financial Times”. I dodał: „Przez lata w tym kraju demonizowano nasze wojsko. Mówiono, że gdy wojskowi zasiadali w rządzie, dozbrajali bojówki i mordowali uczciwych ludzi. To nieprawda. Wojsko jest gwarantem naszego bezpieczeństwa i stabilności”. Pytany o płynące z programu Bolsonara zagrożenia dla demokracji i ryzyko powrotu dyktatury, zbył te zarzuty, mówiąc, że media manipulują słowami prezydenta.

Carlos Lucoli w fascynacji rządami silnej ręki nie jest odosobniony – ani we własnym kraju, ani poza nim. W Brazylii Bolsonaro do młodych wyborców przemówił najskuteczniej. Według danych tamtejszego instytutu geografii i statystyki IBGE, spośród głosujących na nowego prezydenta aż 60% należy do grupy wiekowej 18-34 lata, a niemal jedna trzecia (31%) ma 24 lata lub mniej. Młodym Brazylijczykom imponuje jego bezpośredniość i atak na poprawność polityczną. Bolsonaro obiecał im nie tylko zmniejszenie bezrobocia, wyższe pensje i niższe podatki, ale również łatwiejszy dostęp do broni palnej czy ochronę przed imigrantami na rynku pracy.

Z podobnym programem sukces w najmłodszych grupach elektoratu odniósł Andrés Manuel López Obrador w Meksyku, a wcześniej Rodrigo Duterte na Filipinach czy Sebastian Kurz w Austrii. W tej ostatniej 42% głosów wyborców poniżej 30. roku życia otrzymał w wyborach prezydenckich prawicowy radykał Norbert Hofer. Młodzi szeroko poparli też Marine Le Pen we Francji, gdzie Emmanuel Macron był dla nich jedynie trzecim wyborem.

Na całym świecie politycy propagujący rządy na granicy demokracji i autorytaryzmu zyskują coraz większe poparcie wśród milenialsów. Dla tej grupy wiekowej demokracja przestała być istotnym elementem życia codziennego.

Dość dokładnie odzwierciedlają to dane statystyczne. Według badania przeprowadzonego przez Yaschę Mounka z Uniwersytetu Harvarda oraz Roberta Stefana Foę z Uniwersytetu w Melbourne tylko nieco ponad 30% Amerykanów urodzonych w 1980 r. lub później uważa za konieczne życie w demokracji. Dla porównania, wynik w grupie obywateli urodzonych w latach 30. wynosił 75%. Aż 24% amerykańskich milenialsów uważa, że demokracja jest dla ich kraju systemem złym albo bardzo złym – to wzrost o prawie połowę w porównaniu z badaniami z roku 1995. Niemal identyczne tendencje można zaobserwować w elektoracie europejskim. Życie w ustroju demokratycznym ma znaczenie fundamentalne jedynie dla 33% najmłodszych głosujących w Holandii i nieco ponad 25% młodych Brytyjczyków. Europejscy milenialsi są nieco bardziej wyrozumiali wobec wpływu demokracji na ich kraj niż amerykańscy rówieśnicy. Zły wpływ przypisuje jej jedynie 10%, choć odsetek ten rośnie, im młodsi są ankietowani. W grupie wiekowej 16-24 lata aż 13% uznaje demokrację za system jednoznacznie negatywny.

Młodzi wyborcy stają się coraz bardziej otwarci na inne formy rządów. Według opublikowanego w ubiegłym roku badania niemieckiej fundacji TUI jedynie 52% europejskich milenialsów uważa, że właśnie demokracja jest najlepszym możliwym ustrojem politycznym. Najmniej przekonani o jej skuteczności są młodzi Włosi (45%), Francuzi (42%) i Polacy (42%). Demokracja radzi sobie relatywnie dobrze jedynie w Niemczech (62% pozytywnych odpowiedzi) i, co ciekawe, w Grecji (aż 66%).

Perspektywy dla rządów demokratycznych rysują się jednak dużo gorzej za oceanem. Jak wynika z najnowszych danych domów badawczych Gallup i Pew Research Center, prawie połowa amerykańskich milenialsów zgadzała się ze stwierdzeniem, że kraj zyskałby na ustanowieniu „dyktatury silnego lidera” w miejsce „wybieranego w wyborach powszechnych parlamentu”. Aż 81% jest z kolei zdania, że wojskowy przewrót byłby całkowicie uzasadniony, gdyby demokratycznie wybrany rząd nie był w stanie sprawować władzy. Podobnie myśli jedynie 57% starszych wyborców w USA. 46% najmłodszych głosujących w tym kraju nie miałoby też nic przeciwko „rządowi ekspertów”, nawet gdyby był to rząd mianowany.

Światowymi liderami antydemokratycznych tendencji są kraje Ameryki Południowej. Jak donoszą najnowsze raporty LatinoBarometro, aż 58% mieszkańców regionu mających od 16 do 24 lat nie byłoby przeciwnych ustanowieniu w ich państwie wojskowej dyktatury, jeśli wiązałoby się to bezpośrednio z polepszeniem sytuacji gospodarczej kraju. Na kontynencie o tak krwawej i wcale nie tak odległej historii zbrojnych zamachów stanu i militarnych autorytaryzmów ta tendencja może szczególnie niepokoić.

Ale demokracja nie jest jedynym elementem ustrojowym, którego popularność wśród milenialsów gwałtownie spada. Najmłodsi obywatele są równie sceptyczni wobec systemu kapitalistycznego i wolnorynkowej ekonomii. Sondaż Gallupa sprzed kilku tygodni pokazuje, że kapitalizm pozytywnie ocenia jedynie 45% Amerykanów w wieku 18-29 lat. To spadek dość drastyczny, jeśli weźmie się pod uwagę, że jeszcze w 2010 r. odsetek ten wynosił aż 68%. Dla coraz większej grupy młodych mieszkańców Stanów Zjednoczonych gospodarka socjalistyczna z elementami centralnego planowania i dużo większą partycypacją państwa staje się atrakcyjną alternatywą kapitalizmu. Taką opinię podziela aż 51% amerykańskich milenialsów. Dali temu zresztą wyraz w niedawnych wyborach do Kongresu, gdzie mandat zdobyło kilkoro kandydatów popieranych przez Amerykański Sojusz Demokratyczno-Socjalistyczny, organizację uważaną za lewe skrzydło Partii Demokratycznej. Alexandria Ocasio-Cortez, uznawana za nową nadzieję tamtejszej lewicy, do wyborów szła z hasłem walki o umorzenie długów studenckich i darmową edukację wyższą. Z kolei Rashida Tlaib, jedna z dwóch pierwszych muzułmanek w historii amerykańskiego Kongresu, za Berniem Sandersem mówiła o konieczności wzięcia przez państwo odpowiedzialności za służbę zdrowia. Obie działaczki domagają się też ograniczenia przywilejów wielkiego przemysłu i finansowych gigantów z Wall Street. Choć z europejskiego punktu widzenia nie brzmi to radykalnie, w amerykańskim porządku publicznym takie postulaty wpisują się w retorykę odrzucenia systemu kapitalistycznego.

Skąd zatem u młodych ludzi na całym świecie tak gwałtowne zniechęcenie do demokracji i wolnego rynku? Jak zawsze odpowiedź jest bardzo złożona i dotyczy styku problemów politycznych i ekonomicznych. W Europie bezrobocie w grupie wiekowej 18-29 lat wynosi 18-52%, niewiele lepiej jest w Stanach Zjednoczonych czy w Australii. Nie to jednak jest główną przyczyną niezadowolenia młodych. Według badania Global Shapers przeprowadzonego przez Światowe Forum Ekonomiczne w Davos aż 58% milenialsów uważa, że przywódcy ich krajów nadużywają władzy. 30% sądzi, że administracja publiczna jest przerośnięta i ma zbyt szerokie kompetencje, podobny odsetek twierdzi, że nie ma narzędzi do weryfikowania działań polityków. Ponad 18% jest z kolei zdania, że żadna z dostępnych opcji politycznych nie odzwierciedla ich poglądów i ideałów. Tak głębokie rozczarowanie klasą rządzącą, a do tego przekonanie o nikłych szansach na sukces finansowy, plus rosnące długi, które stają się pokoleniowym znakiem rozpoznawczym, sprawiają, że milenialsi domagają się zmiany. Niestety, zmianę, przynajmniej w warstwie retorycznej, proponują jedynie autorytarni strongmani, którzy budują kapitał na przekonaniu, że cokolwiek zaoferują młodym, i tak będzie lepsze od niestabilnego życia. I choć pogłoski o globalnej śmierci demokracji są przesadzone, jej przyszłość stoi pod znakiem zapytania.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 51/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy