Opróżnianie magazynków

Opróżnianie magazynków

Czy 2021 okaże się rokiem reformy prawa do posiadania broni w USA?

Trudno sobie wyobrazić większy dysonans symboliczny niż to, co w walentynki działo się w Parkland, nieco ponad 20-tysięcznym miasteczku na Florydzie. Podczas gdy świat obchodził święto zakochanych, przed budynkiem liceum im. Marjory Stoneman Douglas, dziennikarki, pisarki, aktywistki na rzecz praw kobiet, zebrali się mieszkańcy. Były łzy, ale nie radości, tylko smutku, gniewu i żalu. Właśnie w tej szkole trzy lata temu doszło do jednej z największych tragedii z użyciem broni palnej we współczesnej historii Stanów Zjednoczonych. 19-letni Nikolas Cruz wtargnął do budynku, uruchomił alarm przeciwpożarowy, poczekał, aż uczniowie i pracownicy szkoły wybiegną na zewnątrz, po czym otworzył ogień. Najpierw strzelał do tych, których napotkał tuż przy głównym wejściu, potem przedzierał się w głąb budynku, na kolejne piętra. Uzbrojony w półautomatyczny, samopowtarzalny karabin AR-15, zabił tego dnia łącznie 17 osób: 14 uczniów i trzech nauczycieli. Kolejne 17 osób zostało rannych.

Masakra w Parkland przeszła jednak do historii nie tylko dlatego. Nastolatki z tej placówki, wstrząśnięte śmiercią kolegów i koleżanek, rozpoczęły dosłowny i metaforyczny marsz na Waszyngton. Domagały się gruntownej reformy prawa do posiadania broni – przez wielu w Ameryce uważanego za prawo święte, najważniejszy wyznacznik ich wolności osobistej. Emma González, jedna z najbardziej wyrazistych postaci ruchu uczniowskiego, widziała w nim zaś emanację czystego zła. Powód, dla którego setki, może nawet tysiące młodych ludzi w jej kraju boją się wchodzić do swoich szkół, a zamiast historycznych dat i równań matematycznych uczą się na pamięć planów ewakuacyjnych każdego budynku. „Nikt nie jest w stanie zrozumieć, jak głęboko to nas dotknęło”, mówiła nieco ponad miesiąc po masakrze, stojąc na scenie w trakcie wiecu po „Marszu po nasze życie”, jak nazwano demonstrację przeciwko powszechnemu prawu do broni.

González i pozostali aktywiści byli nie tylko głosem smutku i rozgoryczenia z powodu śmierci najbliższych. Stali się też żywym dowodem na to, że w amerykańskim społeczeństwie dojrzewa postulat głębokiej zmiany podejścia do broni palnej. Coś, co przez dekady wydawało się poza zasięgiem bez względu na aktualnie rządzącą opcję polityczną, zaczyna majaczyć na horyzoncie jako realna inicjatywa legislacyjna. Według danych pracowni badań sondażowych Gallup od dziewięciu lat sukcesywnie spada odsetek Amerykanów, którzy deklarują zadowolenie z obecnie obowiązujących przepisów dotyczących broni. W styczniu tego roku wynosił on 42%, przy 56% respondentów domagających się reformy. Z jednej strony, nie należy przywiązywać do tych danych zbyt dużej wagi, bo są one podatne na wahnięcia. Za każdym razem, gdy w kraju dochodzi do masowej strzelaniny, odsetek niechętnych obecnym regulacjom wzrasta skokowo – najwyższy w ciągu ostatnich dwóch dekad był w styczniu 2016 r., miesiąc po masakrze w San Bernardino. Z drugiej jednak, pokazują, że zmiana rzeczywiście ma miejsce, i to na poziomie dużo głębszym, bo świadomości społecznej. Tym, którzy stwierdzili, że prawo powinno zostać napisane na nowo, Gallup zadał dodatkowe pytanie – w którym kierunku powinna iść reforma. Tu aż 42% (drugi najwyższy wynik od 2001 r.) opowiedziało się za zaostrzeniem kryteriów, po spełnieniu których można otrzymać broń palną. Rozbrojenie Ameryki nagle przeniosło się z półki „niemożliwe” na tę opatrzoną etykietką „bardzo trudne”.

Wbrew pozorom to naprawdę powód do optymizmu. Zwłaszcza że, jak niemal na wszystkich płaszczyznach życia, i tutaj piętno odcisnęła pandemia koronawirusa. Jak wynika z badań prowadzonych przez Phillipa Levine’a i Robina McKnighta z Wellesley College, w ubiegłym roku w Stanach Zjednoczonych sprzedano najwięcej sztuk broni palnej w historii. W dużej mierze z dwóch powodów – ogromnego stresu wywołanego pandemiczną niepewnością oraz strachu przed rozlewającymi się na cały kraj protestami. Demonstracje przeciwko instytucjonalnemu rasizmowi policji rzadko wprawdzie przeradzały się w zamieszki czy uliczne rozróby, ale w wielu miejscach, zwłaszcza w konserwatywnych kanałach telewizji kablowej, przedstawiane były niemal jak zapowiedź wojny domowej, ostatecznej konfrontacji między liberalną i konserwatywną Ameryką. Dlatego, piszą Levine i McKnight, mieszkańcy kraju częściej niż w poprzednich latach sięgali do portfela, żeby kupić kolejne pistolety, strzelby, karabiny. Łącznie ten „naddatek” prewencyjnych zakupów wyniósł aż 5 mln sztuk broni – o tyle więcej zostałoby ich w sklepach, gdyby nie COVID-19, lato protestów i skrzywienie ich wizerunku przez środki masowego przekazu.

Jednocześnie Ameryka w ubiegłym roku wybrała nowego prezydenta. Stary, wiernie służący lobby producentów broni, przynajmniej na razie poszedł w odstawkę. Przez swoje cztery lata w Białym Domu Donald Trump robił dosłownie wszystko, by zakochanym w strzelaniu obywatelom umilać życie. Choć to za jego kadencji miały miejsce najtragiczniejsze w skutkach masowe strzelaniny – nie tylko ta w Parkland, ale również w Las Vegas (październik 2017 r., 58 ofiar), Sutherland Springs (listopad 2017 r., 26 ofiar) czy El Paso (sierpień 2019 r., 22 ofiary), stać go było co najwyżej na straszenie wyborców demokratami i ich rzekomo tragiczną w skutkach inicjatywą ograniczenia dostępu do broni. „Idą po wasze prawa, które gwarantuje druga poprawka do konstytucji!”, krzyczał w swoim stylu z wiecowej trybuny w listopadzie 2019 r. Wcześniej, po wydarzeniach z Florydy, zapowiadał wprawdzie, że ma pomysł na reformę, jednak nie precyzował, na czym miałaby ona polegać. Wprawni obserwatorzy amerykańskiej polityki i tak wiedzieli, że te słowa nigdy nie zostałyby przekute w czyny. NRA, National Rifle Association, największa i najbardziej wpływowa organizacja w świecie handlu bronią, na kampanię wyborczą Trumpa w 2016 r. przekazała 30 mln dol. Dwuipółkrotnie więcej niż cztery lata wcześniej, by wesprzeć walczącego z Barackiem Obamą Mitta Romneya. Tak wielka inwestycja po prostu musiała się zwrócić, a Donald Trump zamierzał osobiście tego dopilnować.

Między innymi dlatego nie zrobił nic na rzecz zwiększenia liczby procedur weryfikacyjnych dla potencjalnych posiadaczy broni. W każdym z pierwszych trzech lat jego kadencji przeprowadzono ich mniej niż w 2016 r. – ostatnim pod rządami Baracka Obamy. Liczby podskoczyły dopiero w 2020 r., co akurat było wzrostem naturalnym, bo wynikającym z pandemicznej mobilizacji kupujących. Ubiegły rok był zresztą pod tym względem rekordowy, bo procedur weryfikacyjnych przeprowadzono aż o 84% więcej niż pięć lat wcześniej. Sam fakt poddania kogoś analizie przez władze federalne nie oznacza jednak, że broń trafia w bezpieczne i pewne ręce. Czynności te są często prowadzone wadliwie, instytucje nie dzielą się informacjami na temat badanego, a do kwestii zdrowia psychicznego nie przywiązuje się praktycznie żadnej wagi. Co więcej, obowiązek weryfikowania kandydatów mają wyłącznie licencjonowani dystrybutorzy, czyli sklepy. Jeśli broń przechodzi z rąk do rąk prywatnie, pomiędzy dwiema osobami fizycznymi albo w czasie popularnych w USA targów broni, nikt nikogo nie musi sprawdzać.

Tę właśnie legislacyjną próżnię chce wypełnić Joe Biden, polityk, który w próbach ograniczenia dostępu do broni ma naprawdę spore doświadczenie. Obecny system federalnej weryfikacji powstał w dużej mierze przy jego udziale, kiedy jeszcze w latach 90. Biden zasiadał w Senacie. Potem już jako wiceprezydent u boku Obamy chciał tak zmienić prawo, żeby do sprawdzania kupującego obligowało każdego sprzedawcę. Wtedy jednak reforma przepadła w zdominowanym przez republikanów Kongresie. Teraz Biden spróbuje jeszcze raz, na celownik biorąc nie tylko procedury weryfikacyjne, ale też rodzaje broni dostępne na wolnym rynku. Do 2004 r. w USA obowiązywał np. zakaz sprzedaży detalicznej tzw. broni szturmowej, w tym karabinów automatycznych i półautomatycznych, typowych dla działań wojskowych. Nowy prezydent już zapowiedział próbę ponownego ich zakazania, ale przepchnięcie takiej reformy może być politycznie bardzo kosztowne, nawet dla demokratów. Ryzyko czai się także w Sądzie Najwyższym, gdzie republikanie mają zdecydowaną większość (sześciu sędziów do trzech) i gdzie wszelkie nowe ograniczenia mogą zostać uznane za sprzeczne z drugą poprawką do konstytucji.

Nie oznacza to jednak, że nowa administracja nie będzie próbować. Wręcz przeciwnie, po raz pierwszy od lat ma naprawdę szerokie poparcie społeczne dla ograniczenia dostępu do broni. W dodatku, prześladowana śledztwami o nadużycia finansowe i niepłacenie podatków, słabnie machina lobbingowa NRA. Być może więc nadszedł dla Ameryki czas na pożegnanie z bronią.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Polaris/East News

Wydanie: 11/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy