Tyran i dozorca – rozmowa z Januszem Gajosem

Tyran i dozorca – rozmowa z Januszem Gajosem

Wszystkich „cesarzy” trzeba zostawić w garderobie i wrócić do normalnego życia


JANUSZ GAJOS

Aktor pierwszej ligi, którego nikomu przedstawiać nie trzeba, dziadkom ani wnuczkom, matkom ani córkom.
Współpracował z największymi reżyserami, od Axera przez Bajona, Barta, Bugajskiego, Dziewońskiego, Englerta, Hanuszkiewicza, Hasa, Hoffmana, Kieślowskiego, Łapickiego, Łomnickiego, Skolimowskiego, Szulkina do Zanussiego. Na spotkaniu z fanami zapytany, jak mu się udało, grając woźnego Tureckiego w „Gallux Show”, pogryźć ziarna kawy (ktoś ukradł młynek), zażartował: „Jak reżyseruje Olga Lipińska, człowiek ze strachu wszystko zrobi”.
Nie dał się zamknąć w jednej szufladzie. Potrafi zagrać tyrana i dozorcę, w kabarecie i w tragedii, choć sukces miewał gorzką cenę.
Profesor sztuk teatralnych. Mówi studentom o świadomości uprawiania zawodu, które jego zdaniem jest niemal tożsame z rzemiosłem. Rzemiosło zaś uczy, jak upadać, przewracać się – tak dosłownie, naprawdę, a nie metaforycznie – i podnosić na scenie, tak by aktor potem nie liczył siniaków i skaleczeń, jak grać pijanego, nie pijąc, i zaćpanego bez ćpania.
Nie ma tu miejsca na wymienianie najważniejszych ról. Książka pod wiele mówiącym tytułem „Gajos”, która niedawno się ukazała, liczy w końcu ponad 400 stron.
Nie ma cienia wątpliwości. Gajosa się lubi, ceni i szanuje, na Gajosa się chodzi do kina i teatru. Teraz okazało się, że „Gajosa” się czyta. Bo choć biografia jest na rynku raptem kilka tygodni, już przyznano jej tytuł Książki Roku na wrocławskich targach.


Znakomity reżyser Mike Leigh mówi: „Doskonałe aktorstwo to umiejętność bycia prawdziwym”, a Harrison Ford, że robi wszystko, by wypaść wiarygodnie. A pan?
– Aktorstwo jest albo dobre, albo złe. Dobre bywa dzięki uzdolnieniom i świadomości, jak z tych uzdolnień korzystać. Jestem przeciwnikiem bujania w obłokach i czekania na natchnienie. To po prostu praca. Proszę mi wierzyć, ciężka, czasem bardzo. Nigdy nie daruje lekceważenia i traktowania po łebkach. Potrafi się mścić za takie traktowanie.

Elżbieta Baniewicz w książce „Gajos” rozłożyła pana zawodową świadomość na czynniki pierwsze, analizując większość z ok. 230 ról, w tym 100 filmowych. Jak się panu stoi na pomniku?

– Nie wiem. Nie wchodzę na żaden pomnik. Łatwo stamtąd spaść. Ile ról zagrałem, nie liczyłem. Wierzę autorce, że je starannie prześledziła, wiernie przytoczyła oceny, sama też oceniając. Prawdę mówiąc, odbyliśmy z panią Elżbietą raptem dwie rozmowy na temat mojego stosunku do tego, co robię.

A to, co pan zrobił, przyniosło panu: Złote Kaczki, Złote Lwy, Złote Berło, Złoty Ekran, Złotego Anioła i Złoty Wawrzyn. Do tego Wiktory i Superwiktory, Złoty Krzyż Zasługi i Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Od „Przeglądu” też pan dostał Busolę za to, że jest pan „aktorem bez zastępcy”, bo ten, kto stanąłby na pana miejscu, z góry skazałby się na przegraną. Jak pan się czuje obsypany złotem od stóp do głów, jak przyjmuje deszcz nagród i komplementów?
– Nie zauważyłem na sobie żadnej posypki ze złota. Ani z niczego innego. Dzięki Bogu wciąż pracuję i niezmiennie staram się to robić najlepiej, jak potrafię. Co zaś do ludzi „niezastąpionych”, to przecież wie pani równie dobrze jak ja, że nie ma takich.

Wejść do domu, zdjąć buty, włożyć kapcie

Nieprawda. Artyści są niepowtarzalni. Nie będzie drugiego Michała Anioła ani Leonarda da Vinci. A wracając do pana, gdy ktoś chce wiedzieć, co ma myśleć o Gajosie, idzie do kina albo do Teatru Narodowego. Teraz jeszcze może sięgnąć po książkę. Mnie natomiast fascynuje odpowiedź na pytanie, jaki jest Gajos człowiek i mężczyzna…
– Bardzo mi miło. Kiedy kobieta mówi w ten sposób, mężczyzna zawsze czuje się zbudowany. Niezależnie od wieku.

To skonfrontujmy wyobrażenia z rzeczywistością. Co robi Janusz Gajos, gdy wraca po wyczerpującym spektaklu do domu?
– Najchętniej nic.

Ale jeszcze zanim nie zrobi nic, to co robi? Parę dni temu widziałam pana w spektaklu „Daily Soup” w roli mężczyzny udomowionego, głowy rodziny, w której nikt nikogo nie słucha, za to wszyscy monologują i noszą kapcie.
– W domu też chodzę w kapciach! Żona jest poznanianką i nie znosi bałaganu.

Poznanianką poznaną w Krakowie.
– Tak. No więc przede wszystkim trzeba zdjąć buty, włożyć kapcie, umyć ręce. I wejść do domu jako człowiek oczyszczony z tego, co przyniósł ze sobą z zewnątrz.

Raju, rety, Romulus Wielki w papuciach. Wyobraźni mi nie starcza.
– Bardzo śmieszne, ale niech pani nie próbuje sugerować nikomu, że aktorzy prywatnie chodzą na złotych koturnach albo są noszeni w lektyce. Serio uważa pani, że każdy, kto uprawia ten zawód, musi być szurnięty? Pewnie paru świrów jest, jak w każdym środowisku, ale żeby wszyscy? Przesada. Większość to normalni, sympatyczni ludzie, którzy twardo chodzą po ziemi.

Jak po powrocie z teatru otrząsa się pan z roli? Cesarza, zakonnika, dozorcy, domowego satrapy…
– Wiem, że ludzi ciekawi, jak to jest, gdy się żyje przez jakiś czas innym życiem i potem wraca do swojego. Wszystkich „cesarzy” trzeba zostawić w garderobie i wrócić do normalnego życia. Gdyby postacie, które gram lub zagrałem do tej pory, zaczęły się pojawiać u mnie w domu, natychmiast musiałbym się udać do psychiatry. Oddzielam więc te dwa światy; uważam, że inaczej się nie da. Kończy się przedstawienie, trzeba się pozbierać. Zmyć charakteryzację, przebrać się w swoje ubranie, wsiąść do samochodu, dojechać do domu i spędzić resztę wieczoru niezależnie od świata, który przestał istnieć, w chwili gdy publiczność wyszła z teatru.
Czyli jak? Telewizja, radio, gazety? Polityka krajowa, newsy ze świata czy raczej beletrystyka? Jakie tematy pana kręcą: komisja Macierewicza albo może recenzje, albo reportaż o tym, co się dzieje w Starym Teatrze?
– Koniecznie chce mnie pani namówić na wygłaszanie jakichś oświadczeń i formułek. Odpowiem wymijająco. Po przedstawieniu resztę wieczoru staram się spędzić w różnoraki, acz sympatyczny sposób.

Po prostu płynąć

Zdradził mi Janek Ordyński, że podobno nie wierzy pan, w przeciwieństwie do kilku kolegów z branży, w zamach smoleński.
– Nie. Nie wierzę.

Budująca lapidarność wypowiedzi, ale dzięki i za to. Nigdy nie dopada pana myśl, żeby jak Marek Kondrat zrobić woltę i rzucić zawód? On ma swoje wina, pan zajął się fotografią.
– Proszę pani, każdy ma swój sposób na życie i żyje, jak mu się podoba. Ja na razie nie chcę odpoczywać. Aktorstwo wydaje się niektórym baśnią na jawie, bajką w życiu. Ja nie lubię nawet używać zwrotu „świetnie się bawiłem” na planie czy na próbach. Oczywiście czasem jestem bardzo zmęczony i jak każdy zmęczony człowiek mam ochotę trzasnąć wszystkim i pójść w cholerę, ale gdy już tam dojdę, to zaraz chce mi się wracać. Poza tym są urlopy, kawałki wolnych chwil. Może zatem nie od razu zmiana stylu życia, tylko chwila oddechu. Bo np. do biznesu się nie nadaję; uprawiam więc mój zawód – jak zacząłem, tak go ciągnę do tej pory.

Zwłaszcza że musiał pan ostro walczyć, aby się w nim znaleźć. A jak dzisiaj, gdy jest pan zajęty od świtu do nocy, dba pan o warsztat aktora, czyli ciało? Siłownia, jogging, basen, konie?
– Uważam, że jak na swój wiek jestem dość sprawny fizycznie i dzięki temu mogę bez przeszkód działać w zawodzie. Ze sportów ekstremalnych uprawiam spacery oraz kolarstwo turystyczne w lasku niedaleko mojego domu. Czasem w dość licznym towarzystwie, bo w ładną pogodę wszyscy jeżdżą na rowerach.

W czapce z daszkiem i w ciemnych okularach?
– A jednak nie może pani się pozbyć wrażenia, że jakimś rodzajem świra jestem. Kiedy wychodzę z domu, przestaję być sam i dobrze o tym wiem. Mam tego świadomość od czterdziestu paru lat i żadna maska mi w tym nie pomoże. Pozostaje albo nie wychodzić z domu, albo nie robić z tego sprawy i zachowywać się jak normalny człowiek. Oczywiście dobrze jest czasem wyjechać gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna, i po miesiącu z radością wrócić.

Na łono ojczyzny, gdzie ma się tyle fanek. Kiedy ostatnio zabiło panu mocniej serce?
– Bije mocniej przed każdą premierą. Bo premiera jest sprawdzianem, czy to, co jakiś czas budowaliśmy, polegając na własnej wyobraźni – nie bójmy się tego słowa: kreowaliśmy – poddane ocenie innych zostanie zaakceptowane. To szalenie ciekawe, ale i bardzo stresujące.
Janusz Gajos miewa tremę? Zrobiło na mnie wrażenie niedawne wyznanie Ireny Santor, że przez lata występów cierpiała katusze z powodu tremy.
– Każdemu wejściu na scenę towarzyszą emocje, które porównuję do skoku z trampoliny. Trzeba się wcześniej przygotować, sprawdzić, czy w basenie jest woda, wziąć oddech, skoczyć, a potem po prostu płynąć.

Nieoczywista ścieżka kariery

Przez te lata występował pan w adaptacjach dzieł literackich najwyższych lotów. Szekspir, Czechow, Gogol, Beckett, Bułhakow, Dürrenmatt, Fredro, Słowacki, Gajcy, Pilch. Pracował pan z tuzami reżyserii. To łut szczęścia czy starannie zaplanowana ścieżka kariery?
– Przez dłuższy czas łutem szczęścia były dla mnie jakiekolwiek propozycje, przeważnie nie najwyższego lotu. W większości takie, których nikt nie chciał przyjąć. To zaczęło się zmieniać bardzo powoli i w sumie trwało ponad dziesięć lat. O starannym planowaniu jakiejś „ścieżki” nie mogło więc być mowy. To była raczej plątanina dróg. Kiedy próbowałem wprowadzić w tę plątaninę jakiś porządek, miałem czasem nieodparte wrażenie, że ktoś albo coś próbuje mi wytłumaczyć, iż moje wysiłki nie mają żadnego znaczenia. Autorkę książki „Gajos” zaciekawiła moja „nieoczywista ścieżka kariery”, bo początki miałem różne. I nawet to, co wydawało się sukcesem, obracało się często w jego zaprzeczenie…

Wiem. Po „Czterech pancernych” telefon milczał trzy lata, a woźnego Tureckiego z kabaretu Olgi Lipińskiej też musiał pan „spacyfikować”, by być wiarygodnym w innych rolach.
– Propozycje z materiałem, który daje możność poruszania się w poważnych, skomplikowanych losach ludzkich, zaczęły się pojawiać bardzo powoli i jakby z niedowierzaniem, czy trafiają pod właściwy adres.

Każdy z nas dojrzewa i mądrzeje w innym tempie, choć niektórzy chyba nigdy. Ile jest słuszności w twierdzeniu, że trzeba naprawdę coś przeżyć, otrzeć się o dramat, upadek, stracić miłość, rozwieść się, zapić szansę, by stać się dobrym aktorem?
– Człowiek, który chce uprawiać ten zawód, nie ma żadnego obowiązku sponiewierania się do utraty tchu, ale wiadomo też, że im większy bagaż doświadczeń niesiemy na plecach, tym więcej wiemy o życiu. Sama teoria czasem nie wystarcza. Nie jestem zwolennikiem automatycznego powtarzania zapamiętanych spostrzeżeń, choć Stanisławski mówił o pamięci, która w nas pozostaje. Wolę polegać na wyobraźni, której jednak należy pomagać. I wtedy bardzo się przydają kawałki naszego prawdziwego życia. Każdego dnia doświadczamy czegoś, czego może nawet nie zauważamy, ale co zostaje i wsiąka w nas.

Wierzy pan w przypadek, który determinuje nasze losy, taki jak z filmu Kieślowskiego pod tym samym tytułem?
– Wierzę. Nawet to kiedyś głośno powiedziałem, że przypadek to zdarzenie, którego czasem nie potrafimy skojarzyć z żadną przyczyną i wykpiwamy się określeniem zbieg okoliczności.

Wypytuję o rolę przypadku, bo do szkoły aktorskiej dostał się pan za czwartym razem (i natychmiast stał się prymusem), na egzamin przyjeżdżając prosto z jednostki wojskowej. A w mundurze jest panu do twarzy, rewelacyjnie. Do schrupania. Ciekawe, co by było, gdyby przyjechał pan ubrany po cywilnemu, jak wszyscy?
– Być może tzw. zrządzenie losu posłało mnie w kamasze i ubrało w mundur. I dopiero dzięki temu ściągnąłem na siebie uwagę.

Recytując…
– …„Kwiaty polskie” Tuwima.

Niech żyje przypadek. Miewa pan czasem dylematy moralne? Niedawno zastanawiałam się, czy kupić dywan ręcznie tkany gdzieś w Azji. Wiem, że dzieciom i kobietom, które je tkają, płaci się tam nędzne grosze, ale kupiłam, bo może nie miałyby nawet tego.
– Dylematy natury moralnej o różnym ciężarze gatunkowym mamy wszyscy. Oczywiście ja też. Staram się jednak mierzyć siły na zamiary. Mam wrażenie, że wielu ludzi robi w tej sprawie puste gesty, żeby ulżyć sumieniu czy nawet wypromować swoją osobę. W ubiegłym roku, przed wyjazdem z teatrem do USA, córka prosiła mnie o prawdziwy kowbojski kapelusz. Byłem w Nevadzie. Poszedłem na miejscu do specjalnego, poleconego sklepu, gdzie zaopatrują się prawdziwi kowboje, i kupiłem. Przywiozłem i wręczyłem z dumą! Prawdziwy. Agata ogląda uważnie i nagle mówi: Ooo, tu jest metka Made in China. Całkiem możliwe, że w jakiejś części wykonały ten kapelusz dziecięce rączki.

Zero buntu?
– Chciałaby pani, żebym namawiał do bojkotowania sklepu w Nevadzie? Przecież rewolucji w Chinach z powodu kapelusza nie zrobię. Wszyscy zastanawiamy się, w którą stronę pędzi świat. Sądzę, że w tej sytuacji najlepiej trzymać się rzeczy sprawdzonych. Pracować dla siebie i innych najlepiej jak można. Dobrze grać na skrzypcach, dobrze grać w piłkę, budować dobre drogi, dobrze rządzić itd. Utopia? Może, ale starać się trzeba, jak mówi stare rosyjskie porzekadło. Czasem mnie przeraża kierunek, w którym zmierza świat, ale jeśli nic albo niewiele od człowieka zależy? Czy nie od tego jest literatura, sztuki piękne, muzyka? To świat, który powinien nas ratować przed utonięciem w tym, co nam się nie podoba, a na co nie mamy wpływu.

Ale mamy wpływ na konsumpcjonizm w skali mikro. Jest pan człowiekiem rozrzutnym, grzeszącym konsumpcją, czy panuje pan nad portfelem?
– Staram się panować. Czasem gotów jestem nieopacznie wydać jakąś sumę na coś ze sprzętu foto. W ogóle lubię gadżety, zabawki, które przez naciśnięcie guzika coś robią same – taka potrzeba powrotu do czasów dzieciństwa.

Pisanie to odpowiedzialność

Czy Janusz Gajos zna uczucie szczęścia?
– Oczywiście… Są momenty, chwile, okresy w życiu, które się zapamiętuje na całe życie. Wymieniać je to banalne. Każdy je zna i każdy postrzega po swojemu.

Koledzy z branży piszą książki, a pan dzięki autorce, pani teatrolog, schował się za swoje role. Nie korciło pana sięgnąć po pióro samemu?
– Pisanie to wielka odpowiedzialność. Nie podjąłbym się. Wydaje mi się, że byłoby czymś wbrew mojej naturze formułowanie myśli w pierwszej osobie liczby pojedynczej.

O pana życiu prywatnym w książce „Gajos” jest jedno zdanie: „Mam wspaniałą córkę, wspaniałą żonę, wnuka, wraz z synem żony tworzymy rodzinę i jest nam ze sobą dobrze. I to od dwudziestu kilku lat”.
– I tylko tyle. Bez ważnej potrzeby epatować ludzi przypadkami z własnego życia to chyba w złym tonie. Nie mówiąc już o obnażaniu intymnych obszarów tego życia. Ekshibicjonizm sprawia przyjemność tylko ekshibicjoniście.
Ale ja wcale nie chcę ich poznawać. Brak tajemnicy odziera z uroku idoli pierwszej ligi. Portale towarzyskie i tak nie cierpią na brak tematów.

Proszę zdradzić tajemnicę, co się stało z rzęsami jak firanki Janka Kosa z „Czterech pancernych”. Gdzie się podziały?
– A jednak. Nie wiem, proszę pani. Przez 40 lat miały prawo przestać być firankami.

Pana żona Elżbieta ma dziewczęcy typ urody i figurę licealistki. Gdy podróżowaliście w wielkim świecie, nie zdarzyło się, że kelner w restauracji spytał: „A dla córki co na deser”?
– Jeszcze nie. Ale być może się zdarzy. W końcu to ja się starzeję, a ona nie.

Wydanie: 51-52/2013

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy