Droga do Rosji 2018 nadal (prawie) otwarta

Droga do Rosji 2018 nadal (prawie) otwarta

W Kopenhadze cztery baty, z Kazachami trzy na plusie

Wbrew nadziejom milionów rodaków nasza piłkarska reprezentacja jeszcze nie potrafiła zapewnić sobie bezpośredniego awansu do przyszłorocznych finałów mistrzostw świata w Rosji. Późnym wieczorem w piątek, 1 września, nic nie poszło dobrze. Nadzieja oparta na nieskomplikowanych wyliczeniach: wygrywamy z Danią w Kopenhadze, natomiast nasz drugi najgroźniejszy konkurent, jedenastka Czarnogóry, nie daje rady Kazachstanowi na wyjeździe, okazała się złudna. Nasi dostali solidne baty 0:4, Czarnogórcy wygrali pewnie 3:0. Ponieważ rachuby całkowicie nas zawiodły, już 4 września czekała reprezentantów poprawka z Kazachami w Warszawie. Na razie poza domem ten rywal przegrywał wszystko i na Narodowym nie było inaczej.

Pewne zwycięstwo 3:0 i utrzymanie przodownictwa w grupie. Jednak sprawa awansu pozostaje otwarta, a więc „Ja wam mówię: jest dobrze, jest dobrze, jest dobrze, ale nie najgorzej jest”, jak śpiewa przewrotnie Andrzej Grabowski.

Mniej niż zero

Przed wrześniowym eliminacyjnym dwumeczem stwierdziliśmy, że szlachectwo (pozycja) zobowiązuje! Co oznacza z reguły zobowiązanie wobec społeczeństwa i godną reprezentację. Jednak to, co zademonstrowali nasi piłkarze na kopenhaskim Telia Parken, zawodowcom nie przystoi. Trudno było pojąć zatrważającą nieudolność naszych zawodników. Jakoś kompletnie uszła uwadze kibiców trzeźwa ocena Roberta Lewandowskiego, że to, iż reprezentacja zajmuje piąte miejsce w rankingu FIFA, nie oznacza, że jesteśmy piątą drużyną świata. Lewy jako kapitan teamu w Kopenhadze nie zdołał poderwać do żywszej gry i walki dziwnie ociężałych kolegów. A przecież mówił w szatni: „Jeśli po meczu dupy nie są czerwone od jeżdżenia wślizgami, nie wygramy nawet z San Marino”.

Selekcjoner Adam Nawałka potrafił opanować totalne rozczarowanie, a może nawet bardziej zaskoczenie: „To nie był zimny prysznic, ale olbrzymi kubeł zimnej wody na nasze głowy. Zrobimy wszystko, by w następnym spotkaniu drużyna wyglądała zupełnie inaczej mentalnie, fizycznie i taktycznie. W ciągu 90 minut nie zapomnieliśmy, jak się gra w piłkę. Nasza drużyna ma potencjał, ja w nią wierzę i szybko wrócimy na dobre tory. Po burzy jest najlepsze, najbardziej świeże powietrze. Mam nadzieję, że na mecz z Kazachstanem wszyscy będą przygotowani w stu procentach”.

Samokrytycznie podeszli do spapranej roboty nasi zawodnicy. Lewandowski: „W tym meczu zabrakło wszystkiego. Nie jesteśmy drużyną, która bez zaangażowania, walki oraz idealnego podejścia do meczu może wyjść na boisko i sobie pykać. Graliśmy to, co chcieli Duńczycy. Daliśmy się w to wciągnąć, nie potrafiliśmy zareagować. Popełnialiśmy wiele prostych błędów, nawet w ustawieniu. Niepotrzebnie walczyliśmy z nimi przy tych długich piłkach, przy ich wzroście. Powinniśmy więcej grać piłką, a my stosowaliśmy długie podania. To było dla Duńczyków idealne. Daliśmy się złapać na ich taktykę. Wciąż mamy przewagę w grupie, ale to nie upoważnia nas do tego, żebyśmy choć przez chwilę pomyśleli, że mamy już spokój”.

Kamil Glik, który też nie mógł zaliczyć swojego występu do udanych, przyznał szczerze: „Duńczycy wyglądali lepiej. Trudno mi ocenić, dlaczego tak było. Na pewno na boisku byliśmy słabszym zespołem. Nigdy nie uciekałem od odpowiedzialności, teraz też nie zamierzam. Szczególnie drugą bramkę biorę na swoją klatę. Co mogę dodać? Myślę, że dzisiaj nie było żadnej jasnej postaci w naszej drużynie”.

Podczas audycji w radiowej Jedynce brzdąc zapytany, co by powiedział naszym piłkarzom, żeby ich pocieszyć, odrzekł: „Żeby lepiej grali!”. Jakież to proste…

Jak w baśni Andersena

W PRZEGLĄDZIE (nr 35) napisaliśmy: „Czy zasłużenie w rankingu FIFA jesteśmy notowani wysoko przed Danią (46. pozycja) i Kazachstanem (105.), okaże się na zielonej murawie. Szczególnie w Kopenhadze czeka biało-czerwonych nie lada przeprawa. Wikingowie, znani od wieków z waleczności, ambicji i zaborczości, także 1 września z pewnością nie odpuszczą. Mają się o co bić”. I rzeczywiście bili się, walczyli od samego początku, ani przez chwilę nie rezygnowali. Pierwszego gola strzelił Thomas Delaney w 15. minucie, drugiego Andreas Cornelius w 42. Jak się powiada, pozamiatane było w 59. minucie po trafieniu Nicolaia Jorgensena. Czwarta bramka, w 80. minucie po przepięknym strzale z dystansu najlepszego na boisku Christiana Eriksena, była niczym wbicie ostatniego gwoździa do trumny naszej reprezentacji.

Trudno zatem się dziwić, że Danią zawładnęła euforia. W tamtejszych mediach triumf komentowano na wysokim C. „Na stadionie Parken wydarzył się cud. To było jak przeżycie na żywo baśni naszego Hansa Christiana Andersena sprzed 150 lat »Nowe szaty cesarza«, w której ten król okazał się naprawdę nagi… Przyjazd do Kopenhagi piątej drużyny rankingu FIFA i niekwestionowanego lidera grupy paraliżował publiczność naszego stadionu narodowego, media i piłkarzy, lecz tylko do pierwszego gwizdka. Polski buldożer, z gwiazdą Bayernu Monachium Robertem Lewandowskim na czele, w zaskakujący sposób nie pokazał nic specjalnego. Teraz nasza naszpikowana przeszkodami droga do mistrzostw świata znów jest otwarta – oceniono. – Duńczycy dali pokaz gry, jakiej nie widzieliśmy od lat i w jaką już nie wierzyliśmy. Nareszcie krytykowany selekcjoner Norweg Åge Hareide, spadkobierca legendarnego Mortena Olsena, pokazał, na co go stać, i to w stylu zasługującym na najwyższe uznanie. Kompletnie zaskoczył swoją taktyką nie tylko rywala, lecz i nas wszystkich. To był magiczny i bajkowy wieczór. W piątek na Parken – podczas dzikiej piłkarskiej fiesty – taktyczny majstersztyk Hareidego otworzył drzwi na mundial silnym kopniakiem. To był niezapomniany wieczór, który zostanie zapisany w annałach duńskiego futbolu. Żyjemy! Po meczu z Polską awans do mistrzostw świata w Rosji nie jest już tak daleko. Spotkanie było popisem naszej drużyny, zwłaszcza Christiana Eriksena. To była klasa światowa, ale na uznanie zasługuje też cały zespół. To była magiczna demonstracja siły”.

Wynik lepszy niż gra

To wyświechtane określenie pasuje jak ulał do pojedynku z Kazachstanem 4 września. Udało się strzelić trzy gole, co powiększyło nasz bilans o trzy punkty – i to jest najważniejsze. Prowadzenie wywalczył głową w 11. minucie Arkadiusz Milik. To był pierwszy gol napastnika Napoli w tych eliminacjach i pierwsze trafienie od spotkania z Irlandią Północną podczas Euro 2016 (12 czerwca).

W 72. minucie powinno być 2:0 po pięknie wykonanym przez Lewandowskiego rzucie wolnym. Niestety, choć – jak wykazały powtórki – piłka przekroczyła linię bramkową, sędzia trafienia nie uznał. Przeciągłymi gwizdami skwitowano tę fatalną pomyłkę Andrisa Treimanisa (nie bez winy był jego asystent liniowy) z Łotwy. Przed meczem informowano, że to arbiter, który dopiero wspina się po szczeblach kariery. Wydaje się, że przynajmniej chwilowo wyżej się nie wespnie. W 74. minucie doszło do podwyższenia wyniku. Stoper AS Monaco Kamil Glik skierował piłkę do bramki głową po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Piotra Zielińskiego. Poniedziałkowe strzelanie zakończył w 86. minucie Lewandowski. Snajper Bayernu Monachium z zimną krwią wykorzystał rzut karny… Rzut karny, którego przyznanie było więcej niż wątpliwe. Przyszło się zgodzić ze sprawozdawcami telewizyjnymi, że na Narodowym tym razem szału nie było, ale wygrana to wygrana i jest powód do radości.

Nie zamiatać pod dywan!

Najwyższa pora, by do oceny reprezentacyjnego dwumeczu dodać swoje trzy grosze. „Dlaczego zawiodło wszystko? W tej chwili, w takim momencie, zaraz po meczu, nie ma dobrej odpowiedzi. Przeprowadzimy analizę tego, co się wydarzyło, załatwimy to między zawodnikami”, stwierdził Nawałka tuż po meczu w piątek, by w niedzielę oświadczyć: „Zamknęliśmy sprawę Kopenhagi i skupiamy się tylko na meczu z Kazachstanem”. Chciałoby się powiedzieć: panie trenerze, chwileczkę, nie tak szybko! Skoro reprezentacja jest uważana za dobro narodowe, skoro jej występy oglądają miliony, skwitowanie kopenhaskiego blamażu ogólnikami jest równoznaczne z zamiataniem historii pod dywan. Nie tylko chcielibyśmy, ale wręcz mamy prawo wiedzieć, dlaczego 1 września na Telia Parken raptem zawiodło wszystko. Dla milionów kibiców biało-czerwona kadra to rzecz ważna, dlatego – w ich imieniu – wymagamy poważnego traktowania.

„Polacy nie tworzą zespołu, który lubi mieć komfort. Do tego niestety trzeba dorosnąć”, napisał po klęsce Michał Kołodziejczyk, redaktor naczelny WP SportoweFakty. I w jeszcze ostrzejszym tonie kontynuował: „Adam Nawałka miał pobić rekord rekordów i poprowadzić reprezentację w 14. meczu o punkty bez porażki. Robert Lewandowski miał strzelić trzy gole i wyprzedzić Włodzimierza Lubańskiego w klasyfikacji najlepszych strzelców w historii reprezentacji. Po zwycięstwie z Danią i oczywiście w poniedziałek z Kazachstanem mieliśmy wskoczyć na trzecie miejsce w rankingu FIFA. Mieliśmy też udawać, że z polskim futbolem jest wszystko w porządku, bo Robert Lewandowski przywiózł na zgrupowanie kadry dużo pudru, który został mu po kręceniu ostatniej reklamówki, i miał go użyć do zakrycia całego syfu. Nagle ktoś włączył światło i trzeba było się obudzić”.

„Już był w ogródku, już witał się z gąską. Kiedy skok robiąc wpadł w beczkę wkopaną”. Tak Adam Mickiewicz w wierszu „Lis i kozioł” przestrzegał przed przesądzaniem rozstrzygnięć, zanim one zapadną. Podobnie mówią mądrości ludowe, takie jak ta o dzieleniu skóry na niedźwiedziu czy o tym, by nie mówić hop, póki się nie przeskoczy. Przypominamy nie bez powodu – bo przecież wielu było święcie przekonanych, że już dzisiaj nasza reprezentacja jest na tyle mocarna, że będzie miała zapewniony wcześniejszy awans do przyszłorocznych finałów. Jak się jednak okazuje, droga do Rosji 2018 nadal (prawie) otwarta – ale walka potrwa do ostatniego gwizdka. Także spore fragmenty konfrontacji z Kazachami wykazały, że reprezentacyjnej jedenastce nie tylko daleko do ideału, ale również zbyt wiele elementów nie funkcjonuje jak należy. Wystarczy rzucić okiem na tabelę naszej eliminacyjnej grupy E. Jesteśmy liderem – fakt, ale liczby nie kłamią – bramek zdobyliśmy tyle samo co Dania i Czarnogóra, a mniej straconych ma nawet czwarta Rumunia.

Dlatego warto potraktować jako memento zaskakująco szczerą wypowiedź Zbigniewa Bońka po meczu z Danią dla Sport.pl: „Nie ma co sobie wmawiać, że tu kiedykolwiek była jakaś autostrada i że Polska awansuje z tej grupy do mundialu bez żadnego cierpienia. Spójrzmy uczciwie: mamy więcej punktów, niż na to zasłużyliśmy. Naprawdę dobrze zagraliśmy dwa razy. Dwa razy z Rumunią. A inne mecze to było przepychanie wyniku”. Hm, ciekawa opinia, bardzo ciekawa…

PS Ostatnio wiele mówiono i pisano o sportowych turbulencjach naszego pomocnika Grzegorza Krychowiaka. Zagrał tyle co nic w paryskim Saint-Germain, stracił miejsce w kadrze narodowej. Wreszcie okazało się, że do końca tego sezonu będzie zawodnikiem West Bromwich Albion. Krychowiak został wypożyczony na rok bez opcji pierwokupu, więc po sezonie będzie musiał wrócić do paryskiego klubu, jednak na pewno w nim nie zostanie.

Wydanie: 37/2017

Kategorie: Sport