Dziecko “gwiezdnych wojen”

Dziecko “gwiezdnych wojen”

Waszyngton pragnie zbudować w kosmosie antyrakietową tarczę. Europejczycy są sceptyczni

Czy światu zagraża nowy wyścig zbrojeń? Takie wizje kreślą nie tylko rosyjscy politycy, ale także niektórzy zachodni publicyści. Do wzrostu napięcia międzynarodowego może dojść, jeśli USA zacznie budować system obrony przeciwrakietowej w kosmosie. Administracja George’a W. Busha nie ukrywa, że urzeczywistni ten projekt, nie bacząc na protesty Moskwy i Pekinu, obawy europejskich sojuszników i ogromne koszty przedsięwzięcia. Szacuje się, że wykucie “kosmicznej tarczy” pochłonie do 2015 roku prawie 50 miliardów dolarów.
Inicjatywę Obrony Strategicznej (zwaną potocznie “gwiezdnymi wojnami”) usiłowała stworzyć od 1983 roku administracja Ronalda Reagana. Przez 12 lat w projekcie tym utopiono gigantyczne środki. Stratedzy Pentagonu marzyli o promieniach lasera niszczących w przestrzeni kosmicznej wrogie pociski balistyczne oraz satelity. Rezultaty kosztownych doświadczeń okazały się mizerne. Niemniej jednak reaganowskie “gwiezdne wojny” doprowadziły do dziejowego przełomu – Związek Radziecki nie wytrzymał forsownego wyścigu zbrojeń. W nowej sytuacji prezydent Bill Clinton postanowił odłożyć system obrony przeciwrakietowej (zwany NMD) do lamusa. W 2000 roku gospodarz Białego Domu niespodziewanie doszedł do wniosku, że NMD jest jednak potrzebny krajowi. Clintona przekonał raport sporządzony przez komisję ekspertów Kongresu USA, na czele której stanął Donald Rumsfeld, sekretarz obrony w administracji Geralda Forda. Komisja Rumsfelda uznała, że ze strony Moskwy grożą najwyżej pociski balistyczne wystrzelone przypadkowo, prawdziwym niebezpieczeństwem są natomiast siły rakietowe nieobliczalnych krajów trzecich, w amerykańskiej nomenklaturze “państw-łajdaków”, jak Korea Północna, Iran, Libia czy Irak. Według raportu Rumsfelda, nad skonstruowaniem pocisków zdolnych do przenoszenia głowic atomowych pracuje obecnie około 30 krajów, zaś Iran i Korea Północna bliższe są wyprodukowania broni jądrowej, niż wydaje się to specjalistom z CIA. Ostatnio pojawiły się doniesienia, że

dwie bomby atomowe

ma już Irak.
Prasa nad Potomakiem przyjęła plany prezydenta sceptycznie. “Oto nadchodzi Bill Clinton, gwiezdny wojownik”, zadrwił magazyn “Time”. Stanowczo zaprotestowali Rosjanie, wskazując, że projekt NMD oznacza pogwałcenie traktatu o obronie przeciwrakietowej z 1972 roku, zakazującego tworzenia systemów obronnych w przestrzeni kosmicznej.
Ostatecznie Clinton uznał, że decyzję, czy realizować nową wersję “gwiezdnych wojen”, powinien podjąć jego następca. Republikanin George W. Bush nie ma zaś wątpliwości, że przeciwrakietowa tarcza ponad gazową powłoką atmosfery ziemskiej uczyni USA krajem bezpiecznym. Sama idea wydaje się genialnie prosta. Satelity na orbicie okołoziemskiej i potężne naziemne radary wykrywają wrogie pociski balistyczne, po czym “wskazują” cel umieszczonym na ziemi i na morzu rakietom przechwytującym. Kiedy rakiety przechwytujące opuszczą atmosferę ziemską, steruje nimi pokładowy komputer, orientujący się m.in. za pomocą elektronicznej mapy gwiazdozbiorów. W praktyce jednak trafienie w rakietę międzykontynetalną, mknącą z prędkością 24 tysięcy km na godzinę, wcale nie jest łatwe. Z trzech testów, przeprowadzonych jeszcze za rządów Clintona, dwa skończyły się fiaskiem. Nie brak więc krytyków twierdzących, że “kosmiczna tarcza” jest zbyt kosztowna i nigdy nie będzie skuteczna.
Podobne obawy wyrazili politycy europejscy podczas konferencji w sprawie bezpieczeństwa międzynarodowego, która niedawno odbyła się w Monachium. Kanclerz Niemiec, Gerhard Schröder, w dyplomatycznych słowach podał w wątpliwość skuteczność systemu NMD. Reprezentanci Stanów Zjednoczonych, Donald Rumsfeld – obecnie znów sekretarz obrony, oraz weteran politycznej sceny USA – Henry Kissinger, zwracali natomiast uwagę, że prezydent ma konstytucyjny i moralny obowiązek rozważenia wszystkich sposobów, które zapewnią większe bezpieczeństwo narodowi. System NMD jest zresztą bardzo humanitarny. Jeśli jakieś “państwo łajdackie” zagrozi Ameryce rakietami balistycznymi, Waszyngton nie będzie musiał automatycznie dokonać nuklearnego kontrataku. Wystarczy, że nieprzyjacielski pocisk zostanie zniszczony w kosmosie… Na zakończenie Rumsfeld obiecał, że system obrony przeciwrakietowej zostanie zbudowany dopiero po wnikliwych konsultacjach z sojusznikami.
Politycy europejscy obawiają się, że nowa wersja “gwiezdnych wojen” rozpęta wyścig zbrojeń i wywoła napięcia w stosunkach z Rosją. Minister obrony Rosji, Igor Siergiejew, zapowiedział już, że jego kraj wznowi stare programy z lat 80., będące odpowiedzią na reaganowskie “gwiezdne wojny”. Rosji obecnie nie stać na budowę “kosmicznej tarczy”, zamierza więc odpowiedzieć Amerykanom poprzez “środki asymetryczne”. Prawdopodobnie chodzi tu o zwiększenie liczby rakiet balistycznych i nuklearnych głowic (tych ostatnich Moskwa ma zapewne około 3500). Kreml dysponuje obecnie środkami na realizację swych zapowiedzi – dochody ze sprzedaży ropy i gazu rozkręciły gospodarkę rosyjską. Zdecydowanie przeciw planom administracji Busha wypowiedział się Pekin. Rysuje się już możliwość rosyjsko-chińskiego sojuszu, skierowanego przeciw inicjatywie Busha juniora. Prezydent Władimir Putin rozwija ożywioną działalność dyplomatyczną i zamierza spotkać się z przywódcami Korei Północnej i Iranu. Rosyjscy politycy nakłaniają do oporu także Europejczyków. Politycy Unii Europejskiej zapewne doszli już jednak do wniosku, że nowych “gwiezdnych wojen” nie da się uniknąć. Przedstawiciel UE ds. polityki zagranicznej, Javier Solana, stwierdził na początku lutego w Waszyngtonie, że Amerykanie mają prawo zatroszczyć się o swe bezpieczeństwo. Być może Solana oczekuje, że w zamian za wyciszenie protestów w UE Waszyngton nie będzie sprzeciwiał się stworzeniu armii europejskiej, liczącej co najmniej 60 tysięcy żołnierzy.
Niektórzy publicyści ostrzegają jednak, że jeżeli “dziecko gwiezdnych wojen” przyjdzie na świat, doprowadzi do

globalnej anarchii.

Jak pisze amerykański magazyn “Christian Science Monitor”, swe siły nuklearne wzmocnią Rosja i Chiny. W tej sytuacji także Japonia będzie musiała sięgnąć po atomowy oręż. Jej śladem pójdą Indie, Pakistan, może także Iran.
Ostateczna decyzja o budowie rakietowej tarczy zostanie być może podjęta w tym miesiącu. Dziennik “Washington Post” wyraził już ubolewanie, że przez najbliższe miesiące nowa administracja USA będzie kształtować swe stosunki z europejskimi sojusznikami poprzez debatę na temat systemu broni, który nie został jeszcze wybrany, sprawdzony i opłacony, i który przy najbardziej sprzyjających okolicznościach zmaterializuje się dopiero za wiele lat.


Twarde prawa fizyki
Renomowani amerykańscy naukowcy kilkakrotnie wykazywali, że system obrony przeciwrakietowej w kosmosie nie będzie funkcjonował, nie można bowiem zmienić podstawowych praw fizyki. Jak twierdzą na łamach dziennika “Boston Globe” David Wright i Theodore Postol z Massachussets Institute of Technology, potencjalny agresor może np. umieścić w głowicy bojowej rakiety balistycznej 100 lub więcej małych bomb wypełnionych zabójczymi bakteriami. Oczywiście, pociski przechwytujące nie będą w stanie unicestwić tak wielu celów. Można też otoczyć rakietę balistyczną cienką powłoką, wypełnioną ciekłym (a więc bardzo zimnym) azotem. Pociski przechwytujące, kierujące się na źródło ciepła, okażą się wtedy “ślepe”. Możliwe jest też wypuszczenie kilkuset aluminiowych balonów typu Mylar, z których tylko jeden będzie nosicielem głowicy nuklearnej. Pociski przechwytujące nie wykryją, który z balonów jest “naładowany” i nie zniszczą aż takiej armady nadlatujących statków powietrznych.

Wydanie: 11/2001

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy