Dlaczego Zbigniew Ziobro wciąż nie może sobie poradzić ze stadionowym bandytyzmem?

Dlaczego Zbigniew Ziobro wciąż nie może sobie poradzić ze stadionowym bandytyzmem?

Maciej Polkowski, dziennikarz sportowy
Trzeba odżałować parę złotych i pojechać do krajów, którym się udało, np. do Anglii, i to, co dobre, przenieść na nasz grunt. Sam prowadziłem klub kibica i wiem, że jeśli dochodzimy do fazy chamstwa i przemocy, to nie ma już możliwości działań perswazyjnych. Potrzebna jest żelazna konsekwencja, sytuacje, za które się karze, powinny być klarownie i jasno ustalone. Ministrowi Zbigniewowi Ziobrze wydaje się, że wie wszystko i nie chce słuchać rad. Jeśli będzie się przestrzegać z żelazną konsekwencją norm, wówczas nie będą potrzebne ogrodzenia, wysokie parkany i fosy. W Anglii czy USA każdy wie, ile kosztuje przekroczenie białej linii przed trybunami i że można otrzymać zakaz wchodzenia na stadion od pięciu lat do dożywocia. Taka kara dla młodego Anglika oznacza niemal tyle, co rozstrzelanie. Musimy coś podobnego wprowadzić także u nas, choćby w związku ze zbliżającymi się mistrzostwami Euro 2012.

Maciej Gruszczyński, wiceprezes Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia
Problem polega na tym, że w tej chwili nie mamy dopasowanej struktury prawnej do możliwości procesowych. Wiem, że w ministerstwie trwają prace nad kolejną nowelizacją przepisów prawa karnego. Tworzy się nowe typy czynów zabronionych, które umożliwią sądzenie stadionowych chuliganów w trybie 24-godzinnym. Zakłada się pewne uproszczenie, redukcję w kwestii dowodów. Wzorem było tutaj prawo angielskie, gdzie skutecznie poradzono sobie z takimi zjawiskami. Chodzi o zmianę dotychczasowego myślenia w kwestii winy. W prawie karnym pojawiłoby się domniemanie winy (a nie niewinności). Tzn. jeśli ktoś działa w grupie, jest winien i powinien udowodnić, że nie jest winny. Dziś tego typu chuligaństwo nie podlega sądom 24-godzinnym. Można najwyżej sądzić np. za szarpanie policjanta, ale jeśli ktoś w grupie np. ciska kamieniami, butelkami, powstaje problem dowodowy. Sprawa jest odsyłana do prokuratury, bo w 48. godzinie nie udało się zgromadzić wystarczających dowodów, aby kogoś skazać.

Wojciech Hadaj, spiker kierujący dopingiem na stadionie Legii Warszawa
Podstawowa sprawa to brak konsekwencji w realizowaniu nałożonych kar. Np. w Anglii czy w innych państwach Zachodu skuteczność daje nie tyle wysokość kary, co jej nieuchronność, i ma to zastosowanie nie tylko na stadionach. Nie wiem, z jakiego powodu u nas kar się nie realizuje zgodnie z postanowieniami. Np. pewne osoby mają zakaz stadionowy, a sobie tylko znanymi sposobami potrafią się zwykle znaleźć na meczu. Także dziennikarze czasami zapominają lub nie chcą pamiętać, że na stadionach wciąż rozrabia minimalny procent obecnych i pisze się tylko o nich, a nie o tych, którzy są spokojni. To sprawia wrażenie, że na mecze chodzą same łobuzy, a wszyscy kibice to wielka hołota.

Podinsp. Mariusz Sokołowski, rzecznik Komendy Stołecznej Policji
Przewinienia kibiców na stadionie to: zapalanie rac świetlnych, próba wejścia bez biletu czy też próba wejścia na murawę stadionu. Niestety środki karne i prewencyjne nie zlikwidowały agresji pseudokibiców drużyn, które nie darzą się sympatią. Jak się okazało, nawet obietnice składane po śmierci Jana Pawła II przez kibiców na tzw. mszach pojednania nie na długo pozostały im w pamięci. Mimo sądów 24-godzinnych i zakazów stadionowych są ludzie, którzy funkcjonują w subkulturze klubu i którzy niekoniecznie muszą wejść na stadion. Mienią się kibicami, lecz nie interesuje ich wydarzenie sportowe, ale starcie z kibicami drużyny przeciwnej bądź z policją. Dla nich to sposób na wyrażenie całym sobą łączności z ukochanym klubem. Od najmłodszych lat wbija się im do głowy, kto jest ich „wrogiem”, a kto „przyjacielem”. Budowanie wzorca dobrego kibica nie może bazować na totalnej negacji tego, co prezentują drużyna przeciwna i jej kibice.

Krzysztof Grochocki, dyrektor Agencji Ochrony Zubrzycki
To jest najczęściej wina organizatora zawodów. W formalnych stowarzyszeniach kibiców i nieformalnych grupach działających przy stadionach nie prowadzi się odpowiedniej pracy, a tutaj jest główne zagrożenie. Zwykle nieliczna grupa potrafi zastraszyć, nawet zaszantażować większość, nawet działaczy piłkarskich postawić pod ścianą. Mamy więc niemoc, a może i niechęć działaczy klubowych, aby zacząć rozwiązywać problem. Ciągle brakuje środków finansowych na właściwe zabezpieczenie stadionów, zwłaszcza na dobry monitoring. Ustawa określa, co i jak kamery mają rejestrować, ale to nie jest przestrzegane. Na szczęście zmieniają się przepisy prawne i będzie tak jak na stadionach angielskich. Gdy ktoś otrzyma zakaz stadionowy, będzie musiał w dniu meczu meldować się w komendzie rejonowej policji odpowiedniej do miejsca zamieszkania. Jeśli taki zakaz otrzymają przywódcy awantur, to po prostu będziemy mieć ich z głowy.

Jerzy Podgórski, sędzia Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa
To pytanie raczej do policji i do prokuratury oraz działaczy sportowych. Sądy są na samym końcu zespołu instytucji zwalczających taką przestępczość. Sprawy przeciwko chuliganom stadionowym przedstawiają ogromną trudność dowodową. Tego typu zdarzenia mają olbrzymią dynamikę przebiegu, uczestnicy to duże grupy osób bardzo podobnych do siebie, np. z powodu krótkich fryzur. Jeśli się zatrzyma pojedynczą osobę, jest dużo prościej zidentyfikować i wykazać winnego, w dużej grupie konieczne są dowody w postaci filmów, tymczasem środki techniczne rejestracji, kamery nie dają obrazu wysokiej jakości i na ich podstawie identyfikacja osoby jest utrudniona. Wina sprawcy często nie jest nawet uprawdopodobniona, a to jest potrzebne do aresztowania uczestnika zdarzenia.

Notował Bronisław Tumiłowicz

 

Wydanie: 24/2007

Kategorie: Pytanie Tygodnia