Nie ma alternatywy?

Nic bardziej krzepiącego niż moment, w którym rozsiane fakty, chaotyczne i zaskakujące zdarzenia, sprzeczne z pozoru fenomeny zamieniają się nagle w logiczny ciąg, układając się w sensowną całość. Stanowi to po prostu dowód, że myślenie ma jeszcze jakąś przyszłość.
Otóż dla mnie takim rozjaśniającym momentem na tle ogólnego chaosu stał się ogłoszony w „Polityce” (nr 14) ostatni – jak deklaruje redakcja – wywiad z premierem Leszkiem Millerem.
Tu od razu wyjaśnienie: nie podzielam naiwnej wiary, że zmiana premiera czy też przewodniczącego partii jest niezawodnym lekarstwem, zmieniającym także rzeczywistość. Skłonny jestem też zgodzić się z prof. Łagowskim, że gdyby na miejscu Millera na czele rządu, prowadzącego taką jak on politykę, stał ktoś inny, byłby on nie mniej krytykowany i również skończyłby podobnie. Wreszcie nie mam powodu cieszyć się z upadku premiera, który wyświadczył mi grzeczność, uczestnicząc osobiście w zorganizowanej przez „Przegląd” uroczystości oficjalnego przesunięcia mnie do kategorii zgredów.
Wywiad Millera dla „Polityki” traktuję natomiast jako zdarzenie polityczne, które daje odpowiedź na pytanie, dlaczego poparcie dla kierowanego przez Millera SLD i dla niego samego deklarowało przed dwoma laty powyżej 40% społeczeństwa, podczas gdy obecnie sprowadza się ono do wielkości jednocyfrowych. Stało się tak dlatego, że SLD symbolizował wówczas lewicowe nadzieje społeczeństwa, natomiast w ciągu dwóch lat zawiódł je na wszystkich polach – gospodarczym, społecznym, obyczajowym, kulturalnym, wreszcie w zakresie polityki zagranicznej.
Przez długi czas wydawało się jednak, że SLD jako formacja polityczna i jej przywódca tknięci są jakimś przedziwnym paraliżem woli lub intelektu, przez co nie potrafią zrealizować swojego programu, a nawet, o dziwo, realizują program dokładnie odwrotny. Teraz jednak Miller mówi „Polityce”: „Na zarzuty moich kolegów, że przesuwam partię w kierunku liberalnego centrum, odpowiadam: to prawda”.
A więc, wbrew niektórym opiniom, sprawy wcale nie wymknęły mu się z ręki, lecz jest nadal mocnym człowiekiem, który siłą swego charakteru zaprowadził lewicową partię do liberalnego centrum. Mówiąc zaś o swoim stosunku do socjaldemokracji Marka Borowskiego, a może do socjaldemokracji w ogóle, Leszek Miller twierdzi, że „ideologicznie jest to pociąg jadący w dokładnie przeciwnym kierunku niż mój. On przesuwa się od liberalizmu gospodarczego w stronę socjalizmu. A ja przeciwnie. Od socjalizmu do liberalizmu”.
Nie ma więc mowy o pomyłce, jest to droga świadoma i wybrana. Miller w swoim wywiadzie „wysiada z czerwonego tramwaju”. Jeśli naprawdę wsiada do niego Borowski, mamy oto zamianę ról, która powinna zaowocować także zamianą elektoratów. Ale nie w tym rzecz.
Czym natomiast Leszek Miller tłumaczy swoją ewolucję? Otóż tym, co skutecznie wmówili mu liberałowie, że musimy doganiać Unię Europejską, „a to można osiągnąć tylko metodą liberalną. Nie warto się spierać z rynkiem, bo rynek zawsze ma rację”. Jest to więc to samo fałszywe rozumowanie, które przed dziesięcioma laty narzuciła Europie Margaret Thatcher swoim słynnym sloganem TINA, czyli There Is No Alternative, i które na kilka lat sparaliżowało europejską lewicę, także w Niemczech, we Francji, w Hiszpanii czy we Włoszech, nie mówiąc o krajach postkomunistycznych.
Ale lewica europejska otrząsa się właśnie z tego złudzenia. W Hiszpanii wybory wygrywają socjaliści. We Francji oszałamiające zwycięstwo w wyborach lokalnych odnieśli socjaliści i zieloni. W Niemczech zaś, gdzie Schröder wzorem Millera nie potrafi wyzwolić się z kleszczy TINA, ma już przeciwko sobie półtoramilionową demonstrację uliczną, a notowania jego partii są najniższe w historii, a więc SPD zdaje się podążać drogą SLD.
Dlaczego?
Otóż dlatego właśnie, że twierdzenie, iż „rynek zawsze ma rację”, jest anachronizmem i nieprawdą. Pisze o tym stale taki matador rynku jak George Soros, który twierdzi w swoim „Kryzysie światowego kapitalizmu”, że „fundamentalizm rynkowy jest dziś dla społeczeństwa otwartego groźniejszy niż jakakolwiek totalitarna ideologia”. Pisze o tym nagrodzony Noblem ekonomista Stiglitz, pisze Edward Luttwak, który widzi we współczesnym „turbokapitalistycznym” rynku zagrożenie dla demokracji, a żaden z tych autorytetów nie może być podejrzewany o kryptosocjalizm. Widzą oni jednak, jak pisze o tym Luttwak, różnicę pomiędzy „ściśle kontrolowanym kapitalizmem, który kwitł od 1945 roku do lat 80. i który przyniósł sensacyjną nowość masowej zamożności”, a kapitalizmem obecnym, dyrygowanym przez wielkie monopolistyczne korporacje, nieuznające, jak Bill Gates i jego Microsoft na przykład, rynku jako miejsca konkurencji, a więc „turbokapitalizmem”, który według Luttwaka „ma wiele wspólnego z sowiecką wersją komunizmu”.
Nie tu miejsce, aby wyzywać Leszka Millera i jego otoczenie do gruntownej debaty. Nie tylko ja, ale i wielu znacznie ode mnie bieglejszych badaczy i komentatorów czyniło to przez ostatnie lata, bez wyraźnego skutku. Jeśli zaś jest prawdą, że jadąca „w dokładnie odwrotnym kierunku” socjaldemokracja Borowskiego jest gronem, które chce o tym rozmawiać, to tym lepiej.
Co zaś do owej racji, którą rzekomo zawsze ma rynek, wystarczy jeden przykład, całkiem praktyczny. Mamy więc oto jakoby rewelacyjny wzrost gospodarczy mierzony PKB, a zarazem lament, że „nie przekłada się on, niestety, na poziom życia normalnych ludzi”.
A jak ma się on, pytam, przełożyć? Na skutek samoistnego działania rynku, który niekontrolowany sprawia zawsze, że bogaci stają się bogatsi, a biedni biedniejsi? Czy też na skutek socjalistycznej polityki społecznej, korygującej i ograniczającej wolny rynek, której właśnie nam brakuje?
To samo oczywiście dotyczy zatrudnienia i bezrobocia. Przy nowoczesnych technologiach możliwy jest wzrost produktywności bez wzrostu zatrudnienia i nic tu się automatycznie na rynek pracy nie przełoży.
Rozumieją to coraz dokładniej – doświadczając tego na własnej skórze – zwykli ludzie, ale nie chcą zrozumieć przywódcy. Albo zatem wyborcy znajdą sobie innych przywódców, albo też przywódcy znajdą inną rzeczywistość.
Natomiast pociechą, jaką można z tego wyciągnąć, jest po pierwsze to, że nie stało się to wszystko przypadkiem lub z niedołęstwa, lecz na skutek świadomego działania największej ongiś i rokującej największe nadzieje lewicowej partii. Po drugie zaś, krzepiące jest to, że Leszek Miller okazał się, wbrew pozorom, silnym człowiekiem, który jeszcze raz postawił na swoim.

 

Wydanie: 16/2004

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy