Pokój, ład i dobry rząd

Pokój, ład i dobry rząd

Kanadyjczycy mniej oglądają się za siebie, bardziej żyją tu i teraz. I nie mają obsesji na punkcie narodowego charakteru

– To proste: nie mamy w Kanadzie silnej tożsamości narodowej. I bardzo dobrze – mówi prof. Daniel Hiebert.

– Ale jak to? – pytam, a oczyma duszy widzę pokolenia umierających za ojczyznę przodków przewracające się w grobach. Jak można nie mieć tożsamości narodowej? I jeszcze być z tego dumnym? (…) Tożsamość narodowa to rzecz bezcenna i wymagająca kultywowania, w porywach do czynnej obrony, zwłaszcza przed moralnym relatywizmem, genderem, feminizmem, socjalizmem, ateizmem, uchodźcami, islamem, poprawnością polityczną, Brukselą i cywilizacją śmierci. Niekoniecznie w tej kolejności.

A w Kanadzie nie. Prof. Hiebert, który bada imigrację na University of British Columbia w Vancouver, wzdycha ciężko. Ewidentnie nie jestem pierwszą Europejką, której opadła szczęka, gdy usłyszała to zdanie.

– Nie ma czegoś takiego jak rdzenna kanadyjska kultura. Frankofoński Quebec i anglojęzyczna reszta Kanady mają inne wspomnienia, inne tradycje, inne oceny historii. Ludność rdzenna też w zupełnie innym miejscu szuka serca własnej kultury. Do tego mamy imigrantów ze wszystkich stron świata, wychowanych w różnych tradycjach. Co w tej sytuacji jest rdzeniem kultury kanadyjskiej? Hokej? (…)

– Historia nie jest naszym sportem narodowym – przyznaje prof. Hiebert. Trudno zresztą, żeby była, bo i jaka – a raczej czyja – miałaby to być historia, skoro jeden na pięciu obywateli Kanady urodził się za granicą, a do 2036 r. niemal połowę ludności stanowić będą albo imigranci, albo ich dzieci. Ceną, jaką Kanada płaci za prawdziwie kosmopolityczne społeczeństwo, jest ahistoryczność, brak kolektywnej pamięci kulturowej. Ale dzięki temu nie toczy też zbyt wielu konfliktów o tę pamięć.

Poza francuskojęzycznym Quebekiem, który ma ponaddwustuletnie pretensje do „Anglików”, czyli reszty Kanady, i Pierwszymi Narodami, które mogą przedstawić dużo dłuższą i poważniejszą listę krzywd, Kanadyjczycy nie żyją przeszłością. Nie ma kanadyjskich odpowiedników koszulek z „żołnierzami wyklętymi”, husarią czy powstańczą kotwicą, a jeśli wpisać w Google „Canadian Patriotic T-shirts”, najczęściej powtarzającym się motywem jest na nich po prostu liść klonowy. (…)

W święto niepodległości, Canada Day, które przypada 1 lipca, nie ma marszów gniewnych młodych ludzi krzyczących: „Nie chcemy tu muzułmanów”, „Kanadyjczycy przeciw imigrantom” czy „Wielka Kanada narodowa”. Ani zapowiedzi, kto będzie wisiał na drzewach zamiast liści. Są za to pikniki, fajerwerki, koncerty i uroczystości na cześć nowych obywateli Kanady, którzy właśnie tego dnia złożyli przysięgę i otrzymali paszport. A jeśli jest jakaś demonstracja, to organizują ją przedstawiciele Pierwszych Narodów – żeby przypomnieć Kanadyjczykom nie to, z czego mają być dumni, ale to, czego powinni się wstydzić: stuleci kolonializmu, wyzysku, kulturowego ludobójstwa i niedokończonego z nich rozliczenia.

Historia Kanady, w przeciwieństwie do dziejów europejskich państw, nie jest przesadnie spektakularna. (…) Kanada powstawała mniej więcej wtedy, kiedy tworzył się nowoczesny nacjonalizm. Ale ojcowie zjednoczenia Włoch czy Niemiec posiadali cały arsenał bohaterów i mitów, które stawały się fundamentem wyobrażonej wspólnoty narodowej. Kanada nic podobnego nie miała. (…)

Kanada powstała jako społeczność polityczna, nie etniczna. To małżeństwo z rozsądku anglojęzycznych protestantów i francuskojęzycznych katolików (i ludności rdzennej, ale jej nikt nie pytał o zdanie), w kolejnych falach imigracji wzbogacone o ukraińskich prawosławnych, chińskich konfucjanistów, japońskich buddystów, indyjskich wyznawców hinduizmu i sikhizmu, polskich katolików, muzułmanów z Bliskiego Wschodu i dziesiątków innych nacji i wyznań. (…)

Mottem Kanady zostało nie patetycznie patriotyczne „Bóg, honor, ojczyzna” czy ekscytujące i pełne obietnic „Życie, wolność i pogoń za szczęściem”, tylko rozsądne i nudne „Pokój, porządek i dobry rząd”. Ale za to Kanadyjczycy mniej oglądają się za siebie, bardziej żyją tu i teraz. I nie mają obsesji na punkcie narodowego charakteru (…).

Według Daniela Hieberta kanadyjski multikulturalizm z jednej strony zachęca do zachowania różnic między obywatelami, a z drugiej zaprasza ich do przynależenia do narodowej wspólnoty. Między tymi dążeniami panuje napięcie, ale produktywne: bo każdy w końcu jednocześnie uważa, że jego kultura jest cenna, wyjątkowa i warta zachowania, ale i pragnie być pełnoprawną częścią większej całości: być w centrum, a nie na marginesie.

– W Europie czy USA chodzi o włączenie Innego do określonej kultury. W Kanadzie każdy ma swoją, nie ma jednej dominującej. I to bardzo dobrze, że nie mamy ani ściśle zdefiniowanej kultury narodowej, ani konkretnie zdefiniowanego Innego. Każda definicja rodzi bowiem automatycznie wykluczenie tych, którzy do niej nie pasują. A złość, poczucie wykluczenia, wreszcie ekstremizm pojawia się w społeczeństwach, które tworzą konkretną wizję tego, czym są, i spodziewają się, że wszyscy obywatele się jej podporządkują – mówi.

Fanem wielokulturowości – tak wielkim, że wpisał ją do kanadyjskiej konstytucji – był Pierre Trudeau. „Jednolitość nie jest ani pożądana, ani możliwa w kraju o rozmiarach Kanady. Nie powinniśmy nawet móc się zgodzić co do tego, jakiego Kanadyjczyka wybrać na modelowego obywatela, nie mówiąc już o przekonaniu większości, by go naśladowała. (…) Nie ma czegoś takiego jak idealny Kanadyjczyk”, mówił w 1971 r. „Społeczeństwo, które nalega na uniformizację, produkuje nietolerancję i nienawiść. Społeczeństwo, które czci statystycznego obywatela, płodzi miernoty (…)”, dodał.

Jego syn, obecny premier Kanady, podziela poglądy ojca na multikulturalizm. I z dumą przyznaje, że jego kraj jest „pierwszym państwem ponadnarodowym”. (…)

– Nie mamy nawet dobrego sloganu. Ameryka jest „krajem wolnych, ojczyzną dzielnych”, Włochy słyną z jedzenia, Francja z kultury i sztuki. A Kanadę definiuje co – że wszystkim jest tu wygodnie? To próbujemy powiedzieć światu? Nie jest to szczególnie inspirujące – powiedział mi Henry Yu, 50-letni Kanadyjczyk chińskiego pochodzenia i profesor historii na UBC w Vancouver.

Podróżując po Kanadzie, starałam się przy okazji pytać moich rozmówców – Kanadyjczyków z dziada pradziada i dzieci imigrantów, ludzi o różnym wykształceniu, wieku i statusie społecznym – o kanadyjskie wartości i o to, co dla nich znaczy być Kanadyjczykiem. Próba żadną miarą nie jest reprezentatywna, ale trochę pokazuje, jak mieszkańcy Kanady postrzegają samych siebie i swój kraj. Co w sobie lubią (wiele), a co im się nie podoba (dużo mniej). Bardziej krytyczni zazwyczaj byli przedstawiciele tzw. widocznych mniejszości – tak Kanadyjczycy nazywają niebiałych obywateli. Jak Yu, który przyznał, że nie lubi słowa multikulturalizm, bo „jest trochę zbyt czyste i pachnące” oraz zakłada brak konfliktów.

– Ale to nieprawda. Wielokulturowość wcale nie oznacza, że automatycznie wszystko jest super. Mamy mnóstwo problemów – zastrzegł.

Claudia Li, lat 30, też z Vancouver, jak sama o sobie mówi, tłumaczka kultur, precyzuje, na czym polegają problemy.

– Wyobraź sobie, że twój brat się żeni z dziewczyną z innego kraju, a jego narzeczona ma dużą rodzinę. I ta rodzina przychodzi do ciebie do domu. Nie mówicie w tym samym języku, macie inne zwyczaje. Gdy ty ich przytulasz, dla ciebie to wyraz uczucia, ale oni uważają, że to naruszenie ich prywatnej przestrzeni. Wcale nie jest łatwo się dogadać – zapewnia.

Claudia, podobnie jak Henry, przestrzega jednocześnie przed patrzeniem na Kanadę przez różowe okulary.

– To nieprawda, że nie jesteśmy rasistami. Zobacz, co zrobiliśmy Pierwszym Narodom.

Claudia używa zaimka „my”, choć jej rodzice przyjechali z Hongkongu, a jej przodkowie nie mieli nic wspólnego z zamykaniem rdzennej ludności w rezerwatach.

– Ale rasizm jest u nas inny niż w USA – ciągnie Claudia. – Jeśli pojechałabym do południowych stanów, pewnie mogłabym usłyszeć, jak ktoś mówi o mnie per „chinol”. Tu nikt by mnie tak nie nazwał. Kanadyjczycy co najwyżej stwierdzą: „Tak, w Vancouver jest dużo Chińczyków i przez nich rosną ceny nieruchomości”. Ale wprost nic rasistowskiego nie powiedzą. Co niemal jest jeszcze bardziej irytujące, bo nie możesz im po prostu powiedzieć: „Człowieku, nie mów tego, to rasizm”, tylko musisz się wdawać w ekonomiczną dyskusję. Wydaje się lepsze, ale tak naprawdę jest równie poniżające – podsumowuje.

Julia Tapscott, 36-letnia kelnerka z Montrealu, Kanadyjka z dziada pradziada, zasadniczo – poza kwestią ludności rdzennej – jest dumna ze swojego kraju.

– To, ilu uchodźców przyjęliśmy my, a ilu Stany, idealnie pokazuje różnice między USA a Kanadą. Wręcz zderzenie kultur – mówi Julia.

– To co was najbardziej odróżnia od sąsiadów?

– Kanadyjczycy nie boją się tego, czego nie znają, dopóki nie dostaną dowodu, że powinni się bać. Nasz kraj jest drugim największym na świecie i jednym z najpiękniejszych. Czego mielibyśmy się bać, przyjmując uchodźców i imigrantów? Akurat miejsca to na pewno nie zabraknie. Nie mamy też obsesji na punkcie naszego stylu życia. Może dlatego, że jest on tak różnorodny, że nie ma o co się nadymać? (…) – przekonuje Julia.

– Jacy jesteśmy? Rany, trudne pytania zadajesz – mówi Bob Veruela. Rówieśnik Julii, syn imigrantów z Filipin i tancerz hip-hopowy. Właśnie przeprowadził się z Winnipeg do Toronto. – Lubimy hokej. Jesteśmy empatyczni, staramy się zrozumieć ludzi i jakoś się dogadać. To stereotyp, że Kanadyjczycy są mili, ale prawdziwy. Często mówimy „przepraszam” i „eh”. Można nas wręcz oskarżyć o to, że jesteśmy pasywnie agresywni. Ale jednocześnie jesteśmy dumni z naszej gościnności, z tego, że przyjmujemy imigrantów i uchodźców. Lubimy pomagać.

– Nie boicie się, że imigranci was zmienią?

– Gdzie tam. Popatrz na mapę, jaki to wielki kraj, na pewno ich pomieścimy. Pracy też mi nikt nie zabierze.

Jeffrey Nguyen, 24-letni syn wietnamskich imigrantów, mieszka w Edmonton, jest kucharzem, a oprócz tego, podobnie jak Bob, prowadzi zajęcia z hip-hopu dla dzieciaków z rezerwatów i poprawczaków. Zapytałam go, czy w szkołach uczy się „kanadyjskich wartości”.

– Nie. Nie ma zresztą jakiegoś spisanego kodeksu. Uczysz się, obserwując, co robią inni. Na przykład jeśli zgubisz się i zapytasz dowolną osobę o drogę, zawsze ci ją pokaże. Albo nawet zaprowadzi. To dla mnie kanadyjska wartość. (…)

Nice, czyli miły, sympatyczny, uprzejmy, to przymiotnik nierozłącznie zrośnięty z Kanadą i jej mieszkańcami. (…)

Ja tam sobie kanadyjską życzliwość, uprzejmość i uczynność bardzo chwaliłam. Kiedy złapałam stopa na Wyspie Księcia Edwarda, Krissy miała podwieźć mnie na rogatki Charlottetown, ostatecznie zawiozła 40 km dalej, na Zielone Wzgórze („Eh, i tak chciałam się przejechać”).

W Fort McMurray Cullen, dziennikarz lokalnej gazety, ponad godzinę obwoził mnie po terenach znajdujących się pod miastem zakładów wydobywających i przetwarzających ropę („Masz taki fajny projekt, szkoda by było, żebyś głównej atrakcji nie zobaczyła”).

Lucia, znajoma znajomego, znana mi tylko z Facebooka, przyjęła mnie pod swój dach („Ależ daj spokój”).

Ale imigranci, jak Paweł, który 20 lat spędził w Kanadzie, czasem się skarżą. Na to, że ta uprzejmość i sympatyczność jest bardzo płytka i powierzchowna, że owszem, Kanadyjczycy podwiozą cię i pożyczą cukru, ale poza tym trzymają na odległość ramienia, że trudno o prawdziwe, bliskie przyjaźnie czy nawet szczerą rozmowę. – Zasady współżycia są jasno określone, odtąd dotąd. Mnie jest ciężko wejść w tę kanadyjską mentalność – mówi.

No i że ta uprzejmość potrafi utrudnić życie.

– Tak, ludzie są tu bardzo mili, „kanadyjsko mili” – opowiada mi Lucia Paolinelli. 30 lat, rodzice wyemigrowali z Argentyny do Montrealu. Lucia jest urzędniczką w Ottawie, na weekendy wraca do domu, bo jest Québécoise, francuską Kanadyjką, i wśród anglofonów tęskni za domem.

– Kanadyjsko mili?

– Politycznie poprawni. Dam ci przykład. Mój tata wczoraj przyjechał do Montrealu, korzystając z aplikacji ridesharingowej. Wiesz, kierowca za drobną opłatą zabiera ludzi jadących w tę samą stronę. I jeden z pasażerów śmierdział. Potwornie. Jakby się dwa tygodnie nie mył. Kierowca udawał, że nie zauważył, pasażer siedzący obok tego gościa to samo. Kiedy dojechali, kierowca zapytał: „I jak, podróż była przyjemna?”. Mój tata, który wychował się w Argentynie, powiedział: „Szczerze mówiąc, nie”. Kierowca się zmartwił i spytał, czy to przez niego. Ojciec odparł, że nie, spojrzał na śmierdziela i stwierdził: „Przykro mi, ale muszę to powiedzieć: pan śmierdzi”. Kanadyjczyk, jeśli już by naprawdę musiał, powiedziałby: „Zauważyłem, że w samochodzie brzydko pachniało, nie wiem skąd, ale może po prostu jestem zbyt wrażliwy na zapachy”. (…)

Oczywiście Kanada nie jest krajem, w którym wszyscy żyją w dostatku i idealnej harmonii, problemy społeczne zostały rozwiązane, a jednorożce galopują w stronę tęczy. Największą rysą na tym idealnym obrazku jest sytuacja ludności rdzennej. Prawie półtora wieku kulturowego ludobójstwa – odbieranie dzieci i zamykanie ich w szkołach z internatem, gdzie zakazywano im mówić w rodzimych językach, odbierano tradycje i religie, a przy okazji często bito, głodzono i molestowano seksualnie – wciąż wpływa na życie „ocalonych” (survivors) oraz ich dzieci i wnuków. (…) Społeczności rdzenne mają najwyższe odsetki biedy, bezrobocia, depresji, samobójstw, alkoholizmu, przemocy w rodzinie i molestowania dzieci. A warunki w rezerwatach bardziej przypominają tzw. Trzeci Świat, a nie jedno z państw G7: rozwalające się, słabo ogrzane baraki, brak szkół, służby zdrowia i opieki społecznej, a nawet dostępu do czystej wody pitnej. I mimo obietnic kampanijnych Justina Trudeau i przeznaczenia 1,8 mld dol. na ten cel przez pierwsze dwa lata jego rządów sytuacja społeczności rdzennej poprawiła się tylko minimalnie.

Podobnie jest z deklarowanym przez premiera feminizmem – nie przełożył się on na razie na zniesienie różnicy płci w zarobkach. Kanadyjki zarabiają średnio o jedną czwartą mniej niż ich koledzy, co daje Kanadzie kiepskie 35. miejsce na świecie. Poziom ubóstwa u dzieci – sięgający jednej piątej – też nie przynosi krajowi zaszczytu. Zdarzają się rasistowskie incydenty, choć nie na taką skalę jak w USA. Imigranci mają przed sobą długą drogę do spełnienia swojego kanadyjskiego marzenia i zazwyczaj staje się ono udziałem ich dzieci, głównie ze względu na problemy z uznaniem kwalifikacji zawodowych. Zdarza się, że chirurdzy pracują jako taksówkarze, a nauczyciele kelnerują. Wreszcie wydobycie ropy z piasków bitumicznych Alberty, jednego z najbardziej zanieczyszczających środowisko źródeł tego surowca, emituje do atmosfery ogromne ilości dwutlenku węgla. A Trudeau, z żarem deklarujący konieczność walki z globalnym ociepleniem, właśnie zatwierdził dwa nowe rurociągi.

Ale generalnie nie jest źle. Zwłaszcza że choć Kanada może i jest drugim najlepszym krajem na ziemi, to coraz trudniej jest wskazać ten pierwszy.

Tytuł i skróty pochodzą od redakcji

Fragmenty książki Katarzyny Wężyk Kanada. Ulubiony kraj świata, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017

Wydanie: 5/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy