Z dystansu niektóre rzeczy lepiej widać

Z dystansu niektóre rzeczy lepiej widać

W disco polo nietakt jest na porządku dziennym

Michał Rusinek – literaturoznawca, tłumacz, pisarz

Pańska najnowsza książka „Zero zahamowań”, biorąca na warsztat współczesną muzykę popularną, to trzeci tom cyklu o języku. Wcześniej ukazały się „Pypcie na języku” i „Niedorajda”.
– Wydawnictwo zaproponowało mi kolejny tom, zacząłem wtedy się zastanawiać, o czym mógłbym napisać. Pierwsza część była bardziej językoznawcza, druga wiązała się z moją pracą zawodową, czyli dotyczyła „doradczej siły języka” (skupiłem się na omawianiu poradników). Tym razem przypomniałem sobie, co mam napisane na dyplomie – jestem literaturoznawcą! Zacząłem szukać niekonwencjonalnej literatury, którą mógłbym wziąć na tapet. Z początku chciałem wzorować się na audycji „Prawda nas zaboli” z radia TOK FM. To tam Piotr Najsztub i Tomasz Piątek recytowali patriotyczną poezję. Ale zupełnie inny czynnik sprawił, że udało mi się napisać „Zero zahamowań” – był to lockdown, a co za tym idzie, czas na przemyślenia. Wtedy kusiło mnie jeszcze, by przyjrzeć się tzw. mądrościom ludowym, czyli zobaczyć, co mówią znane przysłowia o świecie i w jaki sposób nas modelują.

Skąd w takim razie pomysł na disco polo?
– Zdałem sobie sprawę, że najbardziej irytującą literaturą jest dla mnie „poezja wszędobylska” (piosenkowa). Parę lat temu na stoku narciarskim zauważyłem dziwny zwyczaj właścicieli wyciągów: umilają oni narciarzom czas, puszczając muzykę ze „szczekaczek”. A jako że jeżdżąc na polskich krótkich stokach, sporo czasu spędzamy na wyciągach, utrwalały mi się w kółko te same, koszmarne utwory. Pomyślałem sobie: ta muzyka jest tak nachalna, do tego nazbyt często przypomina o sobie, że trzeba jej się przyjrzeć bliżej. Moją nawigatorką została Joanna Barańska, która napisała kilka lat temu pracę magisterską o tekstach disco polo. Książka jest autoironiczna, śmieję się w niej także z takiego szkolnego profesora, który próbuje pokazać, „co poeta chciał powiedzieć”, więc nieraz przypomina to wyjaśnienie nauczyciela do licealnej rozprawki.

Autorzy tekstów, jak w tytule, nie mają zahamowań – epatują tematyką seksu, ich piosenki są nietaktowne i bezczelne. Gani pan za to dosadnie i często humorystycznie.
– Miałem pomysł na inny tytuł, wzięty z piosenki zespołu Daab, w której pada fraza „Nad tafli wodą”. Wydawca jednak stwierdził, że czytelnicy mogą wpaść w stupor. Rzeczywiście „Zero zahamowań” jest tytułem dwuznacznym i nawiązuje do bezczelności – nie tylko w pisaniu o seksie, ale w pisaniu w ogóle. Przez ludzi, którzy nie powinni pisać, którzy nie umieją tego robić, ale nie mają zahamowań. A drugi rodzaj, mówiąc językiem ostatnich protestów, to jest mój wkurw. Wychowywałem się na piosenkach Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego (Kabaret Starszych Panów) oraz Wojciecha Młynarskiego. One są żywym dowodem na to, że tekst piosenki może być literacko znakomity. I nie musi to być piosenka polska, także teksty anglojęzyczne bywają mistrzowskie formalnie.

A gdyby Michał Rusinek wydał tom o polecanej przez niego muzyce – co czytelnik mógłby tam odnaleźć?
– Do wspomnianych panów dodałbym twórczość Agnieszki Osieckiej czy Jonasza Kofty, ale również we współczesnej muzyce jest bardzo dużo znakomitych literacko tekstów. Myślę tu o Taco Hemingwayu czy Mery Spolsky, których twórczości przysłuchuję się z uwagą. Zachwycające rzeczy mówi, także językiem muzycznym, fenomenalna Gaba Kulka. Przyznam z pokorą, że sam bywam tekściarzem, nawet rozważałem, czy pod koniec książki nie dokonać autoironicznej interpretacji własnego tekstu (śmiech). Kiedyś zastanawialiśmy się z przyjaciółką, tłumaczką poezji polskiej na język angielski, Clare Cavanagh, czy Amerykanie mają swojego Jeremiego Przyborę. Szukała długo, ale znalazła – Toma Lehrera, profesora fizyki na Harvardzie, który pisze, komponuje i wykonuje swoje utwory, świetne literacko, zróżnicowane stylistycznie, bardzo zabawne.

W momencie gdy kobiety wychodzą na ulice bronić swoich praw, pan wydaje książkę, która głównie krytykuje muzykę traktującą tę płeć przedmiotowo. Po lekturze odczułem pańską chęć zabrania nieoczywistego głosu.
– Książka powstała, zanim tzw. Trybunał Konstytucyjny podjął wiadomą decyzję, ale to nie znaczy, że dopiero wtedy zacząłem się interesować kwestiami społecznymi czy politycznymi. Choć zawsze najbardziej mnie interesuje ich wymiar językowy czy retoryczny. Od kilku miesięcy pisuję felietony do „Gazety Wyborczej”, gdzie jestem podpisany jako feminista, co mnie bardzo cieszy. Rok temu zabrałem głos w obronie feminatywów, kiedy część posłanek chciała zmienić sejmowe nazewnictwo, przez co prawa strona wybuchła rechotem, argumentując, że w przedwojennej Polsce takiego języka nie stosowano. A to akurat nieprawda, bo do maskulinizacji języka doszło dopiero w czasach PRL. O języku polityki pisałem z prof. Katarzyną Kłosińską w książce „Dobra zmiana, czyli jak się rządzi światem za pomocą słów”. Natomiast w poprzedniej książce z tej serii, czyli w „Niedorajdzie”, pokazywałem patriarchalne stereotypy, które rządzą nawet dyskursem doradczym. Mam tu na myśli publikacje „dla prawdziwych samców alfa”, które radzą mężczyznom, jak mają żyć, i wmawiają im, że prawdziwy facet to taki, który traktuje kobietę przedmiotowo i zaznacza swoją męskość, klepiąc kobiety w tyłek. Ale i z wydawnictw kościelnych można wyczytać, że kobieta istnieje tylko po to, by pomagać mężczyźnie.

Wracając do „Zera zahamowań”: kiedy książka poszła do druku, dotarła do mnie wiadomość, że trawestacja piosenki Zenona Martyniuka pojawiła się w podręczniku do polskiego do szóstej klasy szkoły podstawowej. A ja pod koniec wstępu zażartowałem, że może zawarte tu interpretacje przydadzą się uczniom, kiedy teksty utworów disco polo – gatunku dowartościowywanego przez obecne władze oraz prezesa rządowej telewizji – trafią do podręczników. Jak widać, z głupimi żartami trzeba uważać, bo mogą się okazać profetyczne.

Mówimy o wymowie tekstów, ale wspomnijmy o literaturze, bo jak pisał Ryszard Koziołek – dobrze się nią myśli. Jakie ma pan plany wydawnicze?
– Mam na razie plany związane z literaturą dziecięcą. Dosyć długo namawiałem swojego wydawcę, by opublikował książkę dla dzieci o językowych zapożyczeniach, i we wrześniu ukazał się „Wihajster, czyli przewodnik po słowach pożyczonych”, który spodobał się czytelnikom. Tym razem więc wydawnictwo zamówiło u mnie kolejne książki. Pierwsza będzie mówić o pochodzeniu nazw polskich miejscowości.

Rok 2020 dla literatury okazał się ciekawy. Nike wygrała powieść fantastyczna, Olga Tokarczuk wydała pierwszą książkę po Noblu. A co pan czytał w tym roku? Co otrzymało znak jakości według Rusinka?
– Chociaż pisałem więcej, niż czytałem (czego się wstydzę), a literaturę piękną od dłuższego czasu traktuję pragmatycznie (sięgam po to, co może mi się przydać na zajęcia ze studentami), przeczytałem kilka świetnych książek. Dla mnie to był rok biografii: przeczytałem znakomitą i nagradzaną „Jaremiankę” Agnieszki Daukszy, nową biografię Wisławy Szymborskiej autorstwa Joanny Gromek-Illg, a także świetną biografię Kornela Filipowicza napisaną przez Justynę Sobolewską oraz quasi-autobiograficzną opowieść „Poufne” Mikołaja Grynberga. Bardzo się cieszę z powrotu Pawła Huellego i jego świetnej „Tality”. Zawsze czytam wszystko, co wyda Dorota Masłowska, a w tym roku ukazał się drugi tom jej felietonów z „Dwutygodnika” „Jak przejąć kontrolę nad światem”. Pandemia spowodowała, że pisarze mieli więcej czasu, więc podejrzewam, że czeka nas wysyp książek w przyszłym roku.

Jest pan również tłumaczem, co warto podkreślić, w momencie gdy rozmawiamy o wartości słowa. Jak zapatruje się pan na słowo pisane po polsku, a jak po angielsku?
– Kiedy natrafiam na jakąś książkę anglojęzyczną, która mnie zachwyci, pierwsze, co robię, to myślę, jak ona by brzmiała po polsku. Potem pojawia się pytanie, czy spolszczenie danego tytułu jest uzasadnione. Choć nie jesteśmy jeszcze takim krajem jak Holandia, gdzie tego typu dylematy wydawców są znacznie większe. Tam właściwie każdy mówi i czyta po angielsku, wielu rzeczy zatem nie ma sensu tłumaczyć. Czasami nie ma sensu tłumaczenie tekstów naukowych, bo wszyscy w branży ten język znają. Kilka razy odrzuciłem książkę, którą proponował mi do przełożenia wydawca, bo uznałem, że będzie brzmiała gorzej po polsku, że jej przekład będzie w jakimś sensie wymagał napisania jej na nowo.

Pańskiemu pisaniu towarzyszą szukanie inspiracji i humor. Skąd te pomysły się biorą? Czy sama rzeczywistość w jakiś sposób potrafi być dla mózgu stymulująca?
– Nie tyle sama rzeczywistość dostarcza inspiracji, ile jej warstwa językowa, która wielu z nas wydaje się niestety przezroczysta – my jej nie zauważamy! Nie widzimy tego, jak mówią do nas politycy, jak mówią reklamy, i przez to łatwo modelują nasz sposób widzenia świata, narzucają nam formy mówienia i myślenia o nim, a my je bezkrytycznie przyjmujemy. Człowiek, który ma większą świadomość językową, który widzi język, jest mniej podatny na manipulację. A humor? On tylko pozwala mówić o trudnych rzeczach w łatwiejszy do przełknięcia sposób. Podstawą humoru jest dla mnie ironia, która jest przecież figurą dystansu. A z dystansu niektóre rzeczy lepiej widać.

Fot. Beata Zawrzel/REPORTER

Wydanie: 52/2020

Kategorie: Kultura