Dopóki piszesz, jesteś panem swojej twórczości

Dopóki piszesz, jesteś panem swojej twórczości

Kryminały są do siebie podobne – jest trup, policjant i śledztwo

Krzysztof Domaradzki – autor powieści kryminalnej „Detoks”

Debiut to niełatwa sprawa, tym bardziej że rodzimy rynek nie jest zbyt przyjazny dla początkujących autorów.
– Samo pisanie jest procesem bardzo przyjemnym. Konstruowanie fabuły, stwarzanie bohaterów, budowanie klimatu utworu. Najgorszy był moment postawienia ostatniej kropki. Przed wysłaniem propozycji do wydawnictw (książkę wydała Czarna Owca – przyp. red.) długo się zastanawiałem, czy to już ostateczna wersja, czy wszystko wyszło tak, jak sobie zaplanowałem.

Lęk przed weryfikacją przez profesjonalistów?
– Dopóki piszesz, jesteś panem swojej twórczości. Potem ktoś musi zweryfikować, czy to, nad czym tyle pracowałeś, jest coś warte. Debiutujący autor nie potrafi obiektywnie ocenić swojej twórczości. Nie ma pojęcia, czy się nie zbłaźnił, marnując mnóstwo czasu.

Bojąc się odrzucenia, wielu debiutantów naśladuje styl, kopiuje pomysły innych pisarzy. Na szczęście nie uległeś presji.
– Może dlatego, że w ogóle nie znam polskich kryminałów? Czytam głównie autorów skandynawskich, z których najbardziej cenię Jo Nesbø, od lat trzymającego równy, wysoki poziom. Oczywiście wszystkie kryminały są w pewnym stopniu do siebie podobne – jest trup, policjant i śledztwo. W końcu to literatura gatunkowa.

Nie silisz się na oryginalność przy konstruowaniu bohaterów. Tomek Kawęcki to typowy bohater: błyskotliwy śledczy z problemami alkoholowymi i porysowanym życiorysem.
– Ale to nie musi być błędem ani wadą. Jakiś czas temu oglądałem serial „Detektyw” i byłem zaskoczony tym, jak z pozoru ograne schematy można wykorzystać na nowo – tam też mieliśmy do czynienia z pokręconym, nielubiącym świata policjantem, który miał cały wachlarz autodestrukcyjnych skłonności i nie dogadywał się ze swoim partnerem. Wszystko to już widzieliśmy lub czytaliśmy, a przecież wyszło znakomicie. Ja również postanowiłem skorzystać z kalki bohatera, ale umieścić go w oryginalnej fabule.

Faktycznie, na końcu książki czytelnik zostaje z jeszcze większymi wątpliwościami niż na początku. Dobry zabieg, aby przekonać do sięgnięcia po kontynuację.
– Mam nadzieję, że zakończenie pierwszej części trylogii o Kawęckim nie będzie szokiem dla czytelnika. I że nie przesadziłem z nagromadzeniem wątków i zagadek. Na etapie ostatecznej redakcji najtrudniejszym zadaniem było zweryfikowanie, czy wszystko jest logiczne, czy wszystkie kwestie są zrozumiałe i czy będę w stanie je rozwinąć i wyjaśnić w kolejnej książce.

Jak to się stało, że dziennikarz ekonomiczny bierze się do pisania kryminału, i to tak gęstego od wulgarności?
– Mam słabość do tego typu literatury. A poza tym wydawało mi się, że napisanie kryminału jest stosunkowo łatwe, wystarczy nakreślić wątek, stworzyć wyrazistych bohaterów i osadzić ich w odpowiednim klimacie. Opowiadanie krwawej historii jest mniej skomplikowane niż dzielenie się własnymi przemyśleniami i stawianie diagnoz współczesnemu światu. Nie czułem, że jestem w stanie stworzyć naprawdę wartościową literaturę piękną, gdzie mógłbym zawrzeć jakąś oryginalną mądrość. Wolałem uniknąć częstego błędu autorów, którzy chcą być jak Tomasz Mann, a wychodzi im Paulo Coelho.

Rzadko spotykany autokrytycyzm! Kariera pisarska jest bardzo trudna, choć pociągająca. Chciałbyś rzucić dyplomatyczny język dziennikarstwa biznesowego i zająć się snuciem mrocznych historii?
– Nie pisałem książki z myślą o bestsellerze, który pozwoli mi wejść do grona poczytnych pisarzy. Wojciech Chmielarz mówił kiedyś, że polscy autorzy z reguły potrzebują od pięciu do siedmiu lat, aby osiągnąć etap, w którym mogą żyć wyłącznie z pisania książek. To długa droga. Na razie dobrze się czuję w świecie dziennikarskim, a świat literacki to dla mnie przygoda, która dopiero się zaczyna. Czy dobrze będę się czuł w butach pisarza, czy nie będą mnie obcierać? Czas pokaże.

Wracając do języka – ten książkowy jest bardzo literacki, malarski, niemal jak w „Nad Niemnem”. Część czytelników, przyzwyczajona do szybkiej akcji kryminałów, może odrzucić taki styl.
– Na początku tych opisów było jeszcze więcej (śmiech). Na szczęście na etapie redakcji skracaliśmy ozdobniki i został kryminał z krwi i kości. Spotkałem się z opiniami, że język, którego używam w książce, jest wulgarny, kipi od przemocy i seksu, ale to właśnie językiem tworzy się klimat powieści, w tym przypadku mroczny, ciężki i pełen grozy. Myślę, że czytelnicy kryminałów są przyzwyczajeni do ostrego słownictwa.

Surowo obchodzisz się także z rodzinną Łodzią. W książce przedstawiasz miasto jako siedlisko patologii, gdzie łatwo można zarobić nożem między żebra.
– Jeden z recenzentów sugerował, że jest to moje brutalne rozliczenie się z Łodzią, ale ja wciąż ją kocham. Nie jest to jednak ślepa miłość. To fascynujące, pełne energii miasto, ale potrafi też być nieprzystępne, wrogie i trudne do życia. Wyjazd do Warszawy podyktowany był względami ekonomicznymi i zawodowymi, ale to Łódź jest moim pierwszym miastem. Dlatego wybór miejsca, w którym rozgrywa się mój kryminał, był dla mnie oczywisty.

Łódź to jedno z miast, które najboleśniej dotknęła transformacja po 1989 r.
– Właściwie dopiero teraz zaczyna się odbudowywać po upadku przemysłu włókienniczego. Secesyjne, pięknie odrestaurowane kamienice często sąsiadują z sypiącymi się budynkami. A taki kontrast wzmacnia poczucie upadku. Kiedyś w moje ręce trafił zbiór reportaży kryminalnych z ostatnich lat. Jedna trzecia opisanych tam historii rozgrywała się w Łodzi. Pytanie tylko, o czym to tak naprawdę świadczy. Że tu trup ściele się gęsto? Czy może o tym, że wizerunek Łodzi jako miasta zepsutego podyktował taki dobór historii? Nie wiadomo.

Brzmi to tak, jakbyś myślał od razu o ekranizacji kryminału.
– Brzydota jest pociągająca, a Łódź doskonale pasuje do klimatu noir. Może być takim polskim Sin City, przerysowanym miastem nieprawości. Autor kryminału musi myśleć obrazami, bo tylko wtedy może stworzyć odpowiedni nastrój, do którego będą pasowały język i sama opowieść.

Zawodowo często piszesz o start-upach, nowych technologiach, sztucznej inteligencji. Nie boisz się, że wkrótce do pisania książek wezmą się roboty?
– Na razie boty są w stanie napisać krótką dziennikarską depeszę, ale to pewnie kwestia kilkunastu lat, gdy sztuczna inteligencja zacznie tworzyć całkiem niezłe powieści. Jeżeli automatyzacji ma ulec większość zawodów, dlaczego to zjawisko miałoby ominąć pisarzy? Z drugiej strony wierzę, że zanim roboty czy oprogramowania nauczą się kreatywności i typowego dla ludzi poczucia humoru, bez którego nie ma mowy o dobrym kryminale, minie wiele czasu.

Rozumiem, że nie boisz się przyszłości?
– Ludzie dzielą się na tych, którzy w postępie technologicznym widzą szansę, oraz tych, którzy boją się, że sztuczna inteligencja nas zniszczy. Ja należę do tych pierwszych. Chciałbym, żeby kiedyś powstał program, który automatycznie sprawdzałby książkę pod względem spójności logicznej. Taka zaawansowana korekta narracyjna. Oszczędziłoby to wiele pracy redaktorom, a pisarz mógłby myśleć o kolejnych wątkach i opowieściach.

Może jeszcze algorytm, który weryfikowałby fabułę – na ile pasuje do gatunku, w jakim stopniu odpowiada czytelniczym gustom?
– To chyba nie jest potrzebne. Lepiej, żeby każdy autor miał własny algorytm. Mój wzór na kryminał jest taki: 40% intrygi kryminalnej, 40% mrocznego klimatu i 20% ozdobników, publicystyki i zabawy. Myślę, że każdy twórca literatury gatunkowej powinien mieć własne rozeznanie, na ile może być socjologiem, filozofem, historykiem, a na ile – po prostu – opowiadaczem krwawych historii.

Wydanie: 22/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy