Do ostatniej kropli…

Do ostatniej kropli…

Sierpień miesiącem trzeźwości. A pozostałe?

Kościół propagował sierpniowe akcje trzeźwości hasłem „W Stoczni nie pili”. Tak duchowieństwo i różne organizacje co roku w sierpniu, miesiącu trzeźwości, nawoływały do umiaru. Podobne kampanie trwają od kilku dekad. Przypomnijmy nieco doniesień z frontu antyalkoholowego.

Lata 50. Nasz kapral abstynent

Gazety puchły od donosów na bimbrowników. W „Zielonym Sztandarze” żalił się czytelnik: „W Łysowie i Wodyniach (powiat siedlecki) rzadko można kupić w gminnych spółdzielniach naftę, cukier czy sól i papierosy. Za to półki aż gną się pod wódką”. Skandaliczne incydenty notowała prasa kobieca: „Na ostatniej zabawie tanecznej w Skrzyńsku (powiat opoczyński) mało kto był trzeźwy. Liga Kobiet urządziła bowiem bufet z ogromną ilością wódki i stosowała swoistą progresję. Kto chciał nabyć 20 dkg wędliny, musiał kupić »na dokładkę« ćwierć litra wódki”.

Walka z pijaństwem szła szerokim frontem. Najpierw propagandowym. W 1952 r. PCK na terenie powiatu wrocławskiego ogłosił dwa konkursy: „Najlepsza zabawa bez wódki” i „Opis zabawy wiejskiej bez wódki”. Czytelnicy gazet nadsyłali hasła do wykorzystania w kampaniach antyalkoholowych, np. „Pijąc ponad trzy kieliszki, wykluczasz się sam z dalszej zabawy”. Za propagandą postępowały sankcje. Milicja urządzała „naloty dywanowe” na wsie znane z bimbrownictwa. Notowano, że w niektórych bieszczadzkich wioskach nie było ani jednego obejścia, gdzie nie produkowano by alkoholu domowym sposobem.

A skoro zgadało się o alkoholu i służbach mundurowych… Eugeniusz Banaszczyk w poradniku „Grzeczność w mundurze” instruował, jak nie dopuścić do alkoholowych ekscesów: „Do potraw, których nie znajdziemy w wykazach żywienia żołnierskiego, a z którymi mimo to mamy okazję się spotkać, należą wódka i wino. Pić albo nie pić? Gdy czujemy, że coś się święci i ktoś z naszego grona wykazuje podejrzaną aktywność, tzn. chce zorganizować butelkę w koszarach, starajmy się pohamować go w tej niemądrej aktywności. Można wybrnąć z opresji żartem: – Nasz kapral jest przewodniczącym koła abstynentów. Ładna byłaby historia, gdybym go poczęstował wódką. Nawet do golenia używa bezalkoholowej wody kolońskiej”.

No to przekartkujmy jeszcze prasę milicyjną. „Zaszczytnego wyróżnienia ze strony szczecińskiej Izby Wytrzeźwień doczekała się Gizela R., która ostatnio po raz setny korzystała z usług tego zakładu – donosiło pismo „W Służbie Narodu”. – Podczas jubileuszowego pobytu została ona ze szczególną troską – a przy tym bezpłatnie – doprowadzona do stanu trzeźwości, obmyta i oprana. Ten wspaniałomyślny gest nie był bynajmniej obliczony na to, by zachęcić pacjentkę do częstszego korzystania z usług Izby. Zadłużenia panny Gizeli z tytułu wizyt złożonych w Izbie sięgają bowiem kilkunastu tysięcy złotych i – jak dotąd – są nieściągalne”.

Lata 60. Samotność długodystansowca

W latach 60. prasa zaczęła publikować wyliczanki, które do dziś regularnie spotykamy na łamach: „W 1967 r. statystyczny Polak wypijał rocznie 2,6 litra czystego spirytusu, wydając na ten cel 222 zł – co najmniej 1/8 średniej pensji”.

Z jednej strony statystyka, a z drugiej folklor. Przeglądamy pożółkłe gazety. Plon? Latem 1967 r. koło Głogówka śpieszący do pożaru samochód straży pożarnej uderzył w barierę mostu i wpadł do rzeki. Pogorzelcy rzucili wiadra i wyłowili z toni siedmiu kompletnie pijanych strażaków oraz kierowcę. MO w Koszalinie aresztowała 18-letnich Zdzisława T. i Józefa R. – będąc w stanie nietrzeźwym, usiłowali rozebrać drewniany most. W czasie występów na scenie dolnośląskiego domu kultury Jarema Stępowski wezwał milicję. Pijany dyrektor placówki głośno deklarował, gdzie ma pana Stępowskiego i towarzyszących mu artystów. Lucjan P. ze Świętochłowic wygrał poważną sumę w totolotka. Urządził duże przyjęcie, na którym sam wypił 5 litrów wódki. Właśnie wyszedł ze szpitala po sześciotygodniowej kuracji, z trwałą ślepotą i głuchotą.

Jak zwykle „oko i ucho na pulsie spraw” trzymało pismo „W Służbie Narodu”. Użalała się czytelniczka: „W restauracji (w Chorzowie), gdzie bufetową jest Jadwiga W., nie można się upić. Choćbyś chciał, choćbyś wypił nie wiadomo ile, wyjdziesz trzeźwy. Nawet mojemu chłopakowi podała dwukrotnie po 100 gramów czystej z 25-gramową domieszką wyborowej studziennej i niespeszona odparła: »Jak mniej wypije, będzie z panią rozsądniej gadał. Trzeba walczyć z alkoholizmem«”.

Lata 70. Przepijemy naszej babci domek…

„Tato nie wraca ranki i wieczory, bo tato dostał pobory”, głosiła rymowanka z lat 70. Prasa serwowała wyliczanki: „W pierwszej połowie lat 70. spożycie mięsa wzrosło prawie o 50%, a alkoholu – o 70%. W 1975 r. statystyczny Polak wypił blisko 8 litrów czystego spirytusu, czyli 9 razy więcej niż przed wojną. W 1976 r. jeden punkt sprzedaży alkoholu przypadał na 590 mieszkańców kraju, w tym na 347 osób w wieku produkcyjnym”. Według „Zielonego Sztandaru” w województwie warszawskim zakupiono w 1977 r. alkoholu (nie licząc piwa) na kwotę będącą równowartością 74,5 tys. maluchów (samochodów). Z informacji GUS wynikało, że Polacy w roku 1977 wydali na zakup książek 5,5 mld zł, a na alkohol 150 mld zł.

Tak wzmożony pobór tego produktu wywoływał mnóstwo problemów. W liście do „Przyjaciółki” czytamy: „Mam 20 lat, pracuję jako sprzedawca w sklepie delikatesowym w Białymstoku na stoisku monopolowym. Dział otwieram o godz. 9.
Już od godz. 8 ustawia się kolejka ludzi w roboczych ubraniach. Pytanie: sprzedawać im wódkę czy nie? Ale nie ma takiego prawa, żeby im nie sprzedawać”. „Polityka” pisała w roku 1975: „Specjalnie tresowane psy pojawiły się w Poznaniu. Chronią one pijących przed okradaniem, bo pilnują zasłabłych na ulicy czy w parku, potrafią sprowadzić żonę w miejsce, gdzie mąż zaległ po drodze do domu, nie pozwalają pana pobić czy wykopać z knajpy. Ten kierunek wyzyskania psów ma u nas dużą przyszłość”.

Fali alkoholizmu trzeba było dać zdecydowany odpór. Organizowały się społeczne komitety przeciwalkoholowe – w Zielonej Górze zapisywano do nich nawet uczniów drugich klas szkół podstawowych. Zakopane uporczywie domagało się budowy izby wytrzeźwień, mimo że ufundowanie takiej instytucji przysługiwało tylko miastom powyżej 50 tys. mieszkańców. Władze argumentowały jednak, że od dawna liczba pijanych zatrzymywanych co roku przez milicję przekracza liczbę zakopiańczyków. Działacze antyalkoholowi byli gotowi na wszystko, byle ukrócić spożycie. W rzeszowskiej izbie wytrzeźwień delikwent po dojściu do siebie miał otrzymywać nagrany na taśmie swój pijacki bełkot oraz serię zdjęć przedstawiających go w stanie zamroczenia. Kiedy jednak do łódzkiej izby wytrzeźwień sam zgłosił się podchmielony obywatel, prosząc o nocleg, został odprawiony z kwitkiem. Dlaczego? Bo się nie awanturował.

Na wojnie z alkoholizmem – jak na każdej wojnie – zdarzały się pomyłki. W PGR w Strzelnie (powiat bydgoski) młody owczarz przyszedł do pracy na nocną zmianę, ale przełożony odesłał go do domu, zarzucając mu, że jest nietrzeźwy. Młodzieniec udał się na posterunek MO, dmuchnął w balonik i udowodnił, że nie pił. Dyrekcja PGR złożyła stosowne wyjaśnienie: „Owczarz stał się podejrzany o to, że jest pijany, nie bez powodu, ale z tej przyczyny, że szedł do pracy z wesołą twarzą i podśpiewując, co na trzeźwo przecież się nie zdarza”.

Lata 80. Przypadek Antoniny L.

Największym zagrożeniem dla Polski jest alkoholizm – taki był wynik sondażu przeprowadzonego w 1984 r. przez Ośrodek Badań Prasoznawczych w Krakowie. Jako ostatnie, 12. zagrożenie wymieniano bezrobocie. I kolejny bilans: liczba uzależnionych i wymagających leczenia już na początku 1981 r. wynosiła prawie milion, a półtora miliona rodaków pozostawało pod wpływem alkoholu dłużej niż 240 dni w roku. Każdego roku milicja zatrzymywała 150 tys. pijanych kierowców. Alkohol legalnie można było kupić dopiero od godz. 13. W krakowskiej restauracji Wierzynek nie można zatem było dostać pewnego rodzaju lodów, bo skrapiano je kilkoma kropelkami koniaku. Jednocześnie – dla równowagi – przed 13.00 nie można było legalnie nabyć autovidolu do czyszczenia szyb samochodowych, politury stolarskiej i wody toaletowej Brzozowa.

Kwitły rodzime obrzędy alkoholowe – z reguły odjechane. Na jednym ze szczecińskich bazarów sprzedawano zestaw delikatesowy złożony z 50 g wódki, papierosa Popularnego oraz ogórka. Koszt całości – 100 zł. Na zimowych targowiskach upowszechniła się obnośna sprzedaż (przed godz. 13) wina i wódki. Sprzedawano je na szklanki napełniane z butelki umieszczonej w wewnętrznej kieszeni płaszcza. W innej kieszeni spoczywały w folii ogórki w charakterze zakąski. W gospodzie w miejscowości Gracze (podległej GS Niemodlin), aby kupić pół litra wódki, należało zamówić 10 kotletów albo 20 jaj. W 1986 r. – donosiła prasa – sąd skazał 84-letnią inwalidkę Antoninę L. na rok więzienia za to, że „bez wymaganego zezwolenia sprzedała z zyskiem jedną butelkę extra żytniej za kwotę 1000 zł, nabywając ją uprzednio w placówce handlu detalicznego za kwotę 640 zł”.

„Życie Przemyskie” opisało przypadek Jerzego K., który w trakcie porządkowania piwnicy natknął się na omszałą butelkę z napisem „1922”. Mężczyzna odkorkował ją i pociągnął zdrowy łyk. Odwieziono go na sygnale do szpitala. W butelce był nie dojrzały węgrzyn, lecz kwas siarkowy. „Trybuna Wałbrzyska” opisała w 1980 r. szczególny wypadek w sferach przestępczych: „Miejscowi złodzieje, którzy okradli sklep GS z wódki, nie mieli pomysłu, co zrobić z taką ilością trunku. Wobec tego sprzedali ją, a następnie uzyskane w ten sposób pieniądze wydali na wódkę”.

Alkoholu nie można było kupić bez kartek, więc pędzono bimber, gdzie popadło. Jeden z pacjentów szpitala psychiatrycznego w Suchowoli wytwarzał samogon z cukru w świetlicy, za telewizorem. Z kolei we Włoszczowie funkcjonariusze MO wykryli bimbrownię w pomieszczeniach szpitala rejonowego. Pewien hydraulik założył bimbrownię w pałacu króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w Łazienkach. W trakcie rutynowej kontroli milicja znalazła w historycznych pomieszczeniach 40 kg zacieru. W Szczecinie milicja zatrzymała dwóch osobników, którzy sprzedawali po 50 zł numerki do kolejki po wódkę.

W kwestii rozpanoszonego pijaństwa zdarzały się też głosy znaczące. Odnotowujemy dwa. Poetka Urszula Kozioł na łamach miesięcznika „Odra” dokonała interesującej klasyfikacji kolejek. Ta, która ustawiła się do stoiska mięsnego, była rozdrażniona i agresywna. Ta, która tkwiła przed stoiskiem z chlebem, okazała się potulna i uległa. Zupełnie inne reguły w tych ciężkich czasach obowiązywały w kolejce po alkohol. Tutaj dominował duch kurtuazji i zabawy. Ludzie ustępowali sobie miejsca, byli wobec siebie życzliwi. Z kolei kierowniczka izby wytrzeźwień w Chełmie ogłosiła w „Tygodniku Chełmskim” list otwarty do lekarzy pełniących w izbie dyżury i kwalifikujących pijanych do zatrzymania. Żądała od nich trzeźwości, ponieważ pensjonariusze skarżyli się, że lekarze są, jak na ich gust, zbyt pijani.

Lata współczesne. Dwa promile i immunitet

To oczywiste, że w III RP pije się inaczej niż w poprzednim ustroju. Schodzi więcej mocnego piwa niż słabej wódki. Ale obyczaj zmienia się powoli. Pijana dróżniczka na stacji Jedlice zatrzymała orszak ślubny między opuszczonymi szlabanami. Chciała złożyć życzenia. Tymczasem nadjechał pociąg i orszak umknął w popłochu. W Kielcach po zabawie sylwestrowej na rynku ekipa sprzątaczy odwiozła do Huty Szkła „Sława” kilka ton szkła. Znaleziono także trzy pary rajstop, kilka biustonoszy i majtek oraz kilkanaście par butów. W łódzkim sądzie Jacek K. wystąpił o unieważnienie małżeństwa: „Ożeniłem się w jakimś amoku, byłem oszołomiony alkoholem, bogactwem. Dopiero po ślubie uświadomiłem sobie, że moja żona mogłaby być z powodzeniem moją matką”. Pewna pogrążona w żalu rodzina udała się wprost z uroczystości pogrzebowych na stypę do restauracji w Szczecinie. Zmęczoną familię odtransportowano nad ranem w komplecie do izby wytrzeźwień.

Pijaństwo zaczęto ujawniać w sferach dotąd pomijanych milczeniem. W Olsztynie drogówka zatrzymała posła Stanisława K. Miał 2 promile oraz immunitet. Wobec tego odwieziono go do żony. W kampanii wyborczej poseł posługiwał się hasłem: „Tak dalej być nie musi”. U pewnego biznesmena nieopodal Jasnej Góry policjanci naliczyli 126 butelek bimbru i przerwali destylację 120 litrów zacieru z lizaków. Po balu w szkole rolniczej w Dowspudzie znaleziono 200 butelek po wódce. Grono pedagogiczne broniło jednak młodzieży, przypominając, że uroczystość rozpoczęła msza święta. Wiceprzewodniczącego Rady Miejskiej w Dębicy odwołano za pijaństwo. Nie pomogło wstawiennictwo kolegów, którzy jego stan tłumaczyli „nadmiernym rozdyskutowaniem w stanie silnych emocji”. Komisarz Urzędu Kontroli Skarbowej w Koninie nadzorował przewóz spirytusu z wiejskich gorzelni do zakładów Polmosu. Odlewał próbki do słoiczków i po pracy zabierał je do domu. Po kilku latach zgromadził 350 litrów czystego spirytusu. Zatrzymany wyznał, że zawsze chciał mieć miłą i przyjemną starość. Zawczasu robił zapasy, żeby na emeryturze się nie stresować.

W akcji trzeźwienia narodu znaczący udział miał też znakomity autor naszego tygodnika, poseł Aleksander Małachowski. Jeździł nocą po Białymstoku radiowozem, aby zbliżyć się do realiów życia. Spotkał wielu młodych pijaków. „Zadziwiające, jak ci młodzi pijani ludzie łatwo przechodzą od pijaństwa do polityki”, podsumował.

Wydanie: 33/2017

Kategorie: Obserwacje

Komentarze

  1. Uwolniony
    Uwolniony 19 października, 2018, 23:29

    Polecam dobry Ośrodek Terapii Uzależnień SYMPTOM http://www.uzalezniony.pl

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy