Długi cień Erdoğana

Długi cień Erdoğana

Czy turecka mniejszość w RFN jest zachodnim bastionem prezydenta Turcji?

Korespondencja z Berlina

Po II wojnie światowej Niemcy przez długi czas mieli spore kłopoty z okazywaniem patriotyzmu. Najbardziej stosowną namiastką wyrażania dumy z własnego kraju była piłka nożna. W 2006 r. do stadionowych emocji doszedł kolejny element. Po raz pierwszy niezwykle ochoczo wymachiwano flagami RFN. Już wtedy, siedem lat przed powstaniem Alternatywy dla Niemiec (AfD), socjologowie bili na alarm: „Uważajcie, bo wasz piłkarski patriotyzm może szybko przeistoczyć się w nacjonalizm”. Jednak zapędy nacjonalistów skutecznie hamował fakt, że niemiecka reprezentacja utkana jest z zawodników z emigracyjnymi korzeniami. W tym kontekście wymieniani byli urodzeni na Śląsku Miroslav Klose i Lukas Podolski, a także pochodzący z Turcji (choć urodzeni w niemieckim Gelsenkirchen) Mesut Özil i İlkay Gündoğan. Przez długi czas sprawiało to, że rasizm wśród niemieckich kibiców praktycznie się nie pojawiał, a grający w kadrze narodowej obcokrajowcy byli powodem do dumy. Jednak w połowie maja duma z Özila i Gündoğana jako przodowników „nowej niemieckości” została wystawiona na ciężką próbę. Obaj dżentelmeni, grający na co dzień w brytyjskich klubach, spotkali się w Londynie z przebywającym akurat w Anglii prezydentem Turcji Recepem Tayyipem Erdoğanem. Zawodnicy Arsenalu Londyn i Manchesteru City nie omieszkali zrobić sobie zdjęcia z głową tureckiego państwa, a Gündoğan podarował Erdoğanowi koszulkę z napisem „Dla mojego szanownego prezydenta”.

Przez niemieckie media przetoczyła się fala oburzenia. Szef Niemieckiego Związku Piłki Nożnej (DFB) Reinhard Grindel wydał specjalne oświadczenie: „Szanujemy sytuację naszych reprezentantów z obcymi korzeniami, ale nasz związek reprezentuje wartości, których prezydent Erdoğan nie do końca przestrzega”. Menedżer reprezentacji Niemiec próbował wytłumaczyć zachowanie obu piłkarzy naiwnością. – Chłopaki nie zdawali sobie sprawy, jaką reakcję mogło wywołać to zdjęcie – stwierdził Oliver Bierhoff. Mimo naciąganych usprawiedliwień cała sprawa znów przypomniała, że nad RFN wisi ponury cień Turcji Erdoğana. Pojawiły się żądania usunięcia obu zawodników z kadry.

Sytuacja stała się wodą na młyn populistów z AfD. Jednak również inne partie zaczynają się martwić zachwytem tureckiej mniejszości w Niemczech okazywanym polityce despoty z Ankary. Gest obu piłkarzy budzi słuszne obawy, że tureckie korzenie mogą być ważniejsze niż niemiecki paszport. Wydarzenie pokazuje też, jak ogromne są nadal wpływy Erdoğana w Niemczech, mimo że on sam jest tu od dawna osobą niepożądaną. Turecki prezydent domaga się, by na terenie Niemiec tureccy politycy mogli prowadzić kampanie wyborcze. Merkel odmawia, ale musi ważyć słowa, bo Erdoğan w każdej chwili może uruchomić kolejną falę uchodźców.

Londyńskie zdarzenie ma coraz większy rozgłos, nawet po rozpoczęciu mundialu. Temperaturę próbował ostudzić prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier, który zaprosił Özila i Gündoğana do Zamku Bellevue. Jednak konsternacja nadal jest ogromna, a problem na pewno większy niż słaba forma Özila w meczu z Meksykiem. Dla Erdoğana był to zaś kolejny udany etap kampanii wyborczej. Skoro nie mógł występować w Niemczech, szukał szansy pozyskania niemieckich Turków za granicą. To pokazuje, jak ważna jest dla Erdoğana walka o turecką mniejszość w Niemczech. Nie każdy jest tu bowiem naiwnym zwolennikiem „sułtana znad Bosforu”. Turecka mniejszość w Niemczech jest odbiciem głęboko podzielonego tureckiego społeczeństwa.

Języczek u wagi

– Osobiście uważam, że Özil i Gündoğan szczególnie się nie popisali, ale myślę, że niemiecka demokracja to wytrzyma – mówi Ayfer, 24-letnia Turczynka z Berlina. Urodzona w Niemczech kobieta należy do osób, które po puczu w lipcu 2016 r. już nie podróżują do Turcji. Umieściła w mediach społecznościowych zbyt wiele krytycznych uwag wobec Erdoğana i znalazła się na indeksie. Tym bardziej nie rozumie, jak Özil, który latami był wzorem dla niej i tureckiej mniejszości w Niemczech, mógł się zdobyć na podobne faux pas, czy – jak mówi – „podać piłkę” politykowi, który jawnie narusza prawa człowieka i tłumi wolność słowa.

W Niemczech mieszka ok. 3 mln osób tureckiego pochodzenia, połowa z nich ma turecki paszport, upoważniający do postawienia krzyżyka w wyborach. Niemieccy Turcy mogli nawet zagłosować kilka dni wcześniej, zdając sobie sprawę, że mogą stanowić języczek u wagi zarówno dla Erdoğana, jak i tureckiej opozycji. Gesty Özila i Gündoğana pokazały jednak, jak daleko są Turcy urodzeni w Niemczech od politycznej rzeczywistości nad Bosforem. Z jednej strony na każdym kroku podkreślają swoją przynależność do Niemiec, a z drugiej hołdują kultowi wodza z Ankary, którym zarazili się od swoich rodziców od dekad zamkniętych w tureckim światku. Erdoğan doskonale wie, że miliony rodaków w RFN stanowią jego zachodni bastion w Europie.

Niestosownym zachowaniem nie była wszak jedynie londyńska sesja z „sułtanem”, ale także wywołane nią reakcje Niemców. Liderka AfD Alice Waigel oburzała się, nazywając Özila i Gündoğana zdrajcami narodu, którzy miesiąc przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi w Turcji powinni wiedzieć, że to spotkanie miało charakter polityczny. – A jeśli nie wiedzieli, to albo powinni się dowiedzieć, albo mają kiepskich doradców – zaznacza. Emre Can, niemiecki napastnik tureckiego pochodzenia grający w Liverpoolu, który wygrał, w 2017 r. z kadrą RFN Puchar Konfederacji, też został zaproszony na spotkanie z Erdoğanem, ale odmówił. – To nie ma nic wspólnego z naszymi zawodnikami, przyczyny reakcji populistów trzeba szukać zupełnie gdzie indziej – uważa Grindel. Tyle że nie chodzi tu ani o falę migracyjną z 2015 r., ani o obecny kryzys rządowy związany z polityką azylową. W sprawie Turków przybyłych do Niemiec na emigrację zarobkową w latach 70. popełnione zostały zupełnie inne błędy.

Dwie ojczyzny

Losy urodzonych w Niemczech Turków drugiego lub trzeciego pokolenia są specyficzne. Wszyscy mają dwie ojczyzny i dwie kultury, które wielbią i szanują. Pierwsza generacja nie ma jednak przyjemnych wspomnień ze swoich początków nad Renem. Niemcy nie byli wówczas jeszcze przygotowani na falę imigracyjną, którą sami uruchomili. Tureccy robotnicy oraz ich dzieci stwierdzali, że ich odrębność kulturowa jest w Niemczech niepożądana. Z drugiej strony nie było jeszcze kursów języka niemieckiego, z których korzystali np. moi rodzice w latach 80. czy Syryjczycy w 2015 r. i które mogłyby pomóc Turkom w integracji. To popchnęło dziadków i rodziców młodych Turków, takich jak Özil i Gündoğan, do paradoksalnych zachowań. Sami zamykali się w tureckich enklawach, a dzieciom kazali mówić po niemiecku. Dziś już wiadomo, że wielojęzyczność wzbogaca, a nie ogranicza, co nie zmienia faktu, że Niemcy do dziś nie potrafią do końca zrozumieć bogactwa wynikającego z wielokulturowości. Do tego dochodzą rosnące obawy przed islamem, podsycane przez niemieckich populistów.

Jest jednak coś, co Niemców i Turków dotąd jednoczyło – piłka nożna. Niezwykle utalentowany Özil wybitnie przyczynił się do wygranej Niemiec w mistrzostwach świata w Brazylii w 2014 r. Wtedy cieszyły się miliony widzów, zarówno w Turcji, jak i w Niemczech. Zastanawiające, jak szybko zostało to zapomniane i jak rychło odezwały się w niektórych Niemcach mroczne instynkty tylko dlatego, że piłkarz z Zagłębia Ruhry zdobył się na mało chwalebny gest. Nie można też Özilowi zarzucić, że o tym niefortunnym zdarzeniu milczy. Gündoğan próbował się usprawiedliwić i przeprosił, a mimo to w meczu towarzyskim z Arabią Saudyjską został bezlitośnie wygwizdany. Niestosownie zachowali się jednak nie tylko niektórzy niemieccy kibice i populiści, lecz także sam rząd federalny. Angela Merkel oceniła londyńskie zdjęcia krytycznie, twierdząc, że niemieccy piłkarze powinni wiedzieć „z kim pstrykają fotografie”. Paradoksalnie ten sam niemiecki rząd po wkroczeniu tureckich wojsk do Syrii ponownie zatwierdził milionowy kontrakt zbrojeniowy z Ankarą.

Problematyka tureckiej mniejszości nie dotyczy jednak wyłącznie przybyłych w latach 70. robotników oraz ich urodzonych w RFN potomków. Po puczu w lipcu 2016 r. do Niemiec uciekło wielu prominentnych Turków. Każdy, kto jest kojarzony z Fetullahem Gülenem, uchodzącym w oczach Erdoğana za inicjatora zamachu, szybko zrozumiał, że nie ma dla niego przyszłości w Turcji pod znakiem AKP.

Nowi uchodźcy

Monachium, marzec 2018 r. Jak na człowieka, który jest śledzony i musi się ukrywać przed ludźmi Erdoğana, Ali sprawia wrażenie osoby niezwykle spokojnej. Przed chwilą dowiedział się, że żona jego kolegi, z którym przebywa w Bawarii, została w Ankarze zatrzymana, ponieważ policja nie może namierzyć jej męża. Także rodzina Alego przebywa jeszcze w Ankarze. Nie widział jej od ponad roku. Ali ukrywa się przed Erdoğanem nie dlatego, że jako przedsiębiorca wszedł w kolizję z prawem, ale dlatego, że jest wyznawcą poglądów Gülena. Jeszcze półtora roku temu 44-letni Turek zatrudniał w swojej firmie kilkaset osób, dzisiaj nocuje na łóżku piętrowym w jednym z monachijskich ośrodków dla uchodźców. – Nie narzekam na warunki, bo mógłbym już dawno siedzieć w tureckim więzieniu – tłumaczy. Jego konta są być może zamrożone. Czasami, nawet tu w Monachium, ogarniają go lęki i psychozy. – Służby Erdoğana działają też w Niemczech, dwóch moich znajomych zostało ostatnio porwanych – opowiada Ali.

15 lipca 2016 r. podczas puczu zginęło 250 osób, przeszło 2 tys. zostało rannych. Tysiące zwolenników Erdoğana wystąpiło na ulicach przeciw „zamachowcom”. Jeszcze tej samej nocy było wiadomo, że pucz został udaremniony. Potem wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Władze spod znaku AKP zarzuciły ruchowi Hizmet Gülena czynny udział w próbie zamachu stanu. Ponad 150 tys. osób zostało usuniętych ze stanowisk państwowych. Szkoły, wydawnictwa, redakcje i liczne stowarzyszenia kulturalne zamknięto lub poddano czystkom personalnym. Zatrzymano ponad 50 tys. zwolenników Gülena. Wielu z nich do dziś siedzi w aresztach śledczych.

Inni są zmuszeni do emigracji. Trudno jednak powiedzieć, ilu z nich figuruje na liście 2 tys. Turków, ubiegających się w Niemczech o azyl. Wśród nich jest bowiem także wielu Kurdów, których Erdoğan również traktuje jak wrogów.

Tajna organizacja

Ali nie od razu znalazł się w Niemczech. Najpierw dotarł do USA, potem ukrywał się u przyjaciół na Bałkanach. Stamtąd przyjechał do Bawarii. Jak utrzymuje, tu znajduje czasem chwilę ciszy i spokoju, aby się pomodlić. – Na szczęście pani Merkel jeszcze nie zamknęła meczetów, jak kanclerz Austrii – zaznacza. Pomysł Sebastiana Kurza jednoczy w sprzeciwie Turków z obu stron barykady.

Ale gdy Ali kieruje swoje myśli ku rodzinie, podziały w tureckim społeczeństwie na nowo powracają. – Erdoğan traktuje tysiące niewinnych Turków jak zbrodniarzy i morderców – piekli się. Kłopot polega na tym, że miliony jego rodaków w RFN popierają Erdoğana, żywiąc szczerą niechęć do sympatyków Gülena. Według ich narracji kaznodzieja rozbudował sektę, mającą na celu odsunięcie od władzy Erdoğana. W samych Niemczech jest przeszło 120 instytucji związanych z Gülenem. Dla niemieckich służb Hizmet stał się już równie podejrzany jak AKP. Niedawno media obiegła informacja, że niemiecki wywiad BND zamierza przyjrzeć się uważniej jego stowarzyszeniom. Jednak do dziś kontrowersje budzi brak dowodów na choćby współudział Gülena w puczu sprzed dwóch lat.

Ali może pozostać w Niemczech. – Azyl przysługuje osobom, które w swoim kraju są politycznie prześladowane. Jako członek Hizmetu niewątpliwie jestem taką osobą – przyznaje. Skoro jednak ruchem Gülena zajęły się niemieckie służby, może warto zapytać, czy Hizmet jest tak niegroźny, jak utrzymuje Ali?

Mój turecki kolega z Berlina, który nie darzy sympatią ani Gülena, ani Erdoğana, twierdzi, że ruch 80-letniego kaznodziei jest konserwatywną tajną organizacją, która dąży do władzy i wpływów, a nie do demokracji i tolerancji.

Dla wielu Turków w RFN Erdoğan wydaje się jednak bardziej niebezpieczny niż chorujący na cukrzycę sędziwy kaznodzieja, który nie opuszcza swoich czterech ścian w USA. W nielicznych wywiadach Gülen sprawia raczej wrażenie islamskiego wydania Mahatmy Gandhiego. Co prawda niegdyś twierdził, że niewiara jest gorsza od zabójstwa, ale już przed laty od tych słów się zdystansował. Łagodny obraz Hizmetu rysują także prominentni działacze tego ruchu w Niemczech, np. socjolog Ercan Karakoyun. – To jest pacyfistyczna organizacja, która ma na celu zbudowanie prężnej tureckiej klasy średniej. Do Hizmetu należą biznesmeni, lekarze, inżynierowie, nauczyciele. Nikt nikogo nie wyklucza i do niczego nie zmusza. Udział i daniny są dobrowolne. Nie mamy legitymacji. Każdy, kto chce uczestniczyć w naszej pracy organicznej, jest mile widziany – przekonuje turecki naukowiec.

Ostateczna ocena tego ruchu jest niemożliwa. W każdym razie w swoich licznych publikacjach Fethullah Gülen nie nawołuje do świętej wojny. Ali twierdzi, że w Niemczech działa ok. 100 tys. gülenistów, którzy w większości byli tu już obecni przed puczem w 2016 r.

Zgodnie z doktryną swojego mistrza chciałby założyć w Niemczech nową firmę. – Chyba już nie wrócę do Turcji. Brakuje mi jedynie rodziny. Obecny prezydent mojego kraju rozbił tysiące rodzin – tłumaczy. Na tym tle londyńska sesja Özila i Gündoğana wydaje się grubą pomyłką. Na szczęście trener reprezentacji Niemiec Joachim Löw okazał się równie naiwny i nie wykluczył ich z kadry. Albo może pomyślał, jak moja śp. babcia: „Kto nie ma w głowie, ten może ma w nogach”.

Fot. Anadolu Agency/EAST NEWS

Wydanie: 26/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy