Juszczenko ratuje rewolucję

Juszczenko ratuje rewolucję

Ukraińcy coraz częściej patrzą na obecną władzę jak na kontynuatorów ekipy Kuczmy-Janukowycza

Rewolucja pożera własne dzieci. To stare porzekadło jak ulał pasuje do najświeższego kryzysu politycznego na Ukrainie, gdzie w minionym tygodniu konwulsje na szczytach władzy zakończyły się dymisją całego rządu z Julią Tymoszenko na czele i serią dymisji wśród najbliższych współpracowników prezydenta Wiktora Juszczenki. Stanowiska stracili nie tylko wszyscy ministrowie, lecz także tak wpływowi politycy jak szef prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Peter Poroszenko, czy prezydencki szef gabinetu, Ołeksandr Trietiakow.
Właściwie można było się tego spodziewać. Pesymiści zapowiadali kryzys pomarańczowej rewolucji właściwie od samej inauguracji prezydentury Juszczenki w styczniu tego roku, a optymiści na Ukrainie mówili o tym co najmniej od czerwca.
Konflikty interesów na szczytach ukraińskiej władzy – zwłaszcza pomiędzy juszczenkowskim blokiem Nasza Ukraina a partią Julii Tymoszenko Batkiwszczyzna – musiały zaowocować rozpadem rządzącej koalicji i rozejściem się dróg Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko, symbolu pomarańczowego przejęcia władzy, ukraińskiej La Pasionarii. Zwłaszcza niechętni jej politycy cały czas powtarzali, że celem Żelaznej Julii jest dominacja na politycznej scenie Ukrainy i

faktyczne odsunięcie Juszczenki

na boczny tor. Odkładając na bok najbardziej diaboliczne z tych interpretacji, trzeba przyznać, że tkwiło w takich opiniach źdźbło prawdy. Juszczenko, po próbie otrucia go w trakcie ubiegłorocznej kampanii wyborczej, nie jest (i być może już nigdy nie będzie) w pełni sił. Energiczna pani premier od początku więc miała silną pozycję w Kijowie. I chętnie z niej korzystała. Podejmowała wiele decyzji, również tak drażliwych politycznie jak konfrontacja z oligarchami z otoczenia Kuczmy czy pomysły odwołania wielu prywatyzacji z lat poprzednich, bez konsultacji i uzgodnień z Juszczenką. Budowała swoją przyszłą potęgę, prowadząc m.in. do takich ustawowych zmian w systemie instytucji politycznych Ukrainy, by wzmocnić wyraźnie pozycję szefa rządu, a osłabić siłę prezydentury.
Ten sposób działania z założenia prowokował konflikty. Wzmacniane na dodatek niezadowoleniem części najbliższej ekipy Juszczenki, z Poroszenką na czele, który podobno miał obiecaną tekę premiera, zanim gwiazda Julii Tymoszenko rozbłysła tak mocno, że już nie można było zostawić jej z boku. Kiedy więc Poroszenko i inni otrzymali jedynie stanowiska w administracji prezydenckiej, na linii kancelaria Juszczenki-rząd iskrzyło niemal każdego dnia.
Na dodatek Juszczenkę także w jakimś momencie zaczęła irytować

nadmierna samodzielność

pani premier. W czerwcu kijowska prasa po raz pierwszy ujawniła, że prezydent zbeształ Julię Tymoszenko za niekonsultowane z nim koncepcje denacjonalizacji sporej części wielkich firm, co wywołało także protesty zachodniego biznesu i osłabiło rankingi zaufania do Ukrainy jako miejsca dla inwestycji zagranicznych. Już wtedy było pewne, że pełna konfrontacja między prezydentem a rządem jest nieunikniona.
Problem tkwił (i tkwi nadal) w tym, że także samego Juszczenkę i jego otoczenie zaczęły dręczyć typowe choroby władzy: korupcja, wykorzystywanie politycznej pozycji dla własnych korzyści, spadek popularności. Prezydent zaczął alergicznie reagować na krytykę w mediach, choć hasło wolności prasy było jedną z głównych obietnic rewolucji. Apogeum to zjawisko osiągnęło w lipcu, kiedy po ujawnieniu przez dziennikarzy, że jego 19-letni syn Andrij opatentował symbole pomarańczowej rewolucji i dzięki tej brzydkiej sztuczce zarabia

miliony hrywien,

Juszczenko zrobił prasie publiczną awanturę w stylu – jak pisano w Kijowie – najgorszych zachowań Kuczmy.

Nie udało się prezydentowi zniszczyć rozpanoszonej na Ukrainie korupcji – co było kolejnym hasłem w ramach kampanii obalania poprzedniej ekipy. A kiedy w minionym tygodniu do dymisji podał się jeden z najbliższych współpracowników Juszczenki, Ołeksandr Zinczenko, motywując swój krok właśnie łapówkarstwem w prezydenckiej administracji, łącznie z oskarżeniem o ten proceder Poroszenki i Trietiakowa, prezydent nie miał wyboru – musiał albo dokonać głębokiej rekonstrukcji we władzach, albo pogodzić się nie tylko z klęską marzeń o pozytywnych zmianach na Ukrainie, lecz także z perspektywą totalnej porażki obozu juszczenkowskiego w zaplanowanych na marzec 2006 r. wyborach parlamentarnych. Tym bardziej że tylko w ostatnich trzech miesiącach jego Nasza Ukraina straciła w sondażach aż 10% poparcia, a Batkiwszczyzna kolejne 10%.
Dymisje polityków będących symbolami pomarańczowej rewolucji mają uratować wizerunek prezydenta i dać Ukraińcom sygnał, że przynajmniej sam Juszczenko chce kontynuować obiecywane zmiany, zamiast wyłącznie korzystać z owoców władzy. Z drugiej strony swoista rzeź politycznej drużyny z czasów rewolucji osłabia w naturalny sposób obóz zmian i daje wiatr w żagle byłemu premierowi Janukowyczowi. Pomarańczowa rewolucja jest dzisiaj wyraźnie chora. A perspektywy pomyślnej kuracji nie całkiem pewne.

 

Wydanie: 37/2005

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy