Dokąd zmierzamy?

Dokąd zmierzamy?

Kazimierz Marcinkiewicz ma rację, w połowie ma rację, głosząc tezę, że wszystko, co robi prezes, to zemsta za śmierć brata. Kaczyński jest przekonany, że winę ponosi III Rzeczpospolita. Wszystkie instytucje tamtej Polski i politycy PO. Dlatego wszystko musi być teraz zmienione. Ale przecież jeszcze przed śmiercią brata radykalnie krytykował ówczesną Polskę, co wiedzą ci, którzy czytali jego „wygadane” książki. Na tę głębinową niechęć nałożyła się trauma śmierci brata. Czy to jest normalne? Na pewno jest chore. A diagnozę psychiatry już kiedyś cytowałem. Niektóre reformy mają stworzyć nowego Polaka, przekuć mu duszę. W innej skali podobnie było w faszyzmie i w komunizmie (pierekowka dusz). Kaczyński jako naczelny inżynier polskiej duszy. Ale niektóre reformy są tylko po to, by coś radykalnie zmienić. Dotyczy to choćby likwidacji gimnazjów. Zmiana dla zmiany. Oczywiście PiS chce na nowo uczyć dzieci historii, więcej religii, do tego wszechobecny patriotyzm. Dzień powinien się zaczynać od odśpiewania hymnu i od modlitwy. A polski hymn mnie wzrusza – to, jak głęboko jest zanurzony w polskim dramacie sprzed wieków. Ten Bonaparte, co daje przykład, wracanie z ziemi włoskiej do Polski. I groźba, że szablą odbierzemy. Jeśli ktoś nie zna dobrze polskiej historii, musi mu to brzmieć surrealistycznie. Nie postuluję zmiany hymnu. To, że śpiewamy go, zwykle okrutnie fałszując, to już inna sprawa. Nie ma u nas tradycji wspólnego śpiewania, nie ma wielu chórów – najwięcej ich w Szwecji. I nie przypadkiem Skandynawowie to kolektywiści, a my indywidualiści. Trochę niechlujni, w każdym razie niechlujstwo ma u nas długą i nieprzerwaną tradycję, inne były rwane.
*
Paweł Jasienica w książce „Polska anarchia” pisał: „Historia powinna jednak roztrząsać sumienia przede wszystkim tym, co mając władzę, stwarzają warunki sprzyjające złym odruchom, a nie tym, co właściwie padali ofiarą. Tymczasem w naszym dziejopisarstwie od dawna funkcjonuje dziwny polski samograj. Ilekroć zaczyna się konflikt pomiędzy społeczeństwem a władzą, zawsze winne jest społeczeństwo. A odwrotnie być nie może?”. Może. Ale Jasienica pisał tę książkę przed 1989 r. Teraz społeczeństwo w ramach demokratycznych wyborów wybrało taką władzę, jak każdy widzi. Wcześniej jednak politycy zawodzili ludzi. Tu ma miejsce sprzężenie zwrotne i błędne koło. Winę więc trzeba podzielić. 20-lecie międzywojenne też nie daje jasnej odpowiedzi, kto był winien. Czy Piłsudski psuł polską demokrację, czy ją ratował przed anarchistycznym społeczeństwem?
*
W dziale nekrologów „Gazety Wyborczej” trafiłem na troje znajomych na jednej szpalcie. Najsłabiej znałem Michała Bristigera, był w zespole „Res Publiki”, ja w redakcji pisma. Wybitny muzykolog, syn słynnej generałowej Julii Bristigerowej z czasów stalinowskich (to nie jego wina).
Jerzy Pomianowski miał 95 lat, więc jego odejście jest naturalne, jeśli śmierć może być naturalna. Przed wojną uczeń mojego ojca w męskim gimnazjum w Łodzi. Uwielbiał ojca i bardzo go cenił. Kiedyś co tydzień dzwonił do mnie, komentując moje felietony. Niezwykły umysł, świetnie mówił, ważąc każde słowo, dlatego mówił powoli, ale celnie. Nie mogę zapomnieć, jak w czasie jakiegoś przyjęcia na Zamku Królewskim przekomarzał się na schodach z Leopoldem Ungerem. Takich ironicznych dialogów dwóch „rabinów” już nie będzie.
Joanna Jurandot-Nawrocka (córka pisarza i Stefanii Grodzieńskiej) była wydawcą „Dziennika Telewizyjnego” i naszym tam człowiekiem. Wciągnąłem ją w ten proceder jeszcze przed stanem wojennym. Ludzie za często znikają, jakby ich nigdy nie było. Dlatego o nich piszę, kiedy jeszcze wyraźny jest ich cień.
*
Coraz częściej słyszę, że w Polsce Ludowej było lepiej niż teraz. Też czasami ulegam takiemu złudzeniu. Tu widać zmiękczające działanie czasu. Przeszłość wydaje się lepsza od współczesności, zwłaszcza paskudnej, gdyż jest już wyjaśniona i wolna od niepokoju. Kiedy byliśmy częścią imperium, łatwiej było usprawiedliwiać stan rzeczy. Opresja płynęła z zewnątrz. Teraz wynika jakby z nas samych. A jednak politolodzy coraz śmielej mówią „faszyzm” na określenie celu, do którego zmierzamy. Zastrzegają, że mają na myśli ten prawdziwy faszyzm, czyli włoski, a nie paranoiczny niemiecki. Tak, wszystko zaczyna się zgadzać, nie ma tylko idei podboju. Włosi nie nadawali się zresztą do podboju, byli marnymi żołnierzami, co dobrze o nich świadczy jako o ludziach. Mussolini o tym wiedział i skarżył się, że nie ma dobrego materiału ludzkiego. Kogo my mamy podbijać, skoro nie posiadamy swojej „Abisynii”? Może Rosję, która razem z Tuskiem zabiła brata prezesa? Nie da rady. Tym ważniejsze jest kreowanie wrogów wewnętrznych.
*
Świat nie zwariował, zawsze był taki, ale my zaczęliśmy mieć wobec niego większe wymagania – jak widać, za duże. To samo w najwyższym stopniu dotyczy Polski.

Wydanie: 2/2017

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy