Do więzienia za pliki

Do więzienia za pliki

Piractwo kulturalne przestało być domeną grup przestępczych. Piratami są zwykli obywatele ściągający z internetu potrzebne materiały

Żal dupę ściska na Wasze działanie. Ja zanapisami sobie poradzę tak czy inaczej, dowcip polega na tym, że filmy ze stajni Gutek Film będę ściągał z netu – emula, torrenta, directconnecta (też zamkniecie???? he he), bo nie jesteście lepsi od wielkich molochów… – list tej treści wysłał anonimowy użytkownik internetu do Jakuba Duszyńskiego, prezesa Gutek Filmu. Tak ponad rok temu zaczęła się w Polsce wojna producentów i stowarzyszeń ochrony twórców z użytkownikami kultury.

Wojna kulturalna

Pierwszy raz serwis Napisy.info zawiesił działalność z końcem 2005 r. Po niecałym miesiącu ruszył na nowo. W tym czasie konkurencyjna witryna Napisy.org przejęła dużą część użytkowników i osiągnęła pierwsze miejsce w rankingu popularności. Obydwa serwisy zajmowały się tym samym: dostarczały użytkownikom tłumaczone na język polski listy dialogowe do filmów, a raczej do ich pirackich kopii rozpowszechnianych w internecie. Po krótkiej burzy medialnej sprawa przycichła. Lecz nie na długo. Pod koniec zeszłego roku Związek Producentów Audio-Video rozpoczął kampanię propagandową pod hasłem „Dzieciaki, Muzyka i Internet”. Do ponad 7,5 tys. szkół rozesłano specjalnie przygotowane broszury. O pirackich działaniach małolatów w sieci informowano kuratorów oświaty. Przygotowano specjalny program komputerowy pozwalający sprawdzać legalność muzyki czy filmów. W końcu ruszono do sądów. W całym kraju rozpoczęło się kilkaset procesów przeciwko użytkownikom programów wymiany plików takich jak Kazaa czy E-mule. Sądy najczęściej orzekały kary grzywny w wysokości od 400 zł do 7 tys. W jednym wypadku zdarzył się wyrok skazujący na półtora roku więzienia w zawieszeniu. ZPAV zapowiadał szeroko zakrojone działania policji i prokuratury przeciwko serwisom, na których znajdują się nielegalne treści.
Uderzenie nastąpiło w połowie maja. Z dnia na dzień zamknięto serwis Napisy.org, odwiedzany miesięcznie przez 700 tys. internautów. Przeciwko serwisowi przeprowadzono, na wniosek ZPAV, akcję polskiej i niemieckiej policji. Zatrzymano administratora serwisu i kilkoro tłumaczy. Z sieci zaczęły znikać konkurencyjne serwisy z tłumaczeniami. Na jednym z nich wyświetlono komunikat: „Serwis chwilowo niedostępny. Schodzimy do podziemia” na innym: „Padli my i się okopali. Zobaczymy, co będzie”. Pozbawieni dostępu do napisów użytkownicy wylewali swoją złość na forach internetowych. Pojawiły się dziesiątki komentarzy o faszystowskim reżimie i zamykaniu dostępu do kultury. Nawoływano do zemsty w postaci bojkotu kin i sklepów z płytami. W internecie zawrzało. Nastąpił tajemniczy atak hakerów na serwery policyjne. W Koszalinie policja dokonała przeszukań u 40 studentów korzystających z wewnętrznej sieci akademickiej. Jako dowody w sprawie skonfiskowano im komputery. Całe akademickie miasteczko pozbawiono dostępu do sieci. Akcja odbyła się bez porozumienia z rektorem uczelni. Naruszono autonomię uniwersytetów zagwarantowaną w ustawie o szkolnictwie wyższym. Ale tym razem chyba posunięto się o krok za daleko. Sieć nie ucichła, lecz wybuchła nowym niezadowoleniem. W Krakowie, na terenie AGH, odbyła się spontaniczna demonstracja studentów. Wzięło w niej udział prawie 2 tys. osób. W oknach akademików migotały światła, studenci bębnili w garnki i głośno puszczali muzykę. W środku nocy pomaszerowali ulicą Reymonta, krzycząc „Precz z policją” i „Chcemy sieci!”. Przeciw nim wysłano patrole policji. Na szczęście nie doszło do bijatyki…

Janosiki czy złodzieje?

Czy to już wojna? Wygląda na to, że niestety tak. Naprzeciwko siebie stanęli dystrybutorzy i zwykli odbiorcy kultury: internauci, studenci, kinomani. Przemysł kulturalny oskarża internautów o złodziejstwo. Z drugiej strony padają zarzuty monopolizacji kultury i drakońskiej polityki cenowej, która zamyka dostęp do niej szarym obywatelom. Konflikt ujawnił to, co na Zachodzie zauważono już jakiś czas temu. W miarę upowszechniania się dostępu do internetu zjawisko piractwa kulturalnego przestaje być domeną grup przestępczych. Piratami w rozumieniu prawa są zwykli obywatele ściągający na domowe pecety pliki, których akurat potrzebują. Równocześnie przedsiębiorstwa działające w branży kulturalnej aktywnie rozwijają swoją politykę ochrony praw autorskich. Filmy czy muzyka są ich własnością. Czy nie powinny być dobrem wspólnym ? – pytają internauci.
Porządek prawny w sposób oczywisty stoi po stronie producentów, a jego narzędziem podstawowym jest system prawa autorskiego. Rzeczywistość jak zwykle wyprzedza jednak prawo, które wobec nowych technologii i zmian w świadomości społecznej staje się iluzoryczne, o ile nie wręcz groteskowe. Takie przynajmniej uważają studenci, którym odebrano dostęp do sieci. „Jeśli program, na którym mam obowiązek przygotowywać projekty na zaliczenie, kosztuje 4 tys. zł, to nawet z największego stypendium mi nie wystarczy”, mówi pragnący zachować anonimowość student architektury. A oprócz tego chciałoby się przecież czasem obejrzeć film albo posłuchać muzyki. Płyta kosztuje 60 zł. Plik z sieci zero. Nic, tylko zostawić włączony komputer z działającym programem do wymiany plików i iść na zajęcia.
Przedstawiciele przemysłu muzycznego czy filmowego oraz twórcy sieci wymiany plików na zachodzie spotykali się na sali sądowej. Spór był zażarty. Przeciwnicy nie uznawali prawa drugiej strony do istnienia. Jak to określił jeden z angielskich reporterów sądowych: „Ci faceci naprawdę się nienawidzą”.
Twórcy Kazy czy E-mula przedstawiają związki producentów i ochrony twórców jako krwiożercze koncerny gotowe na wszystko, byle tylko odebrać użytkownikom sieci prawo do słuchania muzyki. Podają przy tym przykład 12-letniej dziewczynki z Nowego Jorku zmuszonej przed sądem do zapłacenia 2 tys. dol. odszkodowania dla Amerykańskiego Stowarzyszenia Przemysłu Muzycznego (RIAA) za ściąganie muzyki z sieci peer 2 peer. RIAA odpowiada, że prawo stoi po ich stronie. Używa przy tym chwytliwej retoryki, pytając czy w takim razie sprzedawcy mają przestać ścigać dziewczynki wynoszące słodycze z narożnych sklepików. A jeśli zasysanie plików jest zwykłym złodziejstwem, to ci, którzy je organizują, nie mogą być nikim innym jak bandą rozbójników odbierających gwiazdom show-biznesu zarobione w pocie czoła pieniądze. Stowarzyszenia producenckie publikują więc co roku raporty wskazujące na idące w miliardy dolarów straty spowodowane działalnością sieciowych piratów. Jednak druga strona wyśmiewa ich wartość, pytając, czy przedstawiciele przemysłu są pewni tego, że płyty czy filmy ściągane z internetu byłyby kupione w sklepie? Poza tym co to za mafia, która tworzy swoje wewnętrzne kodeksy etyczne, uczestniczy w pracach legislacyjnych komisji parlamentarnych i pomaga FBI ścigać grasujących w internecie pedofilów?

Kto za to zapłaci

Nie mogąc karać samych twórców sieci p2p, przemysł muzyczny skierował się przeciwko zwykłym użytkownikom, próbując poprzez zastraszające odszkodowania wymusić spadek sieciowej frekwencji. Przodownikiem w tej walce okazało się RIAA, które zyskało sławę pogromcy licealistów ściągających na domowe pecety ostatnie nagrania Eminema. Przez Wielką Brytanię przetoczyła się fala procesów przeciwko użytkownikom. Zasądzano idące w tysiące funtów odszkodowania. Dla stających przed sądem internautów uknuto specjalny termin – Joe Downloader.
Jak widać, polskie stowarzyszenia ochrony twórców przyjęły podobną strategię działania. Uderzają w ulubione serwisy internetowe i zwykłych użytkowników. Starają się o medialne nagłośnienie procesów, tak aby strach sparaliżował pozostałych „piratów”. Na Zachodzie taka taktyka odniosła pewien skutek. Z jednej strony, zanotowano prawie 20-procentowy spadek frekwencji w sieciach wymiany plików. Z drugiej – przemysł kulturalny nigdy jeszcze nie miał tak złej prasy. W Europie nie ma obecnie państwa, w którym nie funkcjonowałaby partia piratów. Cel tego rodzaju partii jest tylko jeden – zniszczenie porządku prawa autorskiego. W wielu krajach sondaże wskazują, że mają one szanse przekroczyć próg wyborczy. W Polsce też jest taka partia. Ostatnio zaproponowała zorganizowanie pomocy prawnej dla zatrzymanych tłumaczy. W najbliższych wyborach zamierza walczyć o miejsca w Sejmie.

Ściąganie po polsku

Wiele wskazuje na to, że w naszym kraju wojna kulturalna dopiero się rozkręca. Przedstawiciele przemysłu audiowizualnego zapowiadają bezwzględną i nieustępliwą walkę z „piratami”. ZPAV rozpoczyna kolejną kampanię propagandową pod hasłem „Bądź oryginalny”. Organizuje szkolenia dla policjantów i prokuratorów. W odpowiedzi na represje skrzywdzeni internauci starają się zwierać szyki w obronie. W sukurs idą im ruchy lewicowe żądające otwartej kultury internetu. Bastionem skrzywdzonych stał się działający serwis Napisy.info, który publikuje najświeższe wiadomości z frontu. Na nim też zogniskowało się forum wymiany opinii. Na stronie www.naloty.pl aktualizuje się dane o miejscach akcji policyjnych przeciwko internautom.
Obie strony nie próbują natomiast nawiązać dialogu. Prawo jednoznacznie stoi po stronie producentów, jednak błędem jest proste utożsamianie samego korzystania z materiałów dostępnych w sieci z działalnością piracką. Prof. Ewa Nowińska, krakowska specjalistka od prawa autorskiego, nie ma wątpliwości: – Samo ściąganie na domowy komputer plików z filmami czy muzyką nie jest nielegalne. Tłumaczenie listy dialogowej filmu również jest zgodne z prawem. Zabronione jest rozpowszechnianie, czyli udostępnianie w sieci innym użytkownikom chronionych plików. To właśnie robili tłumacze. Na stronie rozpowszechnili tłumaczenia cudzych utworów.
Na głównego obrońcę serwisów wymiany plików i witryn z tłumaczeniami wyrasta publicysta „Krytyki Politycznej”, Jarosław Lipszyc. W swoich tekstach wzywa on do zliberalizowania prawa autorskiego, wskazując, że w dobie powszechnego dostępu do internetu niemożliwa jest całkowita kontrola treści. Zresztą Lipszyc wskazuje, że nawet stronę Związku Producentów Audio i Video zbudowano z naruszeniem licencji oprogramowania. W odpowiedzi ZPAV deklaruje podjęcie przeciw niemu kroków prawnych. Kompromisowe rozwiązanie próbował zgłaszać zmarły niedawno Jacek Skubikowski. Proponował obłożenie korzystających z serwisów p2p internautów niewielką opłatą rekompensacyjną w wysokości paru złotych. Jego głos pozostał jednak bez odzewu. Tymczasem skala rozpętanej zawieruchy przeraża już nawet Jakuba Duszyńskiego z Gutka, który półtora roku rozpoczął walkę z napisami: – Przestraszyłem się jako człowiek. To nie jest metoda, którą tę kwestię trzeba rozwiązywać. Trochę mnie zmroziło, że ktoś, kto kocha jakiś film i go przetłumaczy, może trafić do aresztu.
Tymczasem związani z Napisy.org tłumacze opuścili policyjną izbę zatrzymań. Prowadzący serwis Napisy.info Krzysztof J. Szklarski ironizuje, że dzięki akcji policji popularność serwisu wzrosła kilkakrotnie. W sieci natomiast krąży następujący dowcip:
– Za co siedzisz?
– Za niewinność, hehe, a ty?
– Za „Morderstwo w Orient Ekspresie”!
– Łuuu niezła akcja…
– Noo, ze trzy noce tłumaczyłem…

 

Wydanie: 26/2007

Kategorie: Świat
Tagi: Łukasz Ptak

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy